Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
niedziela, 29 kwietnia 2012

Na początku był... Dudi. Miałam zamiar zrobić Sadownikowi niespodziankę na wieczór i kupić film przez Dudiego polecony: Kupiliśmy zoo. Niestety, nie ma go jeszcze w sklepach. Trzeba poczekać. Gdy więc opuszczałam świątynię drukowanego i ruchomego stało się. Pewna książka złapała rękaw mego strachu. Nic sobie nie robiła ze szlabanu na drukowane pod koniec miesiąca. Trzymała i nie puściła, dopóki nie kupiłam i nie dotarłam do ostatniej strony.

Ta książka oswaja okrutne, niewyobrażalne i nie do przeżycia. Dotyka kilka tabu i spuszcza z nich odrobinę powietrza. Pozwala zobaczyć trudny do odkrycia inny punkt widzenia. Dodaje otuchy, że tak trudną drogą można kroczyć nie gubiąc do końca wiary w sens życia. I najważniejsze, otrzeźwia, uruchamia w tempie natychmiastowym ukrytą w nas zdolność do docenienia wszystkich wokół nas. Bo to książka wcale nie o śmierci. Śmierć w tej książce jest tylko bezwzględnym scenografem, głównym bohaterem pozostaje... Życie.

Pogryzdoliłam tę książkę w bardzo wielu miejscach. Ponieważ w kończącym się właśnie tygodniu miałam przyjemność znaleźć się w samym środku wiecznego konfliktu rozum–intuicja, fakty–przeczucia pokochałam sposób, w jaki podchodzi do tego Barbara:

     Dorastałam w czasach i w społeczeństwie, w którym liczy się tylko to, co można zobaczyć. Mój umysł nauczył się uważać siebie za bardzo ważny. On chce zobaczyć. Chce wiedzieć. Chce dowodów. Siedzi sobie z ironicznym uśmieszkiem na moim karku i pilnie nadstawia uszu, kiedy ktoś do niego apeluje.
     Jak na przykład lekarz, który w Wielki Piątek pojawił się na obchodzie w szpitalu i z chłodnym uśmiechem skonstatował:
    — To miło, że pani śpiewa swojemu synkowi piosenki. Mam nadzieję, że zdaje sobie pani sprawę, że robi to pani tylko dla siebie? Nie robi pani tego dla jego duszy. Dusza bowiem ma swoją siedzibę w mózgu, a mózg pani syna jest, niestety, martwy. Ale jeśli to pani pomaga, proszę śpiewać dalej.
     Mój rozum łapie moje serce i zaczyna nim szarpać na wszystkie strony.
    — No i? Co ty na to?
     Moje serce zamiera. Dopiero, kiedy znowu nastaje spokój i umysł przestaje mówić, znajduje właściwe sobie odpowiedzi.
     Dziękuję tym wszystkim, którzy wierzą, że biologia to jedyne, co się liczy. Bez tych ludzi nie byłoby tych wszystkich leków i maszyn, które przez trzy, cztery dni podtrzymywały moje dzieci przy życiu. Bez nich nie mogłabym przeżyć tych ważnych dni w szpitalu, kiedy moje serce prowadziło rozmowy z dwiema duszyczkami, które dawno już nie potrzebowały niczyjego mózgu, by unosić się na niebie.
     Moje serce zastanawia się, co ci ludzie, których umysły są tak wielkie i mądre, czuliby siedząc przy łóżku swoich umierających dzieci. Czy umieliby odnaleźć drogę wydostania się z rozpaczy? Czy potrafiliby jeszcze odnaleźć sens życia?
    — Tak — twierdzi moje serce.
     W miłości do ludzi, którzy jeszcze żyją. W miłości do Ziemi i żyjących na niej stworzeń. Znaleźliby pocieszenie w tym, że ich własne życie też kiedyś dobiegnie końca i że nie będzie już tego Ja, które odczuwa ból. Właśnie dlatego postanowiliby też możliwie sensownie i dobrze wykorzystać pozostały czas,
     Moje serce chyli czoła przed tymi ludźmi i ich odwagą. Następnie spogląda w górę, tam, gdzie powinny być anioły, które nie dają się złapać i których istnienia nie da się udowodnić. Dziękuje za to, że wolno mu w nie wierzyć. Wreszcie delikatnie ujmuje rozum za rękę i na ucho zdradza mu tajemnicę:
     A wiesz, co zwróciło moją uwagę? Że tak naprawdę to obydwoje w coś wierzymy.
     Ty wierzysz, że istnieje coś, co można zobaczyć. A ja wierzę w to, że istnieje coś więcej niż tylko to, co można zobaczyć. To, w co wierzymy, pozornie nas dzieli. A jednak łączy nas coś wspólnego: fakt, że z taką chęcią w coś wierzymy.
     Łączy nas też coś jeszcze, coś, co wydaje mi się o wiele ważniejsze od wszystkiego, co nas dzieli: miłość. I ty, i ja ją znamy, i ty, i ja w nią wierzymy. Ty wiesz, jak i kiedy ona się objawia, ja z kolei, w czym się wyraża i w jaki sposób jej dowieść. Ja wiem, gdzie ona jest, kiedy akurat jej nie widać.
     Jak to dobrze, że jesteśmy oboje, ty i ja!

Barbara Palch-Eberhart, Cztery minus trzy.
Jak powracałam do życia po utracie najbliższych,
Wydawnictwo Zwierciadło, Warszawa 2012.

Bliźniacza Liczba, nie powinno nikogo dziwić, ma Labka w kolorze czarnym. O pięknym i mądrym imieniu Faraday, a że Liczba jest bliźniacza, więc oczywistym jest również to, że rocznikowo ten psi chłopiec ma tyle samo lat co Heniutka. Należy wyjaśnić, że nie umówiłyśmy się na to. My miesiąc temu jeszcze nic o sobie nie wiedziałyśmy. Teraz już wiemy.

Kilka dni temu upłakałam się jak norka i poprzyrzekłam sobie by, uzyskawszy zgodę Bliźniaczej Liczby, zachować otrzymaną od niej słowną perłę od pozostania w czeluściach mailowych folderów. To nie jest zwykłe zdanie. To zdanie definiujące jednoznacznie charakter życia z labkiem. Do sedna, Mąż Bliźniaczej Liczby uczynił wyjątkowo precyzyjną obserwację:

Sierść Faradaya jest jak Bóg... wszędzie!

Wciąż mnie to zdanie zachwyca. Pomimo upływu dni pozostaje wielowymiarowe. Co my byśmy zrobiły bez naszych przytomnych Mężów, co urok Świata przed nami odkrywają? Co zrobiłybyśmy bez naszych psów, co wciąż upewniają nas, że Życie jest obłędnie cudowne? Wygląda na to, że Bliźniacze Liczby mają Bliźniacze Szczęścia.

Jabłoń:
(zdziwiona, bo rozmawiała z Sadownikiem niespełna godzinę wcześniej,
wciska zieloną słuchawkę w telefonie
)
Coś się stało?

Sadownik:
(odreagowuje wszystkowiedzącego klienta)
Nic. Dla odmiany z kimś fajnym chciałem porozmawiać.

Jabłoń:
(rozsmakowana w autoreklamie)
Ja jestem nie tylko fajna, ale jeszcze słodsza niż wczoraj.

Sadownik:
Jak to?

Jabłoń:
Przed chwilą zjadłam cztery krówki.

czwartek, 26 kwietnia 2012

(wieczorem, pod domem Dwunożne się spotkały,
Sadownik wracał z roweru, a Jabłoń z pracy
)
Sadownik
:
Idziemy do sklepu, chce mi się czegoś słodkiego.

Jabłoń:
(próbuje autoreklamy)
Ja jestem słodka.

Sadownik:
To potem. Idziemy.

Jabłoń:
(gotowa podzielić się swoimi najsłodszych skarbami,
by tylko nie musieli iść do sklepu
)
Chcesz krówkę?

Sadownik:
(udaje, że nie o cukierki chodzi)
To zrób Muuuuu!

Jabłoń:
(patrzy znacząco, z udawaną dezaprobatą,
by zaraz potem wybuchnąć jeszcze ludzkim śmiechem
)

Sadownik:
(wcale nie żartuje)
Idziemy.

Jabłoń:
(szuka ostatniego asa w kieszeni, by zamiast do sklepu do domu iść)
Wiesz co, ja już dzisiaj ledwo żyję.

Sadownik:
To ty nie jesteś krówką tylko zaoranym koniem
i powinnaś robić ihaha!

środa, 25 kwietnia 2012

Filozoficzny Bob Budowniczy wczoraj na chwilę obudził się we mnie. Choć zjawił się i znikł w przeciągu kilku sekund, pozostawił po sobie skończoną, fantastyczną konstrukcję. Z nagłego przypływu wrażeń, co znienacka zalały mnie nieznaną dotąd falą, zbudował mi... sitko na rzeczy do zrobienia.

Sprawy niecierpiące zwłoki, problemy  natychmiast potrzebujące szczęśliwego rozwiązania, przypadki, wypadki wszelakie i „kejsy”, choćby nie wiem jak ciekawe, bez cienia dyskryminacji wrzucam od wczoraj do tego sitka pozostając w niemym zadziwieniu jak mogłam bez niego żyć. I zajmuję się tylko tym, co przez magiczne dziurki sitka przeleci.

Robię, bo:
      — chcę to zrobić,
      — sprawia mi to przyjemność,
      — lubię się wzruszyć, zachwycić i zmieniać,
      — bo robiąc to odnajduję sens mojego życia,
      — TAK!

Nie robię, bo:
      — należy, wypada,
      — inni tak robią od lat, od zawsze,
      — on, ona, oni chcą, uważają, grożą konsekwencjami,
      — NIE!

Sitko. Nowe, imponujące narzędzie wśród moich życiowych utensyliów. A może całkiem stare, tylko dotąd nieużywane lub używane nieumiejętnie. Mistrzem sitka chcę być!

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Napisałam kiedyś:
czy tam, czy tu, czytam i kocham
____________________ ja, Jabłoń.

Dziś napiszę:
czy ta, czy tamta, czyta i kocha
____________________ On, Sadownik.

***

Odpowiedzialnością za wpis obarczam Dudiego, bo u niego wypatrzyłam ten filmik i... musiałam go mieć u siebie. Niech mi to Międzynarodowy Dzień Książki wybaczy.

***

Nie jedz!
Nie jedź!
Czytaj!

Przez ostatni miesiąc lekarstwem na  wszelkie zło, potencjalne zło, dobro chwilowo pomylone ze złem był... filmik i perspektywa, że już niedługo Dwunożne jadą na seminarium Joanny Hewelt.

Pada… Filmik.
Smutno… Filmik.
Nie wiadomo w co ręce włożyć… Filmik.
Kłopot… Filmik.

Na kilka dni przed seminarium okazało się, że jedziemy nie tylko w charakterze obserwatorów, ale jedzie również Sunix poćwiczyć. Radości nie było końca. Henia to ma szczęście!

***

Posobotni bilans.
Drużyna (Henia i ja) ma dwa nowe, cudowne ćwiczenia. Całe Stado ma perspektywę następnego seminarium z Joasią w sierpniu. A ja? Chodzę i przeżuwam filozofię Joasi, która powiedziała: „gdy trenuję, na każdą drużynę [człowiek i pies] patrzę jak na potencjalnych mistrzów świata”, by kilka zdań potem dodać „szkoląc nie należy zakładać, że pies ma limit możliwości”.

Chodzę i żuję zastanawiając się nad możliwością flancowania tej filozofii na ludzi. Uczyć się, uczyć innych, traktować siebie i innych jak potencjalnych mistrzów świata. W stwierdzeniu tym istotą nie jest tytuł, lecz wiara w siebie i innych. Nieskończona wiara w to, że możemy pójść do przodu. Nawet tylko z sadzonką tej wiary, nie wiedzieć czemu, życie ma już inny, bardziej intensywny smak. Nie wiem, skąd we mnie pewność, że tej wiary można się nauczyć.

W Wawie leje okrutnie… Filmik? Filmik!



środa, 18 kwietnia 2012

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się...
zszedł z otwierającej się przed nim otworem drogi sukcesu...
puścił trzymane w dłoniach sznurki spraw kluczowych...
_____________________przestał się dobrze zapowiadać.
_____________________Smutne, prawda?

***

   — Proszę, wytłumacz mi, jak to możliwe, że on, że ona, że ty, że chyba ja?

***

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się? ...może dopiero zrobił pierwszy krok,
zszedł z drogi sukcesu? ...może właśnie wszedł na swoją drogę,
puścił? ...by zyskać nowe możliwości.
_____________________nie musi się już zapowiadać, bo...
_____________________nareszcie poczuł, że JEST.

***

   — Ale jak to? To nie mieści się w głowie!
   — Co nie mieści się w głowie? Że zatrzymał się, zszedł, puścił?
   — To wszystko nie mieści mi się w głowie...
   — Zatrzymaj się, zejdź, puść... choć na chwilę... głowie nic do tego...

***

PUŚCIĆ... od wczoraj, znaczy dla mnie ZYSKAĆ!

____________
     POP-owcy „swoją drogę” nazywają ścieżką serca.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Do wczoraj od kilku dni było zimno. Okrutnie zimno. Nawet wczorajszy, wieczorny spacer został skrócony, bo Drzewko zmarzło i zmokło zbyt. Zimno przenikało kończyny na długo po tym, jak się wróciło i wypiło ciepłą herbatę. Gdy więc, w końcu, po kąpieli, zrobiło się w ciele słoneczniej, ostatnia rzecz, o której myślała Jabłoń, to utrata ciepła. Skarpetki na stopy zakładała i zrzucała je dopiero przy wejściu do łóżka.

***

[wieczór]
Sadownik
:
A skarpetki, o tu, do kosza na brudy się wrzuca, pamiętasz?

Jabłoń:
???

Sadownik:
Tak, tak. Tu się wrzuca zużyte skarpetki,
a nie koło łóżka, i to po  mojej stronie.
Trzy twoje pary sprzątnąłem dzisiaj. Osobiście!
„Tymi ręcyma”, koleżanko-małżonko!

Jabłoń:
(z powagą wypasionego, megaprofesjonalnego profesjonalisty)
Na drugi raz spróbuj F5

Sadownik:
Ty małpo, zapamiętam to sobie!

______________
   ‡   F5 (Odśwież), często wykorzystywany skrót klawiszowy do odświeżania zawartości komputerowych okienek.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Dawno, dawno temu. W dniu, w którym Kudłatą mieliśmy przynieść do domu. Papiery podpisane. Opłata za psa uiszczona. Metryka spakowana. Instrukcja obsługi psa przeczytana ze zrozumieniem. Mąż Pani, od której kupowaliśmy pięć i pół kilo pięknej labradorki — też hodowca, ale owczarka niemieckiego — podniósł się z kanapy, uśmiechnął się promieniście, wyciągnął ku Sadownikowi dłoń i powiedział: gratuluję panu, właśnie stracił pan prymat w rodzinie.

Niedawno. W sobotę rano. Jabłoń plącze się po kuchni z zamiarem przygotowania śniadania, a zaraz potem pudełek i pudełeczek z różnymi smakołykami na Heńkową naukę.

Jabłoń:
Co zjadłbyś na śniadanko?

Sadownik:
(w Przytulisku białe pieczywo  wjeżdża tylko okazjonalnie)
Czy mi się zdaje, czy widziałem bułki?
(grzanki?)

Jabłoń:
(ma kłopot z nakryciem prawdy szmatą fałszu)
Nooo… całkiem dobrze widziałeś, ale jest problem…

Sadownik:
Nie będę nawet próbował zgadnąć jaki.

Jabłoń:
No, wiesz, dla Heni kupione, do nauki.

Sadownik:
(wraca do historii kupowania psa)
To nie był hodowca, to był prorok!

| < Kwiecień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:



*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...