Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
poniedziałek, 11 października 2010

Przy wszystkich blaskach młodości jest to okres życia bardzo trudny (…).
     Antoni Kępiński, Schizofrenia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Prolog: Pewnie ten fragment nie znalazłby się tutaj. Nawet nie przykułby mojej uwagi na tak długo, bo można go uznać za banalny. Nie wprawiłby mnie w zadumę swoją prawdziwością. Nic z tych rzeczy nie miałoby miejsca, gdybym wczoraj nie spotkała śladu owego trudnego okresu. W sumie śmieszna historia, pokazująca, że życie w swej dynamice posługuje się dużo większą wyobraźnią niż ludzie. W ramach mojej ulubionej zabawy w słowo nie dałabym rady wymyśleć tego, co wczoraj mi się przytrafiło.

Niezbędna dygresja 1: Ludzie czasem, często lub gdy tylko mają okazję, słownie wyrażają tęsknotę za czasami licealnymi lub za okresem pierwszych studiów. Jestem ślepa na kolor owej tęsknoty. Dla mnie był to czas beznadziejny. Doświadczanie swojej inności, bez możliwości stania się kimś takim jak rówieśnicy, bez cienia nadziei na myśl, że któregoś dnia uznam swoją inność za jedną z najcudowniejszych rzeczy jakie mnie w życiu spotkały. Jak ja to przeżyłam? Nie wiem, ale moja obecność teraz na tym świecie świadczy o tym, że jednak jakoś dałam radę. Ta inność wtedy wydawała się wymagająca i okrutna. Dziś, w wielu sytuacjach wciąż jest wymagająca, ale w większości przypadków staje się Źródłem Odkryć.

No więc, w owych trudnych czasach, w akademiku, był sobie jeden sfrustrowany student z rocznika wyżej, z innego kierunku, który wiódł równie nędzne życie jak moje, choć z zupełnie innych przyczyn. Spędzaliśmy sporo czasu dyskutując o marnościach tego świata, użalając się troszkę nad sobą. Relacja rozwinęła się, nie wiedzieć kiedy, w relację, która miała burzliwy charakter, jeśli chodzi o intensywność i czas trwania. Nie minęły dwa miesiące od maksimum cudowności, gdy już całkiem zwyczajnie siebie unikaliśmy.

Niezbędna dygresja 2: Jakoś tak mam, że czasami spontanicznie pojawiają się w mojej głowie myśli o konkretnych ludziach. Pyk, myśl, pyk, po myśli i żadnego związku z logiką. Jest to szczególnie dziwniaste w odniesieniu do osób, z którymi nie utrzymuję żadnych kontaktów.

Część właściwa: Prowadzę wczoraj pierwsze zajęcia na zaocznych. W czasie, gdy studenci pracują nad zadaniem, ja wklepuję ich imiona i nazwiska w arkusz ocen. Upppsss… Pan o imieniu X i nazwisku Y. Uśmiechnęłam się w duchu, bo kilka dni temu przez myśl przebiegł mi właśnie X.Y. Cóż za zbieg okoliczności, człowiek o tym samym imieniu i nazwisku, co ktoś, z kim byłam przez chwilę --- uśmiechnęłam się do siebie. Żadna czerwona żarówka nie zapaliła się w mojej głowie. Po zajęciach prawie wszyscy studenci opuścili salę i został… On. Tylko życie mogło nam wyciąć taki numer.

Epilog: Pamiętam, że zatkało mnie z wrażenia, gdy dowiedziałam się, że ludzie mają tendencję do przeceniania swoich możliwości, jeśli chodzi o dzień, miesiąc, rok, ale zupełnie nie doceniają tego, co mogą osiągnąć w przeciągu pięciu czy dziesięciu lat. Tak, to święta prawda.

Spotkanie z X.Y. uświadomiło mi jak dużo rzeczy zmieniło się w moim życiu przez ostatnich naście lat. Każdy kolejny rok czynił moje życie lepszym, smaczniejszym, piękniejszym i pełniejszym. Super! Może właśnie po to spotkałam znów X.Y.? Najpiękniejsze jest to, że i ja, i X.Y. jesteśmy szczęśliwymi ludźmi. Naprawdę super wiedzieć, że tak potoczyły się nasze sfrustrowane losy!

Wróciłam do domu. Rozbawiona, opowiedziałam cały ten incydent Sadownikowi a ten udając śmiertelnie poważnego poinformował mnie, że już do końca życia nie będę mogła powiedzieć, że „nigdy nie byłam w związku ze swoim studentem”. Cóż za makabryczna manipulacja osią czasu! Albo inaczej, dowód na zakrzywienie czasoprzestrzeni...

Tagi: siurpryza
14:31, dc_hexe
Link Komentarze (6) »
niedziela, 10 października 2010

Jest pewien  typ ludzkich zachowań przy których odpadam. Tracę tożsamość, nie wiem kim jestem, tracę siebie. Dobrze mi były znane fazy, że im bardziej unikałam ludzi preferujących to zachowanie, tym częściej ich spotykałam. Potem nijak nie mogłam zrozumieć swoich reakcji, nie byłam w stanie znaleźć żadnej logiki w tym, jak w ich obecności zachowywałam się.

Wczoraj na dniu treningowym, dotyczącym Spektrum nastrojów z Kate Jobe i Joe Goodbreadem, robiliśmy z kolegą cudowne ćwiczenie. Byłam podczas wykonywania tego ćwiczenia klientką i udało mi się nazwać to, co już napisałam na początku tego wpisu. Potem już wszystko działo się niewerbalnie i dało mi takiego kopa, że na haju jestem do dziś.

Oczywiście, szybciutko wypróbowałam zdobyte doświadczenie w kontakcie z ludźmi owego „typu” i… nareszcie poczułam się wolna, bo nie zgubiłam siebie.

Piękne było to, że gdy Kate i Joe demonstrowali ćwiczenie zanim my jako grupa wzięliśmy się do jego wykonania, ogarnęła mnie fala zachodzącej zmiany, uczucie, że Kate za mnie wykonuje kawał roboty zmiękczając moje progi. Patrzenie jak Ona idzie do przodu dodało mi odwagi w przesunięciu się z miejsca, w którym byłam jeszcze rano, do miejsca, w którym coś się zmieniło, coś się wyjaśniło --- odkryłam nieznany mi kawałek siebie.

Z pewnością ten wpis może wydać się niezrozumiały, może nawet bełkotliwy, bo wszystko działo się poza słowami, w ruchu, w dźwiękach i nie jest możliwe wyrażenie tego słowami. Mam jednak ogromną potrzebę, by został po tym wydarzeniu ślad, bo to był dla mnie bardzo ważny dzień.

sobota, 09 października 2010

Wczoraj, dwudziesta trzecia z małym groszkiem. Sadownik w roli Odyseusza wraca z najdłuższej delegacji świata. Przytulisko z tęsknoty aż lśni porządkiem na biurku, kanapą, która nie przytula do siebie zużytych części garderoby, bucikami ustawionymi pod sznurek, zlewem, który ma dość mycia nieparzystej liczby talerzy. Kudłata przechodzi samą siebie w okazywaniu radości, że jej pan wrócił. Jabłoń wstawia wodę na herbatkę z cytrynką i miodem, cieszy się na normalne życie całego Stada.

 

Sadownik:
(zwraca się do Kudłatej)
Przynajmniej ty się cieszysz, że wróciłem.

Jabłoń:
Że niby ja się nie cieszę?

Sadownik:
Pokaż ogon!

piątek, 08 października 2010

...myszy harcują.

Jabłoń z Ciocią Kudłatej miały w planie iść na pływalnię, godzina była ustalona, lecz Atena poddała w wątpliwość tezę, że muszą tam iść właśnie dziś.

Wylądowały całkiem niedaleko. Pływalnia magicznie przemieniła się w kawę podawaną do stolika. Jednak zanim to nastąpiło Jabłoń kupiła rękawiczki swojego życia, choć to Atena miała kupić czapkę. Długo by opowiadać jakie kolorowe, jakie wzorzyste, jakie fikuśne (z uciętymi palcami, ale z nakładką, gdyby miało być naprawdę zimno).

Siedziały więc myszki dwie na kawie i zachodziły w głowę, czemu to wcześniej się nie wydarzyło --- znają się przecież tyle lat. Klamka zapadła, pływalnia pływalnią, a kawa i babskie pogaduszki należą się czasem myszkom jak psu micha.

Najukochańszy Kot-Sadownik z każdą minutą bliżej domu a Jabłoń pozostaje w niemym zadziwieniu, że życie może mieć również taki --- pozbawiony mężczyzn --- smak...

Tagi: start
21:42, dc_hexe , wrażenia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 07 października 2010


Wszystko o trójkącie ABC

Gdy mężczyzna z kilkunastoletnim stażem bycia w związku monogamicznym wypowiada publicznie zdanie w stylu: „bardzo kocham swoją żonę” to A, czerpiąc z bogactwa własnego życia, wiedział, że jest to zdanie pełniące rolę maskującą. Był pewien, że usta wypowiadającego te lukrowane słowa należą dużo częściej do kochanki niż do żony delikwenta.

A był ciekawski i lubił swoją ciekawość zaspokajać. Każdy dowód, potwierdzający jego teorię długodystansowych związków damsko-męskich, był mile widziany. Dlatego też, od dłuższego czasu miał na oku B. Zbyt pięknie to wyglądało. B z żoną niczym gruchające gołąbki, gdy ona przynosi mu do pracy kanapki, których zapomniał wziąć z domu. B uciekający szybciej z firmowych, zakrapianych alkoholem imprez, bo mu się niby do żony śpieszyło. Nikt nie nabierze A na takie słodkości, za długo pałęta się po tym świecie, za dużo widział, za dużo wie. Jego zdaniem, panna C zbyt mocno kręciła się wokół B. Obowiązki służbowe obowiązkami, ale już na pierwszy rzut oka było widać, że B i C łączy jakaś dziwna zażyłość.

Przyszedł w końcu dzień na rozwiązanie dręczącej A  zagadki. B  zaprosił go na piwo, chciał pogadać. Zadymiona knajpa, tłum rozemocjonowanych kibiców oglądających transmitowany mecz. Świetne miejsce na męskie rozmowy o życiu. Ku zaskoczeniu A, B nie owijał w bawełnę, walnął prosto z mostu:

B: W końcu ją dopadłem.
A
: Nie mówiłem, że to się zdarzy?
B
: Jest przepiękna, fantastyczna, jakby stworzona dokładnie dla mnie.
A: Noooo. Widzę, że Cię wzięło na całego.
B
: Tak, zachwyciła mnie, nie wiedziałem, że w ogóle może istnieć. Wiesz, to się stało zupełnie przez przypadek.
A: Zwykle tak właśnie to się zaczyna.
B
: Chwila rozkojarzenia, odwróciłem głowę, zobaczyłem ją i już nie mogłem oderwać od niej oczu. Piękność nad pięknościami!
A (zachwycony maślanymi oczami kolegi): Nooo, gadaj, jaka jest?
B: Mała, ale zgrabna. Czarna. Krągła, ale dokładnie w tych miejscach, gdzie owych krągłości byś się spodziewał. Zachowane proporcje, cudo, po prostu cudo.
A
: Nieźle, i?
B
: I co?
A: Buchnąłeś ją?
B: Buchnąłeś? Za kogo ty mnie masz.
A: No pytam Cię jak facet faceta, w końcu znamy się tyle lat. 
B: Zwariowałeś?
A
: Niby co, chcesz mi powiedzieć, że jesteś taki święty. Stary, nie wierzę, że jej nie przeleciałeś.
B: Czy ty mnie słuchasz? Opowiadam Ci o tym, jak kupiłem filiżankę do herbaty. Dziś pokazałem ją C i ona stwierdziła, że Twoja żona byłaby zachwycona, gdyby taką dostała.



W tym semestrze czwartki są moją niedzielą. Pogoda dopisała. Były więc i spacery i gapienie się przez okno kawiarni, gdy Kudłata miała ćwiczenie z siedzenia samotnie w domu. Wieczorem rozmawialiśmy z delegacyjną wersją Sadownika przez telefon. Zapytał mnie: co z dzisiejszym wpisem? Cóż, trudno ubrać w słowa zwykłe, proste, nieśpieszne życie, gdy spędza się dzień na byciu ze sobą.

Kiedyś na własne potrzeby odkryłam zabawę w słowo. Ktoś mówi słowo, a ja próbuję je owinąć tak, aby powstało kilka, trzymających się kupy akapitów. Sadownik złożył dziś zamówienie na tekst ze słowem herbata... Ot i cała przyczyna skutku.

środa, 06 października 2010


Uosobienie piękności stanęło w drzwiach. Na jej twarzy głębokim spokojem odbijała się pewność, że czekała właśnie na niego przez całe swoje życie. Patrzyła w jego twarz z nieskrywaną miłością. Pragnęła spełnienia. On, nieogolony, przybrudzony nocnymi koszmarami ledwo trzymał się na nogach. Skrzywił się na jej widok z dezaprobatą, ale wpuścił do środka, nie miał siły dyskutować z przeznaczeniem. Tymczasem ona, fakt, że mogła wejść, uznała za dobry znak i zlekceważyła grymas na jego twarzy.

  --- Cieszę się, że jestem tu z tobą --- powiedziała miękko, uśmiechając się w tak czarujący sposób, że mało kto mógłby się temu oprzeć. On potrafił. Nie mógł ukryć rozdrażnienia:

  --- Nie chcę cię! Czy nie rozumiesz? Chcę być teraz wszystko jedno gdzie, ale z Moniką!

Słowa raniły swoim sensem, tłukły piękną kobietę po twarzy swoim brzmieniem.

  --- Czy nie wiesz, że jestem tu specjalnie dla ciebie? --- zapytała przez łzy, chcąc się upewnić, że rozumie jego słowa.

  --- Jesteś głucha, czy co? Nie chcę cię! Nie chcę! Won!

Zrozumiała i nie chciała już niepotrzebnie tracić czasu. Chwila jego życia wstała i wyszła nie oglądając się ani razu za siebie. Nie pozostawiła po sobie najmniejszego nawet śladu, kochała go bowiem nad życie.



Ilu chwilom zatrzasnęłam przed nosem drzwi tylko dlatego, że upierałam się, że ma być tak i tak? Na ilu ludzi w moim życiu uparłam się jak osioł? Przyznać się byłoby wstyd.

Przyszedł jednak tak cudny dzień jak ten dzisiejszy, pełen wewnętrznego spokoju i zgody by życie płynęło jak rzeka. Kudłata wygląda na taką, jakby to moje małe odkrycie było oczywistą oczywistością --- aż nie chce się z tym kundlem rozmawiać...

wtorek, 05 października 2010
Gdybym straciła rachubę czasu jak długo Kudłata zmienia nas, to zawsze będę mogła tu zajrzeć:

PitaPata Dog tickers

Wczoraj Kudłata skończyła dokładnie pięć miesięcy.

Wczoraj pierwszy raz została sama w domu na ciut więcej niż pięć godzin i… dała radę.

Ja miałam w przerwach między zajęciami syndrom matki, która oddała dziecko do żłobka.  Niby wiedziałam, że Heńka nic nie zmaluje, że jest bezpieczna w swojej norze, że ją doskonale zna i nie będzie się bała, że ma smakołyki do namiętnego gryzienia i… na logikę było OK, ale w środku coś mi dygotało. Przy zdrowych zmysłach trzymało mnie tylko to, że miliony psów zostają każdego dnia w domu, gdy ich właściciele idą zarabiać na karmę i smakołyki…

Przeszło miesiąc temu sączyliśmy z Braciakiem herbatę. Opowiadał mi o swojej nowej pracy. Pewnie bym o tym zupełnie zapomniała, gdyby wtedy nie przeskoczyło mi coś w głowie w kwestii pojęcia PRACA, o czym dowiedziałam się wczoraj, gdy jechałam pierwszy raz w nowym roku na uczelnię.

Do czasu wspomnianej herbaty miewałam napady bezsensu, że to co robię jest kompletnie pozbawione wartości, że normalni ludzie pracują i to ciężko, że wartością jest praca na rzeczywistym rynku pracy, 40h etatu, beznadziejny kierownik, prezes idiota itd. Wówczas człowiek może powiedzieć, że chodzi do PRACY.

Wobec powyższego ja nie chodzę do PRACY, nie mam 40h wpisanych w etat, mam sensownego kierownika, którego sensowność potęguje fakt, że mogę w ramach swoich obowiązków robić co chcę i co najgorsze, naprawdę lubię pracę ze studentami. Nie mam więc PRACY, mam tylko zajęcie. Gdy bezsens łapał mnie swym mocnym uściskiem, wydawałam się sobie ciężkim darmozjadem, który żyje w nierealnym świecie, nie stawia przed sobą wystarczająco dużych wyzwań, głupio wymaga od studentów uczciwości, robi co chce i nie wie co to są trudności. Bezsens nie pozostawał bezczynny. Gdy już  mnie oszołomił podduszaniem, wpadałam na genialny pomysł: idę do pracy, prawdziwej PRACY, sensownej, potrzebnej, mającej znaczący udział w tworzeniu PKB… I tak, bliskie spotkania z bezsensem miały miejsce kilka razy w roku.

Siedzieliśmy z Braciakiem, on opowiadał a ja w środku dochodziłam do wniosku, że nic sensownego w życiu nie zrobiłam, bo po roku prawdziwej PRACY, zaraz po studiach, powiedziałam DOŚĆ. Braciak, ten to idzie do przodu, a ja stoję w miejscu z tym moim zajęciem zamiast PRACY.

Przeskoczyło w tej dziwnej głowie. Hola, hola! Czy nie jest tak, że większość ludzi chodzi do PRACY by zarobić? Czy ja nie zarabiam na swoje życie? Zarabiam. Czy nie znam przynajmniej kilku studentów, którzy są zadowoleni ze sposobu w jaki prowadziłam z nimi zajęcia? Znam nawet kilkunastu (eufemizm?), którzy po latach gdzieś powiedzą, że były to świetne zajęcia. To, że nie idę każdego dnia do pracy w godzinach od-do, że w każdy czwartek bieżącego semestru o dziesiątej będę siedzieć z psem w parku, nie dyskwalifikuje sensu mojego zajęcia. Tym bardziej, że najlepsze pomysły i tak spotykam w drodze pod prysznic albo na chodniku. Dotarło do mnie, że jakaś część mnie uważa, że PRACA to coś więcej niż moje ZAJĘCIE. Ciekawe przekonanie, jednak odkryte już nie działa. Nie mam zamiaru iść do PRACY, do końca życia chcę mieć ZAJĘCIE, które mnie uszczęśliwia i służy innym.

Panie z Fundacji MaMa, które nalegają by zajęcia domowe nazywać PRACĄ mają chyba podobny problem z wartościowaniem ludzkiej działalności. Oburzam się na ideę by pranie, sprzątanie i gotowanie nazywać PRACĄ tylko dlatego, że matki wychowujące dzieci nie idą do PRACY, ale chcą mieć status chodzących do PRACY. Oburzam się, bo w przypadku ludzi bezdzietnych lub tych, którzy już swoje pociechy wypuścili z gniazda, owo pranie, prasowanie i gotowanie już PRACĄ nie jest.

Skąd w mojej głowie, w innych głowach, że PRACA to jest jedyna i słuszna droga? Po herbacie z Braciakiem, po wczorajszej podróży tramwajem, poprzestawiałam priorytety: życie tknięte poczuciem sensu, kierunku TO JEST TO! Jeśli potrzebujesz iść do PRACY, proszę bardzo, ale pamiętaj, że ZAJĘCIE ma identyczną wartość. Postawię przewrotną tezę: może być nawet tak, że nie potrzebujesz do szczęścia ani PRACY, ani ZAJĘCIA...

poniedziałek, 04 października 2010

W sobotę z przymusu
K
ręgosłupa, w asyście
+
Ateny i
+
Sadownika, zaopatrzona w odwagę
+
Kudłatej
<=> poszłam na basen i zamiast wyginać intelekt próbą znalezienia odpowiedzi  na pytanie jak to jest, doświadczyłam. Zjechałam.
RURA okazała się fantastyczną zabawą. Saneczkarstwo przestało być dla mnie dyscypliną samobójców. W połowie tej obłędnej zabawy Sadownik podpuścił mnie, aby wygiąć ciało tak, by jechać na łopatkach... Och, jedzie się wtedy dużo, dużo szybciej! Już nie mogę doczekać się następnej soboty...

Tagi: start
14:30, dc_hexe , wrażenia
Link Komentarze (1) »
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...