Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
środa, 14 lipca 2010

Upał czyni z Kudłatej dorosłego psa. Zabawa i owszem, ale jest jej dużo mniej niż w chłodne dni. Młoda je, śpi, stara się przetrwać i żyje miłością do terakoty w kuchni.

Wyglądało na to, że nie będzie czego wspominać pod koniec dnia. A jednak, Kudłata po raz pierwszy w swoim życiu wystąpiła dzisiaj dwa razy w roli gospodyni domu.

Pierwszy, gdy z nienacka, bez zapowiedzi odwiedził nas Braciak. Nie spodziewałam się nikogo a nawet jak się spodziewam to zwykle wizytę zapowiada ryk domofonu lub dzwonka. Siedziałam, pracowałam i nie słyszałam pukania. Zauważyłam jednak kątem oka, że Kudłata radośnie kręci się po korytarzu. Podeszłam do niej, aby dowiedzieć się o co chodzi i… w końcu usłyszałam pukanie. Kudłata Gospodyni spisała się na medal.

Braciak to kolejna męska postać, która pojawia się w naszym domu, od czasu gdy przybył nam kolejny Członek Rodziny. Dziwna obserwacja i konkluzja (z przymrużeniem oka): chyba mężczyźni w drzewie genealogicznym gatunków są dużo bliżej psów niż kobiety. Młoda uwielbia facetów, nawet jeśli w stosunku do niej nie wykazali się niczym innym niż przynależnością do męskiego świata. Trudno się dziwić, Kudłata woli owłosione osobniki. Damskie, gładkie łydki wprawiają ją w osłupienie. W ten diabelski upał oczy Kudłatej sprawiają wrażenie jakby pytały mnie z uporem maniaka: a ty gdzie zostawiłaś swoje futerko?

Rola bardzo wesołej i gościnnej Gospodyni pojawiła się po raz drugi, gdy Młoda zwaliła z niskiego stoliczka, między innymi, szczotkę do wyczesywania krótkowłosych psów. Owa szczotka, przypominająca kształtem szczotkę do butów, upadła włosiem do góry. Zaczarowało to psa. Przy czym, należy nadmienić, że włosie w środku szczotki jest metalowe, czyniąc z niej szczotkę-jeża --- nie da się go wziąć w pysk i zanieść gdzie się chce. „Kostek lodu” przy tym przybyszu może się schować, zbyt gładki. Kudłata natychmiast zobaczyła w szczotce potencjalnego partnera do zabawy. Były figury wszelkiej maści, ale był też zupełnie nowy element --- radosne szczekanie --- a podobno labradory nie szczekają. Sadownik skwitował moją uwagę na ten temat oczywistym uzasadnieniem: ale przecież to suka, musi sobie pogadać. Zapraszanie do zabawy dźwiękowe i ruchowe nie miało końca. Patrzyliśmy z Sadownikiem na to w osłupieniu, ale i z ogromną przyjemnością.

Kudłata kocha kudłatych. Może czas, aby przestać depilować nogi? :)

Nie będzie chronologicznie. Będzie od tyłu.

Mówi się, że „duzi chłopcy nie płaczą a duże dziewczynki nie krzyczą”. Pod latarnią, jak głosi inna maksyma, jest najciemniej. Tak było i w tym przypadku. Pierwszą część przytoczonej mądrości ludowej, o tym czego nie należy, znam chyba od zawsze. Drugą część, dotyczącą mojej kobiety we mnie znam od niedawna. W całości ten konstrukt wciąż zadziwia mnie szybkością z jaką amputuje i mężczyznom i kobietom bardzo ważną część ich samych. To kolejna prawda ludowa z którą się nie identyfikuję i cieszę się z tego faktu jak dziecko.

Owa mądrość zjawiła się pod dachem mojej czaszki zaraz po tym, gdy w mej głowie pojawiły się poniższe słowa z wplecionymi ważnymi, choć zwykle niechcianymi, czasownikami:

JESTEM i...
...krzyczę... by rozrzedzić złość,
...milczę... by rozcieńczyć smutek,
...płaczę... by rozwodnić żal.
BĄDŹ TY TEŻ... proszę.

Przyszło mi to wszystko na myśl, bo upał, upał, upał... i dziwnie dziwny nastrój zadumy.

Jestem zbieraczką słów w różnych postaciach. Książki, zaznaczone w nich akapity, artykuły z czasopism, zdania z audycji radiowych, barowe serwetki z zapisanymi naprędce słowami, które ktoś wypowiedział lub które przyszły mi nagle do głowy. Ot, taka przypadłość...

Jak to zwykle bywa, szukałam czegoś innego, konkretnego terminu. Szperając w notatkach hospicyjnych znalazłam nie tylko owo słowo, ale również poniższy drobiazg, który w razie czego może służyć za urządzenie pionizujące. Pomyślałam, że nie chcę tego tekstu już gubić, i póki wiem gdzie jest, zafunduję mu przenosiny z kartki w kratkę na wersję cyfrową. Dobrze mu to zrobi.

Można znaleźć wielkie szczęście w dawaniu.
Lecz nieustanne dawanie może wyczerpać serce i umysł.
Naucz się brać choć trochę --- choćby chwilę
w ogrodzie, w galerii, w kawiarni.
Doceń to.  Pozwól,
aby ptaki i żaby, dzieła sztuki, muzyka i książki,
a także niewymagający przyjaciele
przywracali Ci siły.
Ludzie potrzebują ciągłego odnawiania się.

Pam Brown

 

poniedziałek, 12 lipca 2010

Dzisiejsza pogoda nie jest wymarzoną pogodą nawet dla Kudłatej. Pierwszy raz w życiu widziałam psa, który o pierwszej w nocy zieje jakby było południe, albo jakby w nogach miał długi spacer. Wczorajszy dzień zaowocował odkryciem i docenieniem przez Kudłatą terakoty w kuchni. Dzisiaj, gdy w domu było przeszło 30 stopni, na podłodze w kuchni położyłam mokry ręcznik, w którego pobliżu Kudłata przegarowała dużą część dnia --- z małymi wyjątkami...

Po trzech tygodniach nieużywania, nadszedł ten czas, że nie było już wyjścia i odpaliłam odkurzacz. Zwlekałam tyle czasu, bo nie chciałam fundować Małej traumy związanej z maszynerią hałaśliwą. A tu, proszę, pełne zaskoczenie, pierwszy pies w moim życiu, który pierwsze spotkanie z domową techniką potraktował jako zabawę. Był komplet figur zapraszających odkurzacz do zabawy (dupcia w górze, przód leżący), był pokaz jak można sobie pobrykać jako zachęta, by odkurzacz rzucił się w gonitwie za Kudłatą. Nawet upał na chwilę przestał Kudłatej przeszkadzać. A dużo później...

Przyszedł semi-gość i robiąc sobie coś zimnego do picia w kuchni wpadł na pomysł, na który może wpaść tylko mężczyzna ;) --- rzucił Kudłatej na podłogę... kostkę lodu. Po raz pierwszy widziałam psa, który próbuje obłaskawić kostkę zimna. Gdy już przyniosła nowy skarb do klatki szybko przebierała łapkami próbując zagonić go w róg --- psi hokej bez kija, a ten zimny „kostek” wciąż wyślizgiwał się z objęć pannicy-dorzycy. Walka nie trwała długo, gdy bezpowrotnie zaklęta w kształt woda zmieniała stan skupienia, Kudłata spożyła resztki wodnej zabawy.

Morał: nigdy nie wiadomo jakie pierwsze razy przyjdzie przeżyć w upalny, lipcowy dzień ;) Apetyt na gubienie dziewict wszelakich wciąż rośnie... :)

W tym całym odliczaniu jest tylko jeden wyjątek: właśnie dziś Jabłoń i Sadownik obchodzą siódmą rocznicę ślubu. Ach, ta magia liczb...

niedziela, 11 lipca 2010

Skłamałabym pisząc, że tylko plastikowe flaszki cieszą się atencją i miłością Kudłatej. Trzeciego dnia jej pobytu w nowym domu okazało się, że zabawki zabawkami, ale fascynujące są ludzkie kończyny --- palce u nóg, które tak nieporadnie uciekają; skóra przerabiająca upał na ciekawy dla psa zapach potu. Nie nadążaliśmy z ratowaniem palczastych końcówek naszych ciał. Zarządziliśmy: Sadownik ma nabyć jakąś piłeczkę. Liczyliśmy na to, że wrodzone cechy dorzycy nowofunlandzkiej ujawnią się w mgnieniu oka. Słowo zamieniliśmy w czyn. I co na to Kudłata?

Sadownik przytargał dwie piłeczki o średnicy około 7 centymetrów. Jedna miała w środku element wydający z siebie dźwięk --- nie była zła, wystarczająco ciekawa, by zająć się nią przez kilka chwil, ale to druga piłeczka zrobiła furorę. Stylizowana na piłkę do nogi (czarne pięciokąty na białym tle) wpisywała się w czas rozgrywek Mistrzostw Świata. Mądra suka, chwyta nastrój chwil i transmisji meczy, można by pomyśleć jako dumny Rodzic :).

Nic z tych rzeczy, nie chodziło bowiem o kolory, podobieństwa do czasu i miejsca lecz o fakt, że piłeczka ta nanizana jest na linkę jak koralik na żyłkę i to co Kudłata uwielbia w tej zabawce to właśnie ów sznurek... ciągany na wszystkie możliwe strony. Sadownik skwitował udając powagę zachwyconego swoją dzieciną Rodzica: „ona ma to po tobie”, bo nie da się ukryć, że to właśnie ja uwielbiam wszelkiego rodzaju sznureczki, wiązane kokardki, pomponiki w odzieniu. Mundial dziś wieczorem stanie się historią, ale ja mam nadzieję, że owa piłeczka jeszcze przez jakiś czas będzie cieszyć Młodą --- w końcu geny zobowiązują, mnie wciąż zachwycają fikuśnie sznureczki choć latka lecą.

Wczoraj Sadownik sam z siebie przytachał nową zabawkę. Jest to drewniany, prawie lekki klocek, który kształtem przypomina jeden z pary półkilogramowych hantli. Można gryźć, można tarmosić, świetnie nosi się w pysku i przy tym jak dostojnie się wygląda --- mówią zachwycone oczy Kudłatej. Sadownik zdobył u Młodej kilka punktów.

Tak właśnie wychowuje się kudłate dziewczynki: flaszki, piłki i hantelki... Co wyrośnie z tej Diablicy? Mądra Psica, I hope! :) Oby sejm nie zakazał posiadania psów bezdzietnym, nieroztropnym, wciąż niedorosłym, zachwycającym się życiem ludziom. :)

sobota, 10 lipca 2010

W mądrej książce można znaleźć: „jeśli pies ma dużo swoich zabawek, nie będzie ruszać twoich”. Z tą myślą, jeszcze gdy Kudłatej nie było, kupiliśmy z Sadownikiem stadko różnych zabawek. Po „zawartości” sklepów dla zwierząt uznaliśmy, że Polska to jest już jednak bogaty kraj. Na widok niektórych zabawek nie można było się nie uśmiać, na przykład, kaczka w zdechłej pozie, ale... w staniczku. W dziale zabawek parytet już obowiązuje, można znaleźć również zdechłego kaczora w tej samej pozie ale... w garniturku. Jednym zdaniem, jeśli chodzi o zabawki, byliśmy przygotowani.

W praniu, czyli gdy Kudłata przewróciła nasz świat do góry nogami, okazało się, że ze szczeniakami jest identycznie jak z dziećmi. Moje zabawki są nudniejsze, bo moje. Twoje zabawki to jest coś a rzeczy dorosłych to dopiero interesujący materiał na zabawki: kable, gniazdka, książki, gazety, ścierki, kapcie i ciut zużyte męskie skarpetki. Szybko nauczyliśmy się kłaść wszystko, co ma dla nas wartość, dostatecznie wysoko. Proste rzeczy, które przy odrobinie fantazji mogą stać się zabawką, są absolutnie najlepsze. W tej kategorii występują zakręcone i lekko zgniecione butelki po jogurcie. Wielkość również ma znaczenie, butelka po wodzie mineralnej to dopiero powód do szaleństw. Nie dosyć, że duża, to jeszcze do tego wydaje z siebie taki niesamowity hałas --- jeśli szaleć to tylko z czymś takim pysku. Tyle o krótkiej historii rekwizytów.

Czas na czyny. Każda zabawa sprowadza się często do tego, aby jak najwięcej zabawek sponiewierać a potem zanieść do swego lokum. Chwila nieuwagi i własnych kapci można szukać w psiej norze. Klatka kudłatej jest pojemna. Jeśli czegoś szukasz, zaczynaj od klatki. Może nawet to coś wciąż jest w jednym kawałku, choć z odciskiem zębów na krawędzi --- jak pieczęć oznaczająca: oclone przez kudłaty świat. Wejście do klatki dla małego szczeniaka jest rodzajem wyzwania. Należy wysoko podnosić łapy gdy się wchodzi, bo otwór od dołu zaczyna się jakieś piętnaście centymetrów od ziemi. Stateczne wchodzenie do klatki nie może stanowić elementu szalonej zabawy. Kilka dni temu, po raz pierwszy, dłuższą chwilę obserwowałam jak Kudłata z butelką w pysku stara się wbiec do klatki. Dumne szczenię z trofeum w dziobie próbowało po królewsku dostać się do swojej nory. Nie zawsze się to udawało, bo butelka zahaczyła o prawą lub lewą krawędź włazu. Młoda szybko nauczyła się trafiać w centrum otworu. To jednak nie był koniec schodów... najtrudniejszym elementem zabawy było ekspresowe pokonanie włazu. Kudłata wie, że trzeba podnieść nogi wysoko. Płakałam ze śmiechu patrząc jak z butelką w pysku, kontrolując swoje położenie lewo-prawo względem otworu wejściowego, nie widząc niczego pod własnymi nogami, bo wielka butelka, Kudłata wykonuje skok, który miał jej zapewnić sukces w dostaniu się do swojej nory, szybko, z gracją i adekwatnie do charakteru zabawy. Fenomen! Po pierwsze odwaga, której temu szalonemu psu nie brakuje. Ona nigdy nie zastanawia się, czy da radę. Po drugie, wielka psia wiara, że udać się musi. Nawet, gdy skok kończył się porażką (a było tak w 60% przypadków), Kudłata udawała, że tak właśnie ma być, że to element całej tej zabawy. Patrzyłam, z przyjemnością zaprzęgłam mechanizm antropomorfizacji do podziwiania tego co widzę. Ile razy w życiu rzucałam się w nieznane? Ile razy nie martwiłam się o przyszłość? Czy można odnaleźć w sobie ów dziecięcy zapał robienia nowych rzeczy, bez oczekiwania określonego efektu? Albo może robić oczekując konkretnego efektu, ale nie wściekając się, tylko ciesząc się z małych porażek po drodze? Czy można się cieszyć tym co właśnie się wydarza, nawet jeśli miało się inny plan? Patrzę na Kudłatą i dziękuję, że swoim istnieniem stawia mnie przed tymi pytaniami.

poniedziałek, 05 lipca 2010

Pary w naszym pięknym kraju dzielą się na te, które:

  • mogą mieć dzieci,
  • nie mogą mieć dzieci,
  • chcą mieć dzieci,
  • nie chcą mieć dzieci.

Przy czym ostatnia opcja wydaje się dla bliskich i dalszych dość dziwaczna. Pytanie "jak to?" pojawia się, jeśli nie werbalnie, to jako dziwny wyraz twarzy. Piszę pary, bo zagadnienie posiadania/nieposiadania dzieci jest kwestią z którą mierzy się związek dwojga ludzi. Przy czym mierzą się tylko Ci, którzy nie mogą lub nie chcą.

Jestem w związku, który wymienia powody nieposiadania potomstwa świadomie w odpowiedniej dla nas kolejności. Po pierwsze, nie chcemy. Po drugie, nie możemy --- w sensie chałupniczej, miłej, wieczorową porą uruchamianej manufakturki. Nasze "niechcenie" naprawdę dziwi ludzi i niezmiennie życzą nam, aby poukładało nam się w głowie. Mylę się, nie nam, najważniejsze, żeby to mi poukładało się właściwie w głowie, bo kto to słyszał, żeby kobieta nie marzyła o byciu Mamą. Bezdzietny facet to po prostu facet a bezdzietna kobieta po trzydziestce, robiąca w życiu to co lubi, to tylko społeczna egoistka, która sabotuje system ubezpieczeń społecznych.

Hitem absolutnym wsród komentarzy usłyszanych od dobrych ludzi jest zdanie: "Jabłoń, która nie daje owoców, należy wyciąć". Cóż, jestem taką właśnie Jabłonią. Obrosłam przez lata mchem dobrych rad: "zegar ci tyka", "na starość będziesz sama" i gdy już prawie zza tego mchu nie było mnie widać postanowiłam się otrzepać z tego gatunku flory i zdecydowanie powiedzieć: nie, nie chcę. Jestem Jabłonią w sadzie mało ortodoksyjnego Sadownika.

Wśród "prawdziwych" kobiet, które myślą, marzą i opowiadają o dzieciach czułam się jak daltonistka, której widzące opowiadają o kolorach. Nigdy nie marzyłam o dziecku --- wykazuję kompletny brak genu macierzyństwa.  Ciekawiły mnie jednak owe kolory... intelektualnie już je nawet rozróżniałam. :)

Tymczasem, jeden z tych nieznanych kolorów pojawił się za sprawą kudłatej dziewczynki, która mieszka z nami od dziesięciu dni. Znam już wszystkie jego odcienie: od wstawania w nocy, przez radość wspólnej zabawy czy nauki, po ulgę, gdy kupa ma właściwą konsystencję.

Już rozumiem, gdy jedna Mama pochyla się nad wózkiem drugiej i zaczyna gaworzyć.

Natura, taka młodziutka, w postaci dzieciny ludzkiego, lub nie, gatunku wprawia w zachwyt. Nasza dziewięciotygodniowa labradorzyca zaczęła uczyć mnie kolorów.

Mogę śmiało i z dumą powiedzieć: jestem Mamą kudłatej Dziewczynki... najpiękniejszej na świecie Dziewczynki! Pani Weterynarka miała rację, gdy powiedziała mojemu Sadownikowi: "no to mają państwo w domu małe dziecko". Mamy!

 

1 ... 246 , 247
 
| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...