Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
sobota, 14 października 2017

A jeśli spadnę? — A jeśli polecisz?

Anna Wiatr, Betrojerinki. Reportaże i pracy opiekuńczej i (bez)nadziei,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.

piątek, 13 października 2017

słabość mam od lat. tutu, i tam.
nie powstrzymała mnie myśl, że mogę spóźnić się do pracy.
musiałam ślad po listkach mieć, ślad po wiośnie i lecie.

Tytuł tego wpisu to parafraza tytułu innej ważnej książki i traktuje o konsekwencjach pewnego szalonego myślenia.

Nie mogłam uwierzyć, gdy wczoraj z drugiej ręki dowiedziałam się, że jakaś osłanka raczyła publicznie powiedzieć: niech jadą! Naprawdę? Nie stać nas na wiele w zakresie medycyny, ale stać na bycie uniwersytetem, który kształci lekarzy dla bogatych krajów? Niechby może ktoś osłance łopatologicznie wytłumaczył, że nie można politycznie namaścić kumpla na lekarza, nie da się nawet w pięć lat „wyprodukować” lekarza czy specjalisty, choćby nie wiem jak rządzący nalegali. Popieram strajk lekarzy.

Nie. Nie mam w rodzinie ani jednego lekarza. Moje kopytko do dnia dzisiejszego kosztowało mnie ponad trzydzieści pięć tysięcy złotych i będę je spłacać dłuższy niż krótszy czas. A to była tylko noga! A&nbps;ja należę do 2% najlepiej wykształconych ludzi w tym kraju. Popieram strajk lekarzy.

Bo jak nie popierać, jeśli przeczytało się Małych bogów ze zrozumieniem i szokiem poznawczym, że niewolnictwo w tym kraju kwitnie. Bo jak nie popierać po przeczytaniu tej książki. Nie miałam pojęcia o „rynku” opiekuńczym. Dopiero podczas czytania tej książki przypomniało mi się i to, i tamto — są wokół mnie ludzie, którzy wyjeżdżają, bo nie mają innego wyjścia i niech mi nikt nie mówi, że to był wyłącznie ich wybór. Nóż w kieszeni się otwiera, że żyjemy w kraju, w którym człowiek jest zbędnym balastem dla świetlanych prognoz obniżania kosztów. Również dlatego popieram strajk lekarzy nie tylko dziś, czyli w Dniu Solidarności z Nimi.

[…] przychodzi na myśli anegdota z 1807 roku. Wtedy to bowiem Wielka Brytania zabroniła handlu niewolnikami. Oburzeni tym faktem byli nie tylko biali handlarze, ale także liderzy afrykańskich plemion, którzy sprzedawali swoich pobratymców w niewolę, czerpiąc z tego znikome korzyści materialne. Niektórzy liderzy tych plemion wysłali list co króla angielskiego, skarżąc się na dyskryminację i niesprawiedliwe traktowanie, ponieważ oni i ich plemiona korzystali finansowo z handlu niewolnikami. Czy nie jest tak, że polscy pracodawcy delegujący pracowników wysyłający list do Komisji Europejskiej, narzekając na ich niesprawiedliwe traktowanie i pomijając eksploatację ekonomiczną polskich pracowników, nie zachowują się czasami podobnie?

*

     — „Starych i chorych nie potrzebujemy”, stwierdza szef sklepu obuwniczego, w którym pracuję — opowiada Joanna. — Wracam z miesięcznego zwolnienia. Byłam w szpitalu; zapalenie woreczka żółciowego. Mam trzydzieści jeden lat.

*

Chcę żyć w Polsce, ale właśnie żyć, a nie wegetować.

*

Moim zdaniem wbrew temu, co twierdzą w agencjach, przestrzeganie prawa wszystkim wyszłoby na dobre i właściwie tylko na tym mi zależy. Opiekunki, pracując na zleceniach, nie mają prawa do urlopu, nie mogą zachorować, nie odkładają na emeryturę, nie mają przyszłości. Tu chodzi o nasze życie i o miliardy, które obecnie traci i państwo polskie, i niemieckie. Nie przekonuje mnie to, że praca w Niemczech i tak oznacza poprawę ich sytuacji, bo w Polsce nie miałyby żadnej pracy albo taką za 1,2 tys. złotych.

*

Jak pracodawcą, według niektórych agencji, może być osoba z demencją? To, co mówi, mogło mieć sens, ale pięć lat temu, tymczasem powinnam wykonywać jej polecenia. Jak o opiece nad pacjentem w ciężkim stanie może decydować syn czy córka, która nie chce przyjąć do wiadomości, że nie będzie lepiej? No i jak mam aktywizować worek kartofli? Chyba tylko na frytki.

*

Najgorsze jest to, że trafiamy z polskiego gówna, w którym taplamy się latami, w gówno niemieckie, które też nie trwa krótko. Najpierw przerabiamy niskie płace, z którymi nie wiadomo co zrobić, mężów debilów, depresje, później musimy upominać się o trzy posiłki dziennie, pokoje, w których są drzwi (bo przecież sen to luksus, który służbie się nie należy; służba ma czuwać), i znosić skurwysyńskie agencje, okradające nas co miesiąc

*

Nie wyobrażam już sobie życia w Polsce za polskie pensje. Dla Niemców to jest nie do ogarnięcia, że pracując, nie można się utrzymać. Może zaczęliby cokolwiek rozumieć, gdyby na jakiś czas przenieśli się za Odrę i musieli przeżyć za 1,3 tys. złotych miesięcznie. Nie rozumieją też, jak to możliwe, że nie znalazłam pracy w Polsce:
     — Ewa, księgowa z takim doświadczeniem jak ty nie miałaby tu większych problemów ze znalezieniem zajęcia.
     Czasem zastanawiam się, czy im mówić, czy nie mówić, że Polka po czterdziestce nie nadaje się już do niczego. Znów by nie zrozumieli.

*

Zastanawiam się też nad tym, jak to jest: niby wszystko jest legalne, a wszystko nie tak. Co to za zlecenie: trzymiesięczna praca przez dwadzieścia cztery godziny na dobę?

*

Powinniśmy zastanowić się nad niewolniczą pracą w kraju. Państwo zapomniało o domach opieki i ludziach w nich pracujących. […] Po trzydziestu dwóch latach pracy zarabiam 1,7 tys. złotych. W zamian za niewolniczą pracę czeka mnie brak zrozumienia ze strony społeczeństwa i krytyka rodzin chorych, które są niezadowolone z opieki nad swoimi bliskimi, a same nawet ich nie uczeszą, bo nie wiedzą, jak to zrobić, ponieważ — jak mówią — nie mają ukończonej szkoły pielęgniarskiej.

*

Niestety, ten kraj schodzi na psy. Żeby godnie żyć, trzeba wyjechać, zresztą miliony Polaków to zrobiły. To wręcz niepojęte, że od 1989 roku nie było mądrych osób w kolejnych rządach, które by pomyślały o całym społeczeństwie, a nie tylko o sobie.

Anna Wiatr, Betrojerinki. Reportaże i pracy opiekuńczej i (bez)nadziei,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)


*

czwartek, 12 października 2017

Między zajęciami przechowywałam się u Antenki. Przyszedł pewien profesor, wręczył Antence  kwit i ustalili, że dobrze by było, gdyby profesor ów dokument podpisał. Antenka zapytała:
     — Ma pan profesor długopis?
     — Nie, przyszedłem do pani bezbronny.

Jabłoń, widząc bezbronność bezbronnego, ryknęła śmiechem.

środa, 11 października 2017

 Nie pamiętam, jak dotarła do mnie informacja o tej książce. Zaznaczyłam do upolowania. Czytałam coś zupełnie innego, gdy okazało się, że „teraz”, czyli w ostatnią niedzielę upolowałam: klik, klik i historia znalazła się na kundlu.

Pamiętam doskonale, że przedwczoraj pomogła mi nie przywalić słownie kobietom, które udawały, że ciężko i sensownie pracują. Konie Susan przenosiły mnie w inny świat. Dzisiaj rano kończyłam, rycząc okrutnie. Dobra, niełatwa lektura — oczyszcza jesienny nos i uczy cieszyć się tym, co jest; uczy od zaraz. Kot, pies, koń… zwierzęta mają niebywałą moc uczłowieczania ludzi!

Czekałam na właściwy moment. Nie miałam pojęcia, jak ten właściwy moment wygląda, ale i tak na niego czekałam.

*

Tym, co mnie do niej przyciągnęło, byłą jej zdolność do emocjonalnego zaangażowania. Uświadomiła mi, co mogłoby mnie czekać, gdybym posiadła jej umiejętność… czego? Przebaczania? Zapomnienia? Życia chwilą? Cóż takiego sprawiło, że zwierzę, które tyle przeszło, potrafiło na nowo — z braku lepszego słowa — kochać?

*

Zjawisko, które zapiera dech w piersiach — upływ czasu.

*

Mnie zabrakło głosu. Miałam tylko milczenie pełne lęku.

*

Życie jest krótkie — rób to, co istotne. […] Lay Me Down była moją muzą, inspiracją, by szukać sensu w stracie, pogodzić się z nią, odnaleźć w niej piękno. Albo przynajmniej ujrzeć jej prawdę.

*

Konfrontacja ze śmiercią oznaczała codzienne wstawanie, kiedy jeszcze jest ciemno i zimno, i chodzenie do stajni, by wypełniać tam dotychczasowe obowiązki. Chodzenie do pracy, powroty do domu i ponowne wizyty w stajni, by zrobić to, co należało zrobić przed nocą. Trzymanie się ustalonego porządku. Czy tylko ja na całym świecie nie wiedziałam, że konfrontacja ze śmiercią oznacza konfrontację z życiem? Były jednym i tym samym.

*

     — Nie byłoby błędem, gdybyś zrobiła to teraz, i nie byłoby błędem, gdybyś się wstrzymała — stwierdziła.

*

     — Chcesz się rozejrzeć?

*

[…] to, że ktoś mnie chce, nie wystarcza.

*

[…] oczekiwałam jednego konkretnego słowa. Jedynego słowa w całym lekarskim żargonie, które potrafiłam zrozumieć i które przekazałoby mi dokładnie to, co nas czekało. Nie w sensie medycznym. Szłyśmy do góry czy spadałyśmy? Było z tego jakieś wyjście czy nie?

Susan Richards, Koń, który mnie wybrał.
Jak znękana klacz uleczyła sponiewierane serce
,
przeł. Monika Orłowska, Replika, Zakrzewo 2017.
(wyróżnienie własne)


*


Lay Me Down

(tamże)

*

Franz Marc, Red and Blue Horses, 1912.
(Malarz wyjęty z tej książki)

Przyciągnęły moją uwagę zmiany faktury i kolory. Zawiesiłam wzrok. Zatrzymałam się. Jeszcze dziś to zdjęcie robi mi coś w środku.

poniedziałek, 09 października 2017

Badania okresowe. Pełne wyparcie.
Pani OdKadr niezmiennie słyszy: ale ja byłam dwa lata temu! Zawsze prosi, bym poczekała i zawsze się okazuje, że nie dwa lata temu i trzeba…

Badania okresowe. To fikcja i frustracja.
Dziś dodatkowy wkurw, że praca głosem, nigdy wcześniej tego nie było. Praca głosem czyli laryngolog — nie zajrzała mi nawet do gardła. Profesjonalnie świeciła sobie czołowym medycznym światełkiem na papiery. Zmarnowała mi ponad godzinę na czekanie i jeszcze minutę na słuchanie, jak skrobie po papierze. Wisienka na torcie, czyli medycyna pracy. Zawsze mam ochotę zapytać, czy taka robota pani nie frustruje? Mnie by zabił ten bezsens.

Wyszłam stamtąd chora na bezsilność i zeżarty przez niezdrowy system czas z bonusem w postaci rozpieprzonego dnia. Leczyłam się bardzo gorącą — poproszę najbardziej gorącą, jak tylko się da — deserową czekoladą z chilli. I choć byłam w tym miejscu trzeci raz, pierwszy raz zobaczyłam piękną żarówkę. Dopiero przy odcedzaniu zdjęć (zrobiłam też z gładkim tłem) zachwyciłam się jedną pionową i dwiema ukośnymi liniami.

A potem był wspaniały rehab, gdzie Oj Té wypowiedział zaklęcie Jakuszyce, ale cicho sza!, cdn.

Bliźniacza Liczba & Jabłoń:
(wczoraj wieczorem odbierały zarezerwowane bilety)

Pan Kinowisełkowy:
Botoks czy …mężczyźni?

Jabłoń:
Fantastyczna kobieta.

*

Nie zrelaksujesz się na tym filmie. To nie jest kino rodzinne. Ten obraz jest nieoczywisty od pierwszej sceny, a i ostatnia scena nie kończy pojawiających się wielkich pytań, których być może nigdy nie formułowaliśmy, żyjąc w oczywistym heteryckim świecie; pytań, na które nie znamy odpowiedzi.

Czy heterycka nienawiść i agresja, których źródła mnie fascynują, rodzą się ze spotkania z nieoczywistością, która stawia przed nami głębokie egzystencjalne pytania, a może z oczywistych wyborów Osób LGBT; wyborów, które pytają o sens naszych? Bo może poszliśmy tu i ówdzie na społeczną łatwiznę? Nienawiść, moralna wyższość są łatwiejszą opcją do wyboru.

Pozostałam z prostymi plecami, które są jedną z odpowiedzi na pytania: czy celebrujesz swoje ciało? czy umiesz się nim zachwycać, cieszyć się i je świętować? kim, dzięki niemu, jesteś? kim możesz być?

Pozostałam z konkluzją:

każda miłość jest drogowskazem.

 

Fantastyczna kobieta, reż. Sebastián Lelio, 2017.

niedziela, 08 października 2017

// po-superwizyjna perełka:
czułe i delikatne utrzymuje ciężar,
trzeba tylko w to uwierzyć.

JiM

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...