Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
piątek, 01 sierpnia 2014

Zaczęło się w czerwcu. Co Sadownik kupuje gazetę w sklepiku-kiosku, staję przy odpowiedniej półeczce i podczytuję. Nie kupię przecież, bo mnie to nie dotyczy. Gdy któregoś razu Sadownik stwierdził, że zostawił portfel w samochodzie, byłam w siódmym niebie — poleciał na parking a ja w spokoju ducha wertowałam.

Aż nadarzyła się okazja. Bliźniacza Liczba musi to mieć — zawyrokowałam. Miesiąc temu kupiłam w pakiecie innych, zaliczonych jako wartych podarowania. Leżała sobie książeczka spokojnie czekając na swój czas i swoją nową właścicielkę. Wyjęłam wczoraj, by spakować. I zatrzymała mnie na kolejnych trzydzieści stron. Czytałam ledwo uchylone stronice, by nie zagiąć, odgiąć i nie wypuścić zbyt dużo drukarnianego zapachu, co dla czytających jest niebywałą rozkoszą.

Słyszałam o kobiecie, która, gdy kupi komuś prezent książkowy, musi go przed podarowaniem osobiście przeczytać od deski do deski. No i masz, dziewictwo straciłam w tej kwestii, zrobiłam sama tak dziś. Nie mogłam się już oderwać. Przeczytałam do ostatniej literki. Kajając się doniosłam na siebie Bliźniaczej Liczbie o czynie tym haniebnym. I tylko jeden problem wciąż mam, że gdybym cofnęła czas i tak zrobiłabym to jeszcze raz! Muszę donieść o tym Bliźniaczej.

Książka doskonała i chciałoby się rzec... obowiązkowa. Lekko napisana choć o rzeczach niełatwych, mrożących krew w żyłach. W kilku miejscach ubawiłam się do łez. I tylko w dwóch z poruszanych kwestii zgodzić się z Agnieszką Graff nie mogę. Po pierwsze, w kwestii „wózkowych”, o których pisał Mikołejko — założę się, że Autorka udaje, że nie zrozumiała o co mu chodziło; bo nie o to, o czym wspomina Graff. Nie uwierzę, że nigdy choć jednej „wózkowej” nie spotkała. Po drugie, gdy pyta: „Czy rodzicom należą się od bezdzietnych podatników pieniądze?”  to krew mi się burzy na, chwilowe choćby, przeciwstawianie dzietnych bezdzietnym. Kobiety dzietne i bezdzietne w tym kraju, wbrew pozorom, na tym samym wózku jadą.

W polskiej debacie publicznej przyjął się podział: po  jednej stronie prorodzinny konserwatysta, po drugiej — indywidualistyczny liberał, lewicowiec, gej i feministka. U nas kultura śmierci, u nich — kultura życia. My samotni i zgorzkniali, oni — otoczeni gromadą słodkich maluszków. Ten podział to bzdura. Najwyższy czas odebrać konserwatystom monopol na „rodzinność”.

*

[...] Ale już tydzień to w życiu dwulatka bezkres. Mój czas i jego czas to tylko pozornie ten sam żywioł.
     W dzieciach jest coś, co wprawia nas w osłupienie, jeśli mamy odwagę (i czas), by się nad tym zastanowić. Niby to oczywistość, że rosną. Ale przecież także metafizyka. Dzieciństwo to płynna tożsamość. Nic tak nie uświadamia nieuchronności upływu czasu — i, nie czarujmy się, naszego starzenia się — jak obecność w naszym życiu małego człowieka. Jak to, to tego maluszka już nie ma? Może to właśnie metafizyczny lęk — tę obcość i bliskość, to mgliste wspomnienie własnego dzieciństwa, własnego przemijania i własnej śmiertelności — oswajamy durnym ględzeniem o tym, że dzieci rosną.

*

Mam jednak kłopot ze słowem „przedsiębiorczość”. To słowo zrobiło w Polsce zawrotną karierę, ale ja za nim nie przepadam. I wiem, że nie jestem w tej niechęci odosobniona. Podobno pewna duża stacja telewizyjna zrobiła ostatnio badania, z których wynika, że wielu Polaków czuje podobnie — na dźwięk tego słowa ludzie odruchowo zmieniają kanał. Dlaczego? Bo mają poczucie, że słowo „przedsiębiorczość” ich wyklucza, a może nawet obraża.
     To słowo premiuje indywidualizm, a deprecjonuje wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne. Kult przedsiębiorczości zawiera też w sobie lekceważenie tych, którzy okazali się „za mało przedsiębiorczy”. Sugeruje, że sami są sobie winni, jeśli nie wygrali w rynkowej grze. Nie zarabiasz — zdychasz. Od lat słowo „przedsiębiorczość” służy w Polsce piętnowaniu ludzi biednych jako roszczeniowych nieudaczników, a jednocześnie zwalnianiu państwa od odpowiedzialności za biedę, za wyrównywanie szans.

*

Czy należy przyjąć, że opieka to praca o wymiernej wartości — praca na rzecz całej wspólnoty? Albo konkretniej: Czy rodzicom należą się od bezdzietnych podatników pieniądze?

*

Pierwsza ma awans, wizytówki i markowy ciuch w pepitkę, a przed domem wypasione auto. No tak, ale w oczach jakieś napięcie i żal. I dzieci smutne, już niemal wolą nianię. Druga siedzi w domu, pachnie mlekiem i proszkiem do prania. Na kolanach szczęśliwy bobas, baba drożdżowa rośnie w piecu. Ale jak się bliżej przyjrzeć, okaże się, że mama anioł ma coś bezmyślnego w twarzy, jakąś nudę i brak perspektyw. Znacie te dwa obrazki?
     Oba są podszyte niechęcią do kobiet. Panią Ambitną otacza aura nowoczesności i poczucie winy. I słusznie, bo suka jedna, dziecko zaniedbuje. Pani Mamuśka słodka jest i czuła, ale w głębi pastelowego raju czai się wąż: oskarżenie o lenistwo i pytanie, co z nią będzie, gdy dzieci podrosną, a mąż (odpukać) wymieni ją na nowszy model. I słusznie wymieni, kwoka rozlazła, trzeba było pracować.

Agnieszka Graff, Matka Feministyka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.

czwartek, 31 lipca 2014

Wydarzyło sie przed, czyli przed nadzieją niesioną przez ludzkich ludzi.

Z lotu ptaka, z boku całkiem, filozoficznie rzecz ujmując Ludzkie Życie to piękna idea. Z bliska perspektywa drastycznie może się zmienić. Pomyślałam. W połowie książki, która już za mną zaczęłam się zastanawiać, czy moja miłość do reportażu nie jest formą masochizmu. W połowie książki pomyślałam, że nie tylko nie rozumiem, dlaczego pies z uporem maniaka trzyma się człowieka choć ten traktuje go nieludzko od stuleci, ale również przestaję rozumieć sens ludzkiego życia w społeczeństwie. Życia, które wymusza, rani, okalecza, zabija...

I po co mi tak książka? — pytałam samą siebie.
Znalazłam kilka perełek przywracających nadzieję.
Może po to.

[...] ze słowami księdza Tischnera: „Wychowują ci, co mają nadzieję”.

*

Karolina [...]. Ma w sobie ducha nomadów. Będzie tam uczyła muzyki, a może robiła coś zupełnie innego. Ważne, żeby była z tym szczęśliwa.

*

Bo nikt nie zaserwował jej fałszywej nadziei. Nie próbował jej oszukać, że będzie zdrowa. Tylko powiedział: postaraj się maksymalnie wykorzystać ten czas, który ci pozostał. Zobacz, że kawa na balkonie smakuje wspaniale, szczególnie rankiem, kiedy miasto dopiero budzi się ze snu. Każda chwila życia jest piękna, pamiętaj, nawet jeśli dostałaś tyle sterydów, że straciłaś czucie w dłoniach. To nic, że wybijasz w domu wszystkie talerze. Pomyśl, jak mogą wyglądać dzisiaj góry.

*

Pierwsze pytanie profesora, nim przyjął pracę w Münster, brzmiało: „A jaki macie hotel dla rodziców? Bo ja będę miał wielu pacjentów z Polski”.
     — Z dyrektorem szpitala pojechałem obejrzeć ten hotel. Okazało się, że Niemcy wydrukowali nawet po polsku informacje o szpitalu, by pójść pacjentom na rękę. Byłem zaskoczony — opowiada
[kardiochirurg Edward Malec].
     Szpital zatrudnił profesorowi również polską sekretarkę, która obok docent Januszewskiej pomaga rodzicom nieznającym niemieckiego.
     W Monachium w 2007 roku Malec okazał się jeszcze większym dyplomatą. Podpisując kontrakt, postawił warunek, że polskie rodziny, które będą szukały u niego ratunku, zapłacą za operację mniej niż tamtejszy ubezpieczyciel zwróci za niemieckiego pacjenta. Niemcy się zgadzają.

Iza Michalewicz, Życie to za mało. Notatki o stracie
i poszukiwaniu nadziei
, Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2014.

#1

Upał. Trzyma. Dwa dni temu o 18.30 miałyśmy się zameldować u psiej pani alergolog na odczulanie. A upał wściekły nic sobie nie robił z wizyty lekarskiej. Dwoma tramwajami w każdą stronę trzeba było jechać. Ale, ale. Kudłata ma jeden gadżet. Kupioną w zeszłym roku za wielką wodą kamizelkę chłodzącą. Dwie godziny przed wyjściem z domu namoczyłam oną. Wody naciągnęła. Ciężaru nabrała. W zamrażalniku zaległa. Przed wyjściem na grzbiet Suki wrzuciłam.

Gdy wracałyśmy od pani doktor, coś mnie tknęło, by zrealizować psią receptę w pobliskiej aptece. Obejrzałam. Upewniłam się, że nie jest oblepiona kudłatym zakazem. Weszłam z Heniutką. Usiadła grzecznie obok mojej nogi. Pan zrealizował receptę. Podziękowałam, że mogłam z pacjentką wejść. I wmurował mnie pan magister słowami:
     — Psy-przewodnicy zawsze są u nas mile widziani.

Wróciłam do domu i szukać Sadownikowi ułomności we mnie kazałam, które usprawiedliwiałyby słowa pana magistra, bo ja znalazłam tylko profesjonalną psią kamizelkę. Znalazł ułomność nie jedną... Poskarżyłam się telefonicznie Antence. Jak zwykle była sobą i tylko pozytywy umiała znaleźć, że Heniutka niby taka dobrze ułożona... Zadumałam się. W końcu od czego ma się przyjaciół? Nawer jeśli jeden z nich jest współwinnym wszystkiego Małżonkiem.

 
#2

Nocleg na południu Polski w nadchodzący weekend potrzebny dla dwóch par, w tym jedna z psem. Sadownik wczoraj obdzwonił wiele miejsc. W końcu załatwił. Relację zdawał wieczorową porą. Że zadzwonił tam, gdzie będziemy finalnie spać, i mówi. Że dwie pary. Jedna z psem. I czy tak może być. A na to pan Właściciel:
     — Proszę pana, oczywiście, w końcu pies to też człowiek!

Serce rośnie na samą myśl o weekendzie.

wtorek, 29 lipca 2014

fakt. ci sami biologiczni rodzice. nic więcej nas nie łączy. ani jedna myśl, ani jedno pragnienie. żadna idea. nie jesteśmy siostrami.

konstatacja. nie mamy tych samych biologicznych rodziców. łączą nas myśli, pragnienia, pomysły, marzenia, czas. znów doprowadziła mnie do łez szczęścia. tak już ma. jesteśmy siostrami.

***

gdzie ja byłam, jak mnie tu nie było? na krawędzi tematu-rzeki siedziałam prawie trzy tygodnie. na kamieniu, bolało. obok kamienia. uwierało. wśród rozkwitających pomysłów. w deszczu zwątpienia. skończyłam. na razie.

Czy naprawdę gdy robimy, to co kochamy, co nas pasjonuje, nieprzerwanie ubolewamy, że mamy duże stopy czy okrągłą twarz? I co my na to, że nasz partner lub partnerka kocha w nas i te stopy, i tę twarz? Jak mamy zamiar celebrować to piękno w nas? Prawda o nas zaczyna się w naszym ciele.

(wykreślone, usunięte, ale tu zatrzymane)

synchronicznie. gdy skończyłam, wisienką na torcie była znaleziona przez Sadownika piosenka. to temat-bardzo-szeroka-rzeka. jeszcze nad jej brzegiem zatrzymam się nie raz. perły łowić będę znów.

Colbie Caillat, Try.

don't you like you?
'cause I like you

wtorek, 22 lipca 2014

Gdy odebrałam ją dla siebie, wiedziałam, że są pary, związki, małżeństwa, którym tę książkę bardzo chcę podarować jako podziękowanie, że są. Tak zaczęły się dwa miesiące trzymania języka za zębami, bo tak się beznadziejnie składało, że część z tych osób wciąż tu zagląda, choćby sporadycznie — rzucić okiem, czy wszystko u nas dobrze.

Logistyka. Adresy. Poczta. Daty. Trochę szczęścia. Właściwe terminy wysyłki. By nie wróciły do adresatki. Polecony. By nie zaginęły. Priorytety. By dotarły jak najszybciej. Ta sama książka w kilku egzemplarzach, w różnych miejscach, w różnych domach już jest. A zwielokrotniona radość wynikająca z tego faktu przypadła w udziale mi.

Są życiowe pryncypia, wartości najwyższe, które trudno uchwycić słowami, ale w kresce ilustracji można je odkryć z łatwością, zadumać się i poczuć wdzięczność za życie z tym Najważniejszym Człowiekiem.

Gdy dwoje ludzi żyje razem,
to jest im łatwiej, bo są razem,
i jest im trudniej, bo są razem.

Iwona Chmielewska, Dwoje ludzi,
Media Rodzina, Poznań, 2014.

*

To „tylko” wklejka z tej książki...

(źródło i wiele innych)

wtorek, 15 lipca 2014

banalność życia,
        co cudem jest,
smakuję.

wzruszam się do łez.

odkrywam pytania,
        pozostając bez odpowiedzi.
dlatego milczę tu.

*

Radio złapało mnie na tę piosenkę już kilka razy...

Monika Lidke, Tum Tum Song.

Kiedy płaczę, czuję że żyję,
każda łza oczyszcza mnie.

Skoro deszcz daje życie ziemi,
chyba nie jest aż tak źle.

Kiedy płaczę, czuję że żyję,
każda łza uwalnia mnie.

zachwyciły mnie te słowa...
i ten bas...

środa, 09 lipca 2014

Ojciec karmiący od czasu do czasu da znać, co czyta. Ojciec ten ma dystans do świata, nie działa na łapu-capu, więc i nie czyta na łapu-capu, założę się. Gdy zdarzy się, że Ojciec karmiący wspomni, że lubi jakąś książkę, której nie czytałam, nie znam, to w ciemno zamawiam.

Ojciec karmiący zgotował mi niebywałą ucztę informacją o książce, o której nie miałam pojęcia. Film zapragnęłam obejrzeć, ale z książkami jestem szybsza — zamówiłam, odebrałam i pomimo że bardzo, bardzo wolno czytałam, cedząc literki, skończyłam. Pozostał zachwyt. W życiu tylu karteczek w jednej książce nie poupychałam. W życiu takiego dylematu z wyborem cytatów nie miałam. Bo z Ojcem karmiącym tak to już jest, karmi dużych myśleniem.

Bernie: [...] Bo gdy zależy ci na perfekcji, to równocześnie zależy ci, że spełniło się twoje oczekiwanie. Lepiej zatroszczyć się o to, gdzie jestem w tej chwili, co się teraz dzieje. Gdy spędzam czas z uczniami, mówią mi, że przeczytali w książce albo usłyszeli od nauczyciela coś, do czego we własnym mniemaniu nie dorastają. A ja odpowiadam: „Zatroszcz się o siebie teraz, w tej chwili. Bądź z tym, co się dzieje teraz, a nie z tym, kim chciałbyś być albo jaki powinien być świat. Teraz jesteś tutaj, więc jak zamierzasz zadbać o siebie w tej chwili?”.

*

Bernie: Jestem chłopakiem z Brooklynu. Ale w pewnym sensie szukam tych trudnych sytuacji, bo wiem, że dzięki nim się rozwijam. Na szczęście — albo nieszczęście — ciągle się pojawiają.

*

Jeff: [...] Myślę o nieodwzajemnionej miłości, o tym, że sprawiamy zawód komuś, kto od nas czegoś oczekuje, a my mu tego nie dajemy. [...]
     Bernie: Jak wiesz, jestem inżynierem, więc od razu myślę o konkretnym rozwiązaniu takiego dylematu. Ale przeżyłem kawał czasu z moją żoną, więc wiem, że rozwiązanie problemu...
     Jeff: Niczego nie załatwia. Zgadza się.
     Bernie: Bo jest jeszcze coś — w sferze emocji i uczuć.
     Jeff: Bo nie chodzi o odpowiedź na pytanie.

*

Bernie: [...] Nie krytykuj siebie, bądź cierpliwy. W następnej chwili wciąż tu będziesz, ale to już będzie całkowicie inna chwila.

*

Jeff: [...] Zauważam, że gdy jestem życzliwy, gdy akceptuję i kocham siebie, wtedy znajduje to odzwierciedlenie w świecie. Im więcej luzu sobie daję, tym łatwiej mi uniknąć samooceny, osądzania siebie za to, że jestem tylko tym, kim jestem, i zarazem mam większą świadomość, kim rzeczywiście jestem. Dostrzegam to i szanuję, i taką samą postawę przyjmuję wobec innych ludzi. Już tak nie napieram, respektuję rytm drugiej osoby. Ty działasz błyskawicznie, od razu rozpościerasz skrzydła, a dla mnie to czasem dzieje się za szybko, wiesz? Nie chodzi o to, że któryś z nas ma rację, a drugi nie. Po prostu różnimy się od siebie.
[...]
     „Nie” jest piękne. Oczyszcza pole dla „tak”. Jeśli czujesz w sobie niezgodę, ale jej nie wyrażasz, wtedy zaczyna to w tobie ropieć, a potem i tak znajdzie swój wyraz, tylko w mało odpowiedni sposób. Natomiast swoboda odmowy pozwala nam eksperymentować, otworzyć się trochę bardziej.

*

Jeff: [...] I zauważam w sobie to poczucie, które można wyrazić słowami: „Niedługo już cię tu nie będzie, więc jak chcesz coś zrobić, zrób to teraz”.

Jeff Bridges i Bernie Glassman, Koleś i Mistrz Zen,
Wydawnictwo Charaktery, Kielce 2014.
(wyróżnienie własne)

*

wtorek, 08 lipca 2014

     — Czy ty czytasz kilka książek naraz?
     — Rzadko. A czemu pytasz?
     — Bo dziś masz przy sobie inną książkę niż w czwartek.
     Nie zna mnie jeszcze — pomyślałam wczoraj, gdy przytrafiła mi się ta wymiana zdań.

*

W sobotę po egzaminach — w majestacie praw przysługujących coachowi realizującemu cele — odebrałam książkę, na którą bardzo czekałam, a która premierę ma jutro. Czytałam okropnie wolno, wiedząc, że na trzeci tom będę musiała poczekać parę miesięcy. Niestety, już skończyłam. Nie pozostało nic innego, jak czekać na ostatnią część.

I zatrzymałam się w zadumie się wieczorem. Dla kogo jest ta trzyczęściowa powieść o gejach w czasach początku AIDS? Zamarzyło mi się, by ze zrozumieniem przeczytał ją choć jeden heteroseksualny homofob. By zobaczył siebie, swoje lęki, swoje pragnienia, swoją niepewność na kartach tej książki. By zobaczył, że niczym się nie różni w swym pragnieniu życia, w którym jest i miłość, i szacunek, i zrozumienie. Ta powieść otwiera oczy na okrucieństwa, jakim oddają się większości wobec mniejszości w majestacie prawa — wtedy i dziś, wszędzie na świecie. Zmieniają się tylko okoliczności, kwestia i rekwizyty. Włączam radio i wiem, że mechanizm „wiedzenia najlepiej” i siłowej próby wdrażania go w życie wszystkich obywateli wciąż ma się dobrze — tu i teraz, wobec mnie, wobec ciebie. Pomóc może tylko świadomość i uważne opuszczanie wszelkich szaf.

Jak ma im pokazać, kim jest naprawdę, skoro oni nie chcą tego wiedzieć?

*

     To nie jest takie proste, ale Reine wcześnie odkrył, że jeśli się odpowiednio skoncentruje, może być niemal zupełnie niewidzialny, jakby go nie było.
     Człowiek staje się wtedy duchem, który może poruszać się w całym wszechświecie. Kiedy już staniesz się niesłyszalny i niewidzialny, robisz się też kompletnie wolny, a chłopiec, który stoi na szkolnym dziedzińcu, jest tylko skorupą, w której nie ma istoty ludzkiej. Mogą się wydzierać, ile wlezie, mogą sobie krzyczeć, jaki jest beznadziejny.

*

     [Reine] Umrze bez kogoś, kto by przy nim czuwał.
     Starannie dopilnował, żeby nikt z zewnątrz nie dowiedział się, gdzie jest.
     Ani rodzina, ani przyjaciele.
     Nikt nie wie.
     W ten sposób już nie żyje.
     Chodzi tylko o to, by wytrzymać końcówkę.
     Ból, którego nie da się wyrazić.
     Potem będzie już duchem podróżującym po wszechświecie.
     Duchem, który nie słyszy ani nie widzi i którego nie słychać i nie widać, może wtedy będzie nareszcie wolny.

*

     Tymczasem Gert jest inny.
     Zawsze było z nim inaczej.
     Wielką tajemnicą Gerta jest jego fascynacja słowami.
     W takiej rodzinie jak ich nie mówi się bez potrzeby. Nadmierna gadatliwość to wywyższanie się i zgrywanie ważniaka. Pewne rzeczy należy zmilczeć. To bardzo skuteczne.
     W północnym Bohuslän używa się tych wyrazów, które są potrzebne, nie mniej, nie więcej. Słów, które mieszczą się na małej wyspie, między pasmem gór a morzem, na płaskiej wstążce ziemi, która jest ich światem i gdzie pędzą swoje życie.
     Zbyt wiele niepasujących tam obcych słów mogłoby obudzić niedobre marzenia, które nie uderzą i nie rozbiją się o skały, ale wzlecą do góry jak balony, wyżej i wyżej, przeczuwając, że daleko za pasmem gór jest jakiś świat.

*

     Mowę Harvela Milka, opublikowano w szwedzkim tłumaczeniu w „Revolt”. Seppo czytał ją im na głos, cały się przy tym trząsł.
     „Nie wywalczymy sobie praw, jeśli będziemy nadal siedzieć cicho w szafie... Musimy się ujawnić, żeby walczyć z kłamstwami, mitami i przeinaczeniami. Ujawniam się, żeby mówić prawdę o gejach, bo jestem już zmęczony zmową milczenia i chcę zacząć mówić. I chcę, żebyście wy o tym mówili. Musicie się ujawnić. Ujawnić się przed rodzicami, przed krewnymi”.
     Musicie się ujawnić.
     Miał rację.
     Jeśli kiedykolwiek ma dojść do jakiejś zmiany, muszą pokazać, że są wszędzie. Że są synami, córkami, lekarzami, policjantami, kierowcami autobusów, śpiewakami operowymi, sąsiadami, babkami, przedszkolankami, że ćwiczą na siłowni, że można ich znaleźć w każdej rodzinie, w każdym klanie, w każdej warstwie społecznej i każdej najmniejszej dziurze, we wszelkich możliwych miejscach pracy.
     — Nie jesteśmy kosmitami! — stwierdził Seppo drżącym głosem.

Jonas Gardell, Nigdy nie ocieraj łez bez rękawiczek. [Część] 2. Choroba,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, 07 lipca 2014

coaching metodą psychologii procesu

od soboty reprezentują również
Borówka, Wisienka, Tolini, Jabłoń
i naście innych osób nie tylko z Warszawy,
ale również z Gdańska, Łodzi czy Wrocławia.

*

Z wrażenia dopiero dziś do mnie dotarło, że sobota była z jeszcze innego powodu szczególnym dla mnie dniem. Była pierwszym dniem piątego roku tego bloga...

Uśmiecham się do Wszystkich Tych, których dzięki temu miejscu poznałam. Wzięli byli pojawili się w moim życiu i nie wyobrażam sobie bez nich kolejnych lat. Strach się bać, ale uśmiecham się od ucha do ucha!

piątek, 04 lipca 2014

(wczoraj wczesnym wieczorem)
Sadownik:
O której przyjeżdża twoja koleżanka?

Jabłoń:
O 21.30 pójdziemy z suką na spacer
i zgarniemy ją z przystanku tramwajowego?

Sadownik:
Jak to?

Jabłoń:
(troszkę foszy)
Nie chcesz, nie musisz. Mogę iść sama.
Przecież wiesz, że do nas ciężko dojść,
jak się u nas nigdy nie było.

Sadownik:
Czyś ty zwariowała?
A gdzie ona przyjeżdża do Warszawy?

Jabłoń:
(foszy ciut bardziej)
Wiesz co, jakie zwariowała?

Sadownik:
Jaki przystanek? Pojedziemy po nią!

(po chwili)
Jabłoń:
(dzwoni do Borówki)
Będziemy na ciebie czekać na dworcu autobusowym.

Sadownik:
(dopowiada z boku, by Borówka słyszała)
Będziemy, będziemy, bo nie wpuszczam do domu obcych.

Jabłoń:
(trochę trwało, aż zrozumiała, co powiedział;
dopiero potem zaczęła się śmiać z Sadowniczej przewrotności
)

*

To było wczoraj. Borówka już nie jest obca dla Sadownika. Dziś mamy z Borówką pierwszy dzień egzaminów coachingowych za sobą. Jutro drugi dzień.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...