Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
wtorek, 01 marca 2011

Tak. We wtorki w tym semestrze jestem burżujem, bo otwieram oko dopiero o 6.30. Dzisiaj z radości posiadania takiego bogactwa wyskoczyłam z łóżka, jakbym spała do jedenastej. Kudłata była zachwycona. Poszłyśmy na dwór, gdzie trafił nam się nie lada bonus, gratis, coś całkiem ekstra --- czarne zabawiło się w berka z czarnym. W małym parku  spotkałyśmy dwie duże kawki. Heńka z wrażenia wyhamowała i podziwiała. Ptaszki łypały na Heńkę. Heńka łypała na ptaszki. Ów pojedynek na miny trwał dopóki mięśnie psich kończyn nie porwały kudłatego ciała do przodu ku piórom. Zwykle jest to już koniec opowieści, ale nie dziś. Owe kawki, niczym ptasie, wyzwolone feministki z uporem maniaka parkowały swoje ciała dwa metry od Heńki udając, że nic się nie dzieje. Heńka patrzyła, zrywała się, ptaki podrywały się do lotu. Sierściuch zatrzymywał się, ptaszki podlatywały, lądowały i udawały, że wcale na Heńkę nie patrzą. Niutka była w miłym, poznawczym szoku. Cała procedura powtórzyła się kilka razy. Przyjemnie było na to patrzeć jednocześnie wygrzewając się w słonku. Dopiero gdy wracałam, uświadomiłam sobie, że po raz pierwszy w tym roku nie założyłam rękawiczek, tylko niosłam je w dłoni. Zapachniało wiosną. Do burżuja to i wiosna ma jakoś bliżej…

czwartek, 24 lutego 2011

Opadły mi dziś ręce. Od 1 marca do 31 października psom na plażę w Sopocie wstęp wzbroniony. Nie o Sopot mi chodzi. Martwi mnie sama w sobie ciasna idea ciasnych umysłów radnych ciasnego miasta, która może w dalszej perspektywie okazać się zaraźliwa. Rozumiem, że w marcu, kwietniu, wrześniu i październiku zacni ludzie tłumnie kąpią się, opalają i dbają o czystość polskiej plaży nie wyrzucając nigdy za siebie puszek, opakowań plastikowych, flaszek, petów. Zacny naród, tylko czemu odechciewa mi się do niego należeć?

Smutno mi tym bardziej, że straż miejska w Wawie od dwóch dni nie ma co robić i gania właścicieli labradorów za... brak kagańców. Heniuśka, nie uśmiechaj się do kretynów! Ona głupia się uśmiecha... ręce opadają... tylko kaganiec ją z tego uśmiechu i nieskończonej wiary w ludzi może wyleczyć. :(

środa, 23 lutego 2011

Na nasze życie największy wpływ mamy my sami. Wygodnie jest przynajmniej tak myśleć, bo daje to ułudę względnej sterowalności. Jeśli chodzi o „wpływ” pomińmy rodzinę, kochanych i nienawidzonych, obecnych, byłych i może przyszłych. Są jednak tacy ludzie, których nigdy nie podejrzewalibyśmy o to, że zmienią nasze życie na zawsze. Więcej, oni najczęściej nie wiedzą, że mieli niebagatelny wpływ na to, co zrobiliśmy z naszym życiem. Jeśli o mnie chodzi, orientacja, że ten czy tamten człowiek był właśnie z tej puli ludzkich istnień, następuje dopiero po kilku latach klarowania się faktów.

Z Brrr, jak już usiądziemy przy kawie, prowadzimy wiele rozmów, które niby się kończą, ale często niczym kręgi na wodzie dotykają czegoś w mojej głowie, o czym dowiaduję się zwykle kilkanaście godzin później. Nie mogło być inaczej wczoraj. Tym razem rzecz dotyczyła owego dziwnego gatunku człowieka, który pojawia się bez etykietki a po latach okazuje się Katalizatorem Wielkiej Zmiany obleczonym w ludzką skórę.

Na piątym roku studiów miałam przedmiot „Jakość oprogramowania”. Nie było książek. Nie było wiadomo, co gość chce. Trzeba było chodzić na wykład. Wykład potwornie chaotyczny, inżynieria filozofii lub filozofia inżynierii w zależności od nastroju wykładowcy. No i pękłam. Facet powiedział coś, co spowodowało, że nie mogłam go już dłużej słuchać: „Jakość oprogramowania mierzy się stosunkiem liczby błędów wykrytych do liczby wszystkich błędów”. Matematyczna część mnie wcale nie chciała się śmiać, ona postanowiła nie oglądać owego faceta już nigdy na oczy. Na fali „liczby wszystkich błędów” poszłam w odpowiednie miejsce, wypełniłam wniosek o wyjazd i jak ślepa kura co grała w totka trafiłam. Po czterech miesiącach od owego feralnego wykładu nie słyszałam języka polskiego. Żyłam w diametralnie innym świecie, choć wciąż była to Europa. Poza merytorycznymi rzeczami, dużo ważniejsze było to, że wyleczyłam się z kompleksu centymetrów nadmiarowych. Więcej, żyłam w kraju, w którym pięknem absolutnym są kobiety z błękitnymi oczami. Po raz pierwszy w swoim życiu byłam piękna i ku memu zdziwieniu okazało się, że to ma również swoje cienie. Wróciłam do kraju inna. Ów Profesor nigdy pewnie nie pomyśli jak wiele dobrego zrobił dla mnie wypowiadając jedno zdanie, z którym żaden prawie magister inżynier zgodzić się, nawet w ramach eksperymentu, nie może. To było bardzo, bardzo dawno temu. Za tydzień zaczynam letni semestr. Ciekawe, ale i obezwładniające, czyje życie zmieniłam, zmieniam, zmienię ja... strach się bać.

W podawanych w piątek wiadomościach radiowych moją uwagę przykuł fakt, że Politechnika Gdańska postanowiła w nadchodzącym roku akademickim wydłużyć każdą godzinę zajęć (45 min) o 3 minuty. W efekcie da to... skrócenie roku akademickiego o dwa tygodnie. Zamyśliłam się, policzyłam... jak w mordę, dokładnie dwa tygodnie zyskują w ten sposób. Na coś takiego wpaść może tylko inżynier --- pomyślałam z dumą. Genialne w swej prostocie. Prostota tak prosta, że granicząca z idiotyzmem, bo czy ma to jakiś sens, skoro studenci pierwsze dwie minuty zajęć wchodzą, siadają, wyciągają przybory, zeszyty, laptopy itd. Z drugiej strony, pomyślałam, jak niesamowita jest moc 3 minut. Zakładając, żeby było łatwiej liczyć, dziesięć godzin pracy dzienne, mówimy o 30 minutach na dobę. Tylko pół godziny dziennie! Gdyby poświęcić taki czas na to co zawsze chciało się zrobić, ale ciągle odkłada się to na później, na lżejsze czasy, na potem, być może na wieczne nigdy, choć niezmiennie jest to całkiem spore marzenie... Prawdziwa inżynieria filozofii życia!

Jedno z drugim łączy klamra postaci. To Profesor od „liczby wszystkich błędów” zarządził „piłkarskie” 3 minuty, by Euro mogło mieć politechniczne akademiki dla siebie. Po raz kolejny ów człowiek zmienia mi perspektywę postrzegania. Trzy minuty to cholernie dużo czasu! Teraz wiedzą to nie tylko jajka gotowane na miękko, ale wiem to również ja! Eksperyment przyszedł mi na myśl: każdego dnia przeżyć świadomie 30 minut w opozycji do biegania tu i tam, załatwiania tego i owego, planowania, urzeczywistniania. Będę musiała pogadać z Heńką, bo coś mi się zdaje, że dla niej to żaden problem nawet przez 24 godziny na dobę.

wtorek, 22 lutego 2011

Około trzydziestu lat temu... długo trwało zanim się doliczyłam. U mojej Babci nagle rodzinnie zdaliśmy sobie sprawę, że nie wiemy, gdzie jest nasz pies. Okazało się, że suńka oglądała komórkową wersję „Planette” nadawaną w czasie rzeczywistym --- komórka miała wtedy inne znaczenie. Obok domu, w którym mieszkali Dziadkowie był solidny budynek z komórkami gospodarczymi. Jeden z sąsiadów hodował tam króliki. Sunia zahipnotyzowana siedziała pod siatkowymi drzwiczkami i oglądała niemający końca serial.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy Heńka wyodrębniła z tła istnienie drzwi balkonowych. Doceniła je i często pod nimi przesiaduje oglądając swój analogowy, wiecznie włączony kanał telewizyjny. Głowa chodzi z lewej na prawą z dołu do góry... Przelatujące ptaki trzeba pilotować. Konika, który każdego ranka idzie do pracy na Starówkę, trzeba wzrokiem odprowadzić. Furorę wzbudzają przechadzające się po balkonie wróble. Sierściuch rozczula mnie swoim istnieniem najbardziej, gdy czasem, w pełnej zadumie przygląda się wędrującym po niebie chmurom. Skąd Padalec wie, że ja też to lubię robić? Uśmiecham się za każdym razem, gdy widzę przylepiony do szyby psi nos. Śladów już nikomu nie chce się ścierać.

Około dziesięciu lat temu... może dwunastu... w pięknie, niekryzysowo wydawanej jeszcze wersji Dużego Formatu czytałam artykuł Adama Wajraka. Wycięłam go nawet i gdzieś w Przytulisku jest. Rzecz dotyczyła wydry, którą mieli chwilowo na stanie. Wspaniałe zdjęcia zachwyconego życiem stworzenia i cudnie opisane kłopoty jakich było twórcą. Otóż, owa wydra pewnego magicznego dnia nauczyła się odkręcać kurki kranów w łazience czyniąc fantastyczne powodzie ku swojej, nie do opisania, radości.

Dziś. Wraca do mnie wspomniana historia od czasu, gdy kilka dni temu Heńka wycięła numer. Od początku... Dawno, dawno temu zauważyliśmy, że picie wody z miski jest dla Kudłatej fajne, ale dotykanie strumienia wody, gdy wlewamy wodę do miski jest dużo fajniejsze. Powolutku zaczęłam Heńkę oswajać z brodzikiem kładąc w nim słuchawkę prysznica z lecącą wodą. Niutka nie była skora do eksperymentów tak od zaraz, jak to zwykle ma w naturze, bo kabina prysznicowa kojarzy jej się z osobistym znikaniem z powodu kąpieli. Chyba szampon psi ma na nią podobny wpływ jak elektrowstrząsy na człowieka. Traci Psina tożsamość, nie wie kim jest, traci pamięć tego, w czym się ostatnio wytarzała, kto ją ostatnio zdominował. Całą historię osobistą trafia szlag a tego nawet psy nie lubią. Jednak powolutku, bez zmuszania, woda leciała a w Suni rosła fala zaciekawienia i stało się. Wchodzę do łazienki a Heńka nie tylko opita jak bąk, ale bawi się w badacza stojąc łapami w wodzie z pochyloną i kiwającą się głową. Odkryła bowiem, po kilku dniach użytkowania prysznica jako wodopoju, że brodzik ma otwór, wokół której wiruje woda, która gdzieś znika. Nie mieści się to w Heńkowej głowie... studiuje więc z zapałem a Sadownik zaciekawił się i zadał zadanie: o ile zwiększy się liczba zużywanych metrów sześciennych wody w Przytulisku od wodnych eksperymentów badawczych i nawadniania psiej Duszy.

poniedziałek, 21 lutego 2011

Kochaj bliźniego swego jak siebie samego”. Nie, nie jestem katoliczką, ale też nie jestem ani z Marsa, ani z Wenus. Wyrosłam w katolickim kraju. To jest we mnie jak osad, jak część kamienia węgielnego mojej osoby.

Na wspomniane przykazanie patrzyłam do tej pory na dwa różne sposoby. Pierwszy, życzeniowy, żeby to się nigdy nie spełniło! Dlaczego? Mam świadomość, że często (eufemizm?) traktuję innych ludzi dużo lepiej niż samą siebie. Nie wiem, czy bardzo się pomylę, jeśli napiszę, że najprawdopodobniej wielu ludzi też ma taką jak moja przypadłość. Innego łatwiej usprawiedliwić, zrozumieć, wybaczyć, bo przecież nie chciał, nie wiedział, na pewno ma trudności... a ja... o, zgrozo, jak można było taką głupotę walnąć, jak można było nie wiedzieć, jaką trzeba być idiotką by powiedzieć o te trzy słowa za dużo, no jaką! Dziękuję tym z ludzkiej populacji, którzy mają tak jak ja i nie traktują innych jak siebie samego. Gdyby nie oni mielibyśmy piekło na Ziemi bez potrzeby bycia najpierw martwym.

Drugi sposób to makabryczna konstatacja. Jednak są tacy, którzy są dla innych dokładnie tak samo okrutni jak dla siebie, wymagają od innych tak jak od siebie niemożliwego... namacalnym dowodem dla mnie są wojny, terror i niezmącone wątpliwością poczucie wyższości własnej religii nad innymi. Czy Siła Wyższa miała ochotę obejrzeć taki eksperyment jako nie tylko myślowy?

W weekend, który minął byłam na warsztacie z Pracy wewnętrznej. Jedno z ćwiczeń przenicowało mnie w całej mej rozciągłości. Jest taki punkt, z którego gdy patrzę na psychologię procesu, to widzę ogromne umiłowanie przeciwieństw i ich całkowitą akceptację. Przeciwieństw, które nigdy, ani na chwilkę, ze sobą nie rozstają się. Miłość i nienawiść, dobry i zły, sprawiedliwe i niesprawiedliwe, silna i słaba. Sztuką jest dostrzec, że w miłości jest odrobina nienawiści a w nienawiści szczypta miłości. Wielką zaś Sztuką jest zaakceptować to i wykorzystać by wzrastać.

Do tej pory w swoim życiu nauczyłam się doceniać tych ludzi, którzy sprawiali lub sprawiają mi problem, bo zawsze na końcu okazuje się, że właśnie ci ludzie, jak katalizatory, popychają mnie do nauczenia się czegoś nowego o sobie, o świecie, do zdobycia nowej umiejętności, do poradzenia sobie.

Weekend, który minął, pozwolił mi docenić tych, którzy mnie nie lubią. Tak jak są role „kochająca” i „nienawidząca”, „silna” i „słaba”, tak w tym przypadku są dwie role „lubię Jabłoń” i „nie lubię Jabłoni”. Gdy jest przynajmniej jedna osoba, która mocno zajmuję rolę „nie lubię Jabłoni”, mi nie pozostaje nic innego jak stanąć w drugiej, niezajętej roli i „lubić”. Stanąć za sobą, poczuć siłę prawd, w które wierzę, poczuć, że na ten moment jestem dokładnie takim człowiekiem jakim chcę być. A gdy lubi się siebie choć troszkę łatwiej się zmieniać, łatwiej wiedzieć w jakim kierunku chce się iść. Efekt jest taki, że jestem dziś jak uderzona łomem, dziękuję każdemu, kto mnie nie lubi, nienawidzi może. Od wczoraj chodzę i myślę: „potrzebuję was, by być wyrazistą”. Skrócone „kochaj bliźniego swego” uległo transformacji w „kochaj każdego wroga swego, bo dzięki niemu łatwiej ci być takim jakim jesteś”. Czy taki chcesz być to już inna kwestia...

piątek, 18 lutego 2011

Gdy w środku semestru studenci zmęczeni są tempem a czasem samym faktem, że czegoś od nich chcę, używam „wytrychu”, który niezmiennie działa. Mówię: „Mają państwo ze mną tylko semestr, a mój mąż ma dożywocie”. Natychmiast grupa znajduje w sobie całkiem sporo wiary w to, że semestr to nie wieczność i jakoś dadzą radę. Wartością dodaną jest jęk współczucia kierowany ku nieobecnemu Sadownikowi. Ten jęk pojawia się zawsze. Nie wiedzieć czemu bardzo lubię ten przejaw męskiej solidarności i damskiej empatii. Uwielbiam przez chwilę poczuć się prawdziwą Cholerą w tym Związku.

O czym studenci nie wiedzą, to o fakcie, że życie z Sadownikiem to prawdziwe Wyzwanie. Wspominam o tym, bo zabił mnie wczoraj bez znieczulenia. Rozmawialiśmy wieczorem o wpisie (183+3). Jak się mamy z głupim i mądrym chwaleniem, z kulturowym aspektem chwalenia jako takiego. I... zastrzelił mnie pytaniem... no, to powiedz mi, z czego jesteś dumna w swoim życiu? Padłam a Heńka na to, trzymając sztamę ze swoim Panem: Noooo, z czego?

czwartek, 17 lutego 2011

Dwunożne Stada pochodzą z różnych domów. Jednak jedna rzecz w tych domach była identyczna. Wiara w słuszność tezy, że dzieci nie należy chwalić, ponieważ od chwalenia dzieci się psują. Wiarę poparto empirią i jako produkt owego przekonania ruszyliśmy w świat, jak sporo naszych rówieśników, z poczuciem własnej wartości na poziomie –5 w skali od 0 do 10. Gdy byliśmy mali, być może termin „poczucie własnej wartości” (PWW) w ogóle nie istniał a i teraz wydaje się nowomodnym zbytkiem psychologicznym, który niechybnie przybył do naszego kraju wraz z wieloma beznadziejnymi amerykanizmami.

Myślę o chwaleniu, gdzieś z tyłu głowy, od początku tygodnia, gdy moja Pacjentka powiedziała: „jesteś moim poniedziałkiem”. Zmusiła mnie tym samym do zastanowienia się, co ja takiego robię i jak to robię, że między nami jest tak jak jest. I... doszłam do wniosku, że warto pamiętać, że chwalić można głupio i mądrze... również dorosłych.

Głupio chwalić, czyli chwalić  za coś, na co nie mamy specjalnego wpływu: „słonko, jaki piękny masz zarost”, „skarbie, jakiś ty inteligentny”, „och, jakie masz piękne oczy”.

Mądrze chwalić, czyli chwalić za akt, działanie, wykonanie od A do Z, za coś na co osoba chwalona miała wpływ: „słonko, jak pięknie przyciąłeś sobie brodę”, „skarbie, jak świetnie rozplanowałeś rozłożenie tych rzeczy”, „och, jak pięknie pomalowałaś dziś oczy”. W tym przypadku Obiekt Chwalony wie, że dobrze przycina i planuje. Więcej, może nawet pokusić się o pracę nad jeszcze lepszym przycięciem czy rozplanowaniem.

Myślę o chwaleniu nie tylko w kontekście reperowania osobistych kont PWW każdego ze spotykanych w życiu ludzi, ale również w kontekście dostrzegania, że naprawdę dużo potrafimy. Wiara w to, że tak właśnie jest (potrafimy!), sprawia, że możemy teleportować się z lokalu, który mieści na ulicy Niemogętnych Niedowiarków 7 do lokalu na ulicy Dam Radę Pięknie 13. To naprawdę daje moc! Jest tylko jeden minus takiego wywrotowego podejścia... możemy zrobić się przez takie podejście mniej pechowi, mniej marudni, mniej polscy po prostu.

Moja Kuchnia podjęła to ryzyko i nie informując mnie o tym, przeniosła się do dzielnicy CoDziśPysznegoRobimy. Myślę o chwaleniu między jednym krojonym warzywkiem a drugim. Pochwalić, docenić... na samą myśl robi mi się cieplej, pewniej, „możliwiej”... Dziś, czy i jak pochwaliliście kogoś mądrze?

środa, 16 lutego 2011

Odcień wiary
______ w sens tego, co się robi?
______ w ludzi wokół?

Barwa sensu
______ pojedynczego ludzkiego życia?
______ jednego, przeżytego dnia?
______ odwzajemnionego uśmiechu obcego człowieka?

Kolor pasji?

Tylko jedna odpowiedź:
José González, Heartbeats + kulki + ludzie, kryjący się za kulkami

Nie zagubić wiary!
Nie stracić sensu!
Nie porzucić pasji!


Sony BRAVIA Advert, Bouncy Balls.

Uwielbiam pić kawę w i-COFFEE w Arkadii i patrzeć na przemykające tłumnie twarze. Grymasy, drobne ruchy mięśni policzkowych, zalążki uśmiechów. Wszystko to, swoista feeria barw, opowiada historię widzianych przez chwilę ludzi. Twarze wciąż rozmawiają same ze sobą, coś komuś komunikują, próbują znaleźć konsensus, przyjrzeć się możliwościom a może nawet ostro się z kimś pokłócić. Nieprzeliczalna ilość możliwości maluje się na wielu twarzach, które obserwuję. Kiedyś lubiłam zastanawiać się jaki jest człowiek z taką a nie inną mimiką twarzy? Jaki ma teraz problem? Co go uszczęśliwia?

Teraz, najbardziej lubię obserwować twarze należące do ludzi, którzy znajdują się w takich społecznych rolach, których w tym życiu nie zaznam. Na przykład, twarz pędzącego finansisty lubi mówić głośno i natarczywie, by przekrzyczeć luksusową teczkę, garnitur i buty, by zostać choć przez chwilę zauważonym przez twarzowłaściciela. Twarze prezesów nie rozumiejących słowa „nie” zmagają się z milionem problemów do rozwiązania. Mężczyźni... Nie będę w tym życiu mężczyzną. W tym życiu jestem z Mężczyzną.

Do puli twarzy ról niemożliwych należą również twarze matek małych dzieci. Te twarze zadziwiają swą ekspresją i różnorodnością. Bywają z grymasem zmęczenia. Bywają szczęśliwe, pomimo zmęczenia. Bywają z naniesioną złością, której jest dziesięć razy więcej niż kilogramów malucha. Na widok takiej twarzy ze smutkiem myślę o tym, że najprawdopodobniej ów maluch był wyczekany, wymarzony, słodkie ciałko, które miało odmienić życie. Odmieniło.

Bywają też twarze kobiet, które w sposób szczególny przyciągały moją uwagę. Do wczoraj nie wiedziałam o co chodzi. Czym jest to „coś”, co mnie prawie hipnotyzuje? Poczuciem wyższości, spełnienia, perfekcyjnej znajomości największej tajemnicy świata? Dlaczego nie umiem nazwać tego drobnego „czegoś”, co zmienia ich rysy twarzy? Mam! Przemknęła wczoraj obok mnie kobieta-matka. Pchała przed sobą wózek. Jej twarz wyglądała jakby należała do dumnej posiadaczki różowego Lamborghini (dziewczynka) lub błękitnego Porsche (chłopiec). Fajna ta duma! Dumna duma! W tym życiu pozostanę przy mojej skromnej, ale dumnej miłości do BMW.

wtorek, 15 lutego 2011

Kuchnia i Dwunożne Stada długo nie mogły się spotkać. Niektórzy żywili nadzieję, że z czasem poślubnym może jednak doszlusujemy do peletony społecznego. Miesiąc po ślubie, sto lat temu, otrzymałam na imieniny książkę kucharską, w której obiecywano, że wykonanie każdego przepisu zajmie maksymalnie 30 minut. Była więc i wiara, że może damy radę pół godzinki odstać przy garach. Nienawidzę kolorowych, pięknych książek kucharskich, bo trudno się najeść ilustracjami a to, co ugotowane rzadko przypominało obietnicę smaku, jaką roztaczały wokół siebie piękne fotografie znajdujące się obok przepisu. Pomijam wkurzające „doprawić do smaku”. Jeśli nigdy nie jadłam potrawy, skąd mam wiedzieć jaki jest jej smak? Ciężki przypadek otępienia kuchennego.

Wkład wspomnianej książki kucharskiej w rozwój kulinarny Stada ograniczył się do rozwoju słownika używanych fraz. Są takie chwile w życiu człowieka, że coś by zjadł, ale nie wie co. Właśnie w takich momentach raczymy się nawzajem tekstem: „jeżowców z kawiorem mi się chce” i wiadomo, że to właśnie ten stan chcicyNaNieWiemCo. Przepis na to danie nadal mamy. Wciąż nie wiemy jak wyglądają i gdzie można kupić jeżowce. Co gorsza, niezmiennie nie chcemy się dowiedzieć. Ale, ale...

Stało się. Pan Osteo w zeszłym tygodniu wyłączył mi moduł ze słowami. Uciekały ode mnie, trzymały się z daleka i nawet dwóch spójnych zdań nie udało się zapisać. Co Pan Osteo nacisnął, nie mam pojęcia. Porobiło się --- kuchnia przyjacielem mym. Wyrażam swoje istnienie garami. Zimno, więc zachciało się zup, po których długo jest ciepło. Padło na małą książeczkę, którą odkrył przed nami mój Tata serwując pieczarkową z pęczakiem. Była pieczarkowa, była cudna złotożółta zupa warzywna z zieloną soczewicą.

Kulinarny postęp w mym życiu, pomijając głodnego Sadownika, wspierają mężczyźni. Jeden z moich studentów podsunął mi kiedyś pod nos nazwisko Łebkowskiego jako autora genialnych książek kucharskich. Daje radę mój student, dam i ja! Z pomocą owej książki, pojawiły się łazanki ze słodką kapustą i grzybami --- wspomnienie sprzed dwudziestu lat ożyło, smak ten sam, tylko najeść się można było do bólu. Raj!

Dziś nie poznałam siebie. Zachwycona kupowałam przyprawy w Kuchniach Świata. Garam Masalę kupił Sadownik w zeszłym tygodniu. Dziś dołączyły do nas pasta z chilli, curry i... na obiad (z małej książeczki) ostra zupa ziemniaczana z ciociorką i groszkiem oraz awaryjnie coś swojskiego: serowe racuszki. Boże, niech ten kulinarny szał mi minie do końca przerwy międzysemestralnej...
...a myśli już krążą wokół wołowiny w sezamie...
...czy ja oszalałam?

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...