Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
czwartek, 07 lipca 2011

Studiujesz POP? Nie tłumacz swojej Drugiej Połowie, co to próg, proces wtórny, figura senna. Mówił Janek? Mówił. Posłuchałam? Oczywiście, że nie. Rewelacje przyniesione z zajęć tłumaczyłam Sadownikowi. Zaaferowana, zachwycona, nowe światy przede mną otwierały się, nowe zrozumienie, nowa wolność. Podzielić się z Nim chciałam, potrzebowałam. Wtedy.

To mam. Teraz.

Gdy tydzień temu wyszło szydło z worka, że samochód ma być odstawiony w dniu, w którym Sadownika nie ma w mieście, powiedziałam:
    --- Nie ma  mowy. Ja tego nie zrobię.
    --- Próg! --- powiedział ucieszony Sadownik.
Myślałam, że go własnymi rączkami ukatrupię za to wymądrzanie się.
    --- No, próg. I co z tego?
    --- Studentka POP-u powinna swoje progi przechodzić. --- Wymądrzała się dalej Druga Połówka, co POP-u nie studiuje.
    --- Przechodzić. Próg należy przejść, a nie dać się przez niego przepchać. Nie wolno przepychać przez próg. --- Znów nie nauczyłam się niczego na swoich błędach i tłumaczę Ślubnemu Młotkowi.

***

Przeszłam ten próg. Samochód odstawiony. Strat w ludziach brak. Ustał deszcz. A Heńka na to, broniąc Sadownika: „wierzyliśmy w ciebie”.

Gdybym była świadkiem, co z boku przysłuchuje się i przygląda tej historii, raczej nie podejrzewałabym owej kobiety o jej bliską zażyłość z własnym mężem. Historia w całości prawdziwa. Nie byłam świadkiem. Nie byłam obiektywna. Nie stałam obok. Byłam tą pańcią!

***

To tylko ja. Najzwyczajniej w świecie źle zrozumiałam postawione przede mną zadanie:

Dnia 6 lipca weźmiesz ze stołu dokumenty, kluczyki i odstawisz samochód do serwisu na godzinę 11.00.

Problem pojawił się już w poprzedzającą ten dzień noc. Padało. Trzecią dobę. Budziłam się co chwilę. Lało potwornie. Zaczęłam się martwić, co ja biedna zrobię jak zamkną mi tunel. Nie ma to jak balować w nocy z własnymi strachami. Impreza była pierwsza klasa, wstałam rano nieprzytomna. Zebrałam się w sobie, udając chojraka. Łatwy, pierwszy krok: dokumenty w koszulkę, zaświadczenie takie, oświadczenie śmakie, ksero tego, kopia owego. Trzy razy obejrzane z listą: pozycja po pozycji sprawdzone. Do plecaczka włożone. Wyjęte. Przeliczone jeszcze raz. Moje dokumenty. Są. Dowód rejestracyjny. Jest. Głowa. Jest. Dusza. Trzęsie się. Numery awaryjne do Sadowniczego kolegi, co pod telefonem miał być, gdyby cokolwiek mi się stało. Numery przepisane. Mało. Wbić numery w komórkę. Sprawdzić, czy w plecaczku dokumenty są. Są. Moje prawo jazdy. Jest. Dowód rejestracyjny. Jest. Telefon. Jest. Wcale się nie boję. Jedno, dwa skrzyżowania, jedno rondo, długo prosto, znaną trasą, tunel, może go wcale nie zamknęli, oby nie zamknęli. Jechać, jechać. Nie przejmować się ulewą. Gagarina minąć i pozdrowić. Kto jak kto, ale on powinien mnie zrozumieć. Nie martwić się, że na parkingu miejsca nie będzie. Powtarzać sobie: „tylko odstawię ten samochód i wstanie nowy dzień”.

Miejsce na parkingu znalazło się bez problemu. Parkowałam z ogromną przyjemnością. Nie wiedzieć czemu, na całym parkingu stały, tylko i wyłącznie, same Beemki. Przez salon do zakładu blacharskiego przeleciałam już z obłędem w oczach. Lampka od poziomu dostępnej energii informowała, że niewiele już z siebie wycisnę. Szybciutko do Pana, dokumenty oddać, poinformować, gdzie zostawiłam samochód i już... będzie się można obudzić z tego snu.

We właściwym pokoju padłam na krzesło. Krew mi z mózgu odpłynęła najpierw do serca, które już świętowało, że dałam radę, że już koniec. Potem krew spłynęła niżej, do nóg, pozostawiając po sobie ociężałość umysłową. Wtedy Pan zadał mi wiele pytań. Na wiele nie znałam odpowiedzi. Skąd miałam wiedzieć, że „odstawisz samochód” będzie oznaczało również wypełnienie kilku kwestionariuszy. Myślałam, że te intelektualne prace wykonali już mężczyźni. W końcu 6 lipca 2011 roku o godzinie 11.00 byłam tylko żoną swojego męża.

Wyszłam z przybytku motoryzacyjnego, strzepnęłam z siebie przysłowiową blondynkę, w deszczu wsiadłam w autobus, wyjęłam świeżutkiego Osiatyńskiego i w końcu byłam nareszcie w sobie i u siebie.

środa, 06 lipca 2011

Autentyczna wymiana zdań i światopoglądów:

    --- Poproszę numer telefonu do pani męża?
    --- Nie pamiętam.
Po chwili dodaje:
    --- Zaraz panu podam... --- wygrzebuje z kieszeni telefon... lista kontaktów... strzałka w dół... w dół... w dół... jeszcze raz w dół. Jest. Odnaleziony. Dyktuje i sama się dziwi, że w tych numerach cyfra „pię(ś)ć” pojawia się tyle razy.
    --- Gdzie jest mąż?
    --- Dzisiaj? --- pyta, może chcąc zyskać na czasie.
    --- Tak.
    --- Nie wiem.

***

Ciekawe, prawda? Wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, pewnie pomyślał młodziak. Żonka, mało rozgarnięta, może już ją rzucił, może separacja, może kwity rozwodowe w drodze. Przygląda się paniusi, jakby nigdy takiej nie widział. Okiem znawcy rzuciwszy, dopowiedział sobie w myślach: nie, o rozwodzie, jeszcze nic nie wie, nie trzęsą jej się ręce. Może przez ten egzemplarz żonki, młodziak już nigdy nie pomyśli, że chciałby mieć BMW. Jest tyle innych, prawdziwie rodzinnych marek...

A może jednak kupi BMW, ale nie nabędzie żony? Zgodnie z zasadą, że w życiu wszystkiego mieć nie można. A może można?

Jedna pańcia. Nic nie wiedziała. Skąd więc wzięło się tyle pytań?

A Wy? Na ile innych sposobów moglibyście odczytać ten dialog?

poniedziałek, 04 lipca 2011

W pewnym małym mieście, gdy wchodzi się na cmentarz, po lewej stronie jest grób. Wysoki, jasny. Gdy byłam mała bałam się go. Gdy byłam ciut większa robiło mi się przy nim smutno. Wciąż jest mi przy nim lub na jego myśl smutno. To grób mężczyzny, który zmarł dokładnie w moje urodziny. Nie w dzień moich trzecich, piątych czy osiemnastych urodzin. Dzień, który dla kilkorga moich bliskich był jednym z najwspanialszych --- dzień, który rozpoczął moje życie, był jednocześnie dniem, w którym umarł Ktoś, kogo na pewno kochano, szanowano, potrzebowano, kogo ktoś inny nie chciał stracić. Połączył nas jeden, ten sam dzień. Ten grób lub myśl o nim wciąż i wciąż uczą mnie pokory.

***

Szłam dzisiaj na kawę. Wolno, tak jak lubię. Zamyślając się po drodze. Uśmiechając się do psów. Rozmawiając z ich właścicielami. Gdy przechodziłam przez przejście dla pieszych, przyszło mi nagle do głowy, że życie jest jak kredyt hipoteczny. Filozofia życia przypominać może strategię spłacania kredytu. Można zaharowywać się, by szybciej spłacić kredyt i wtedy zacząć żyć pełnią życia. Można też płacić ciut wyższe raty wynikające z dłuższego okresu kredytowania, a różnicę potraktować jako cenę karnetu za kolejny miesiąc, w którym można znaleźć chwilę na swoje marzenia, pragnienia, pasje, by je spełniać i rozwijać. Ciekawa jestem, co ów Pan, co zmarł w dniu moich urodzin, mając za sobą doświadczenie całego życia, powiedziałby na temat strategii, która stała się naszym udziałem. Może chciałby być nikim, zgodnie z cytatem z książki, którą czytam bardzo, bardzo wolno:

Ostatnio zafascynował mnie pewien szczególny rodzaj heroizmu, mianowicie niegodzenie się na pośpiech. Żyjemy w społeczeństwie zdominowanym chroniczną gonitwą. Brak czasu stał się wyznacznikiem rangi osoby oraz sposobem pompowania własnej wartości. Jeśli nie musisz wciąż się śpieszyć, jesteś nikim. Jeśli Twój kalendarz, terminarz czy osobisty organizer nie jest wypełniony po brzegi, jesteś nikim. Jeśli nie dzwoni co chwila twój telefon komórkowy, masz powody, by wątpić w swoje istnienie. Jeśli nie jesteś przeciążony, jesteś bezużyteczny.

T. Hellsten, Odwaga poddania się, Osiem sprzeczności na ścieżce duchowej,
Wydawnictwo JK, Łódź 2009.

sobota, 02 lipca 2011

Od wczoraj Dwunożne Stada są na diecie bezmięsnej w związku z coroczną głodówką Sadownika, która zbliża się coraz większymi krokami. Przepraszamy się z potrawami, które nie lubią bywać w towarzystwie mięcha. Wczoraj było ciężkawo. Obiad wielki, ale chyba z powodu braku mięsa został potraktowany jako przekąska.

25% maturzystów w tym roku oblało, doniosło nasze ulubione radio. Zachodziliśmy w głowę jak to było możliwe, przecież zalicza 30% możliwych do zdobycia punktów. Bojąc się, że to starość w nas czepia się młodości świata, prewencyjnie, by nie uderzyła nam woda sodowa do głowy, mimochodem poddaliśmy się nostryfikacji naszych starych matur --- spontanicznie przenosiliśmy z jednej strony równania na drugą:

Sadownik:
(po dwudziestej, czyli teoria o „chudych” w mocy)
Jestem głodny!

Jabłoń:
(pochyla się nad Sadownikiem)
Proszę, dam Ci dwieście kalorii.
(całuje Sadownika, nie byle gdzie i nie byle jak)

Sadownik:
Minus dwieście.

Jabłoń:
Ja mam minus dwieście.
Ty masz plus dwieście, bo to ja Ciebie całuję.

piątek, 01 lipca 2011

Kilka lat temu, przypadkiem, oczywiście, nadziałam się na audycję. Jakiś mądry człowiek opowiadał o swoim trzeźwieniu. Zapamiętałam tytuł książki, którą popełnił. Kupiłam. Przeczytałam w jeden wieczór śmiejąc się od czasu do czasu, ale i płacząc po wielokroć.

Dwa dni temu, zajrzałam do księgarni, w której nigdy nie bywam, a tam... książka, o której istnieniu nie wiedziałam. Stała, pchała mi się w oczy charakterystyczną szatą graficzną. Chwyciłam, nie zastanawiałam się ani chwili. Ten sam autor, ten sam temat. Inny tytuł! Tym razem byłam roztropniejsza, dawkowałam sobie przyjemność połykania kolejnych zdań, akapitów i rozdziałów. Starczyło na dwa dni. I nie mogę się powstrzymać, by nie zacytować, bo te książki, choć traktują o alkoholizmie, dla mnie traktują o mądrości życia. Książka ta po raz pierwszy ukazała się w... 1992 roku. Przytoczona poniżej rozmowa miała miejsce w listopadzie... 1987 roku. Kto by pomyślał, że prawda może pozostać tak długo prawdziwa. ;)

     --- (...) Ponadto odnoszę wrażenie, jakby każdy Polak, którego spotkałem, był alkoholikiem albo koalkoholikiem, albo jednym i drugim.
     --- Trudno się temu dziwić, bo przecież spotykał się pan w Polsce niemal wyłącznie z alkoholikami lub ludźmi, którzy ich leczą, a są u nas prawie bez wyjątku współuzależnieni od alkoholików.
    --- Spotykałem się również z ludźmi, którzy z alkoholizmem i alkoholem nigdy nie mieli nic wspólnego. I oni też są tacy sami. Są gotowi na wszystko, by pomóc drugiemu człowiekowi.
     --- Czy to źle?
     --- Gdy mówię, że są gotowi na wszystko, mam na myśli skłonność, by oddać drugiemu więcej, niż się samemu posiada. Polak  może osobiście znajdować się na skraju bankructwa i załamania, a jednocześnie jego „ja” będzie zmuszało go, by dogadzał komuś, kto wcale nie jest w równie wielkiej potrzebie jak on sam. Wielu Polaków zdaje się nie wiedzieć, kto jest najważniejszym człowiekiem w ich życiu.
     --- Kto?
     --- On sam. Bo to jest wszystko, co człowiek ma. A wy jesteście zbyt zajęci tym, by dogadzać innym. To przejaw braku poczucia własnej wartości i skłonności do depresji.
     --- Jaka na to rada?
     --- Najpierw trzeba uważnie spojrzeć w lustro i uczciwie przyjrzeć się samemu sobie. Pokochać siebie, nabrać więcej szacunku do samego siebie i okazywać więcej troski. A dopiero potem dawać innym, nie odwrotnie.
     --- Czy dlatego, że nie można dać innym tego, czego się samemu nie posiada?
     --- Nie tylko dlatego. Także po to, by móc wziąć w swoje ręce odpowiedzialność za własne życie. Odnoszę wrażenie, że Polacy zużywają zbyt wiele energii na obwinianie rządu, polityki i czynników zewnętrznych za swoje problemy. Że litują się nad sobą, mówiąc: „Taki jestem biedny. Nic nie poradzę, bo żyję w takim społeczeństwie”. I nawet nie zauważają, że wiele mogliby zrobić, by być wolniejszymi i bardziej niezależnymi.
     --- Na przykład?
     --- Już podałem przykład. Skoncentrować się na sobie. Oczywiście dla was byłoby to czymś negatywnym, oznaczałoby egotyzm lub egoizm.
     --- A czy nie byłoby nim?
     --- Ja mam na myśli pozytywny egoizm. Taki, kiedy nikogo się nie rani ani nie następuje drugiemu na odcisk. Ale dopóki człowiek nie zbuduje szacunku do samego siebie i nie uzyska dobrego samopoczucia, dopóty nie będzie zdolny przekazać tego swoim najbliższym.
     --- Obawiam się, że taka zmiana może u nas potrwać kilka pokoleń.
(...)

W. Osiatyński, Alkoholizm GRZECH CZY CHOROBA?,
Iskry, Warszawa 2005.
[z rozdziału „Pokochać siebie” zawierającego rozmowę ze Stefanem Johannssonem]
(wyróżnienie, moje)

***

Dziś tknęło mnie, by sprawdzić aktualny stan książkowy Osiatyńskiego w  tym temacie. I... bardzo mnie ucieszyło, że jest jeszcze jedna, której nie czytałam. Zamówiłam. Teraz muszę tylko poczekać.

czwartek, 30 czerwca 2011

W Przytulisku mieszka kątem wiele teorii autorstwa Jabłoni. Jedna z nich głosi: chudy człowiek nawet nie myśli o jedzeniu po dwudziestej. Jak każda teoria, musi mieć ona niewygodne wyjątki.

Dochodziła prawie północ. Światło zgaszone. Heńka chrapała u siebie. Dwunożne kończyły wieczorne dyskusje układając się do snu. Pogoda nie wiedziała co ze sobą zrobić, było parno i wilgotno...

Sadownik:
(dojrzał do decyzji, podnosi się, by pójść po piżamkę)

Jabłoń:
To jak wstajesz, przynieś mi 0.75 cm żółtego sera, proszę...

Sadownik:
(idzie i wraca z dużo grubszym kawałkiem sera i przedrzeźnia)
O tej porze jeść? Ty nie jesteś grubaskiem. Ty jesteś prawdziwym tłuściochem!

(nic sobie nie robi z tych obelg i pałaszuje serek)
Jabłoń:
(kończy i...)
Wiesz, jeszcze 1 cm bym zjadła. Przyniesiesz?
Taki pyszny ten serek w ciemnościach.

Sadownik:
(idzie, wraca z serkiem dla Jabłoni i jogurtem dla siebie)

Heńka:
(jako kontroler jakości jogurtów pojawia się nie wiedzieć kiedy
i cierpliwe czeka aż jej Pan zje i da wylizać pojemniczek
)

W ten oto sposób, całym Stadem, zamykaliśmy wczorajszy dzień. Smacznie było każdemu.

Tagi: dialogi
16:26, dc_hexe , My
Link Komentarze (1) »
środa, 29 czerwca 2011

W mętnej atmosferze niepewności nie wytrzymała i zapytała:
   --- A... dlaczego chciałabyś mieć dziecko?
Cisza. Głęboka. Prawdziwa. Trwająca niczym ruski rok. W komunikacyjnej próżni, zaczęła się zastanawiać nad tym, jak bardzo niedelikatne pytanie zadała. Na pewno absurdalne, bo nie powinno pytać się o oczywistości, nawet najbliższych. Tylko ona, niereformowalna, pyta o to, co wszyscy wiedzą. No... jak zwykle głupotą błysnęła. Mogłaby tak długo kopać się wewnątrz własnej głowy, lecz niczym rozjemca nadeszła odpowiedź, która ucięła jej wewnętrzny dialog:
   --- Wiesz... byłabym bardziej kochana.

wtorek, 28 czerwca 2011

Produkt miłościopodobny. Pojawia się nie wiadomo skąd. Dlaczego ten człowiek? Dlaczego tak intensywnie? Dlaczego świat przy tej osobie ma tak intensywne kolory i fantastyczny smak? Dlaczego wszystko podsyca nieskończona wiara, że będzie tak już zawsze? Niezauważona data przydatności do spożycia mija niepostrzeżenie. Nie wiedzieć skąd, na ściance pojemniczka z życiodajnym uczuciem, pojawia się wykwit małego ogniska grzybiczego co nienawiści jest zapowiedzią.

Produkt miłościopochodny. Utworzony na bazie zepsutego produktu miłościopodobnego. Wszyscy wiedzieli, że tak będzie. Te same pytania. Dlaczego ten człowiek? Dlaczego tak intensywnie? Dlaczego świat stracił kolory i nic nie ma smaku? Dlaczego tak już będzie zawsze?

Mija czas, co miał zatrzymać się w miejscu na wieki. A widzisz! Nawet Chronos nie umie dotrzymać słowa! Mija czas. Błogosławiony Czas!

***

Spotkałam Go. Najzwyklejszy człowiek. Nie ma już magicznego wpływu na kolory mojego świata. Patrzyłam na niego i... zatęskniłam troszkę za czasem, gdy Go nienawidziłam. Doceniłam nienawiść co, dzięki swej intensywności, wiarę w zmianę miała nieskończoną. Produkty miłościopodobne i miłościopochodne na tej samej półce tuż obok siebie leżą. Tyle, że my już ich nie kupujemy. Staliśmy się bardziej świadomymi konsumentami.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Szło dwóch mężczyzn. Łączył ich wspólny świat i jedna droga. Nie trzymali się za ręce, ale było widać, że połączyła ich ta sama miłość. Byli tak inni od pozostałych, pędzących gdzieś ludzi. Owa „inność” sprawiła, że podniosłam oczy znad książki i filiżanki kawy.

Z przyjemnością patrzyłam na spokój i pewność, która biła od każdego z nich. Identycznie ubrani w imię tego samego umiłowania. Szli krocząc w tym samym rytmie, dwie prawe, dwie lewe nogi, na zmiany. Patrzyłam urzeczona. Jeden niósł siatki. Drugi żywo o czymś opowiadał Pierwszemu. Wkraczali w otaczający mnie świat prezentując proste plecy swojego świata wartości, przekonań, miłości, poświęcenia, wiary. Nie mogłam oderwać od nich oczu.

Stanęli pięć metrów od mojego stolika. Ustalili między sobą. Ten bez pakunków pobiegł coś załatwić. Obarczony siatkami przystanął w oczekiwaniu, które pełne zrozumienia i cierpliwości było. Wgapiałam się w bijący od niego megaspokój. Przystanął, a potem wykonał wolno kilka kroków w stronę wystawy sklepu jubilerskiego. Coś we mnie z dezaprobatą stwierdziło: jaki sens w twoim oglądaniu damskiej biżuterii? Po krótkiej chwili udało mi się wydostać z rdzewiejących resztek katolickiego wychowania. Pop! Dwa serca ma. Umiłował Boga. Pokochał kobietę. Umiłowany przez Boga oglądał damską biżuterię.

| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...