Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
sobota, 23 lipca 2011

Po raz pierwszy Minister Finansów rozbawił mnie do łez. Wczoraj rano w porannej audycji Jacka Żakowskiego opowiedział „przypowieść” o tym, jak Salomon pomógł Motylowi w jego małżeńskich problemach:

Motyl poszedł po radę do króla Salomona, bo miał nie lada kłopot. Przyznał się, że Motylica go strasznie dominuje i on musi robić wszystko, co ona każe. Król zapytał:
     --- Dlaczego?
     --- Bo ona mówi, że jak tupnie nóżką, to świat się skończy --- odpowiedział Motyl.
      Król Salomon udzielił Motylowi rady. Ten, zadowolony, po powrocie do domu, kiedy tylko Motylica znowu kazała mu coś zrobić, odpowiedział jej:
     --- Tupaj, tupaj!

Minister mitygował się po skończeniu, że aby przypowieść była na czasie, należałoby zamienić rolami Motyla i Motylicę. Nie ma tu Minister racji. Kobiety w przemocy psychicznej są lepsze od mężczyzn a o próbie wprowadzenia parytetu w tej dziedzinie, póki co, nie słyszałam.

Można jednak na tę przypowieść spojrzeć z innego końca sali. Motylica, tylko i wyłącznie, informuje Motyla, co się stanie, gdy podda się rodzącej się w nim chęci niesubordynacji: świat naprawdę się skończy! To nie groźba, to tylko Święta Prawda, bo świat, w którym Motyl robi wszystko według jej widzimisię legnie w gruzach, gdy tylko On raz się postawi. Więc, niech się postawi! Znam jednego Motyla i czasem marzę, że się postawi, ale On chyba jeszcze nie dojrzał, by pójść do króla Salomona... Tupaj, tupaj!

czwartek, 21 lipca 2011

    --- Jak myślisz, czy gdybym tamtego dnia była w innym miejscu, gdybyś mnie nie spotkał, gdyby nie wydarzyło się między nami owych pięć lat, czy wówczas miałbyś zupełnie inne życie od tego, które masz teraz?
     Zamyślił się na chwilę, jakby przeglądał kartotekę swoich dni, związków i niepodjętych decyzji, a potem ze spokojem odpowiedział:
    --- Nie sądzę, by było inaczej.
     Zapadła cisza. Po chwili zapytała:
    --- Może ty chcesz mnie o coś spytać?
    --- Nie.

***

Przyszło mi do głowy, że miłość jest ciekawa... tego świata, co w drugim człowieku drzemie, zakwita, staje się i przemienia z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, z roku na rok.

Przyszło do głowy, a zaraz potem olśniło mnie, że to chyba jeden z tajemnych składników tego, co między Jabłonią i Sadownikiem. Jedno ciekawe Drugiego. Drugie ciekawe Pierwszego. Nieustannie. Czternasty rok.

środa, 20 lipca 2011

Bogowie, chyba o fakturę, urządzają sobie awanturę.
Bo w głowie się nie mieści, że jest jakiś „Ludź”, co zamówił tyle burz na cito, czyli już.

***

Piętro niżej, z kubkiem herbaty z ziarnkami kardamonu, z ciepłą Heńką na stopach, obserwuję przez okno krokodyle łzy Bogini, deszczem zwane. Ciekawe, za co Bóg nie chciał zapłacić? Skąd ta wiara, że Sadownik na pewno by zapłacił...

wtorek, 19 lipca 2011

Chrześcijański, współczesny psychoanalityk --- jaki piękny oksymoron, pomyślałam radośnie kilka miesięcy temu. Książeczka cieniutka. Ciekawość spora. Usprawiedliwienie w postaci egzaminów stało jak wół i głosowało „za”. Nabyłam. Jesienią, gdy ją czytałam, pomyślałam z nostalgią... szkoda, że nie trafiłam na tę książkę, gdy miałam dwadzieścia parę lat.

Zamiast nadal czuć się wstrząśniętym, trzeba zacząć przyglądać się pozytywnym stronom nowej sytuacji. Można pomyśleć o tym, czego się nauczyliśmy, o nabytym większym stopniu dojrzałości. Jednak to, co ja najusilniej radzę i co osobiście praktykuję, to odebranie tego wszystkiego, co dało się ukochanej osobie, pracy, określonej sytuacji. Trzeba pomyśleć o uczuciu, miłości, troskach, oczekiwaniach, nadziejach, jakimi otaczało się ukochaną osobę i przywłaszczyć je sobie. Przywrócić je gdzieś w głąb nas samych z dumą, że potrafiliśmy kochać. Ostrzegam, że jest to ważny punkt, ponieważ kiedy miałem mniej doświadczenia, zakończywszy jakąś przyjaźń, zawsze myślałem o tym, co dałem, i o tym, co utraciłem, że to już nigdy nie wróci. Odczuwałem pustkę, jak gdyby okradziono mnie z mojej miłości, umiejętności, z moich czułych zachowań. Myliłem się. To nie ta osoba mi je zabrała, ale to ja wszystko jej oddałem, pozostając w ten sposób pusty i zniszczony. Uwiedziony i porzucony. Odkąd po zakończeniu jakiejś historii odbieram to wszystko, co psychicznie dałem, czuję się jeszcze bardziej bogaty, jeszcze bardziej dojrzały niż wtedy, gdy zaczynałem.

V. Albisetti, Tęsknota serca,
Wydawnictwo JEDNOŚĆ, Kielce 2010.
(wyróżnienie własne)

***

On i ja. Ja i On. Jego obecność uciszała moje lęki. Lęki, które dopiero po kilku latach od rozstania byłam w stanie nazwać i oswoić.

Mama Onego pisała do niego: Zastanów się, czy cię na lepszą nie stać.
W innym liście dodała: Jest brzydka, rodzinka zwariowana.
Gdy było już wiadomo, że się rozstaniemy, ukradłam mu te listy. Nie byłam najlepsza. Nie byłam ani ładna, ani piękna. Nie przeszkadzało mi to jednak karmić swej dumy błędami ortograficznymi, składniowymi i stylistycznymi rozsianymi po tych dwóch listach Mamy Onego.

Przyszedł Sadownik. Zobaczył we mnie coś, czego nikt nie widział. Uparł się. Został. Poczekał. Zapomniałam o listach, co mą dumę leczyły. Nowe życie i nowe marzenia zaczęłam śnić.

***

Pod koniec czerwca odbył się ostatni warsztat z cyklu „Polityka relacji”. Było o rozstaniach i o tym, że często albo tylko czasem po miłościach, gdzieś w ciemnościach piwnic, w magicznej skrzyneczce jest... zdjęcie, pukiel włosów, muszelka. Potrzeba sporej siły, by umieć się z tym rozstać. Definitywnie skończyć to, co w świecie rzeczywistym jest już tylko wspomnieniem.

I masz! Przypomniało mi się, że w pewnym albumie ze zdjęciami, pod jedno z ostatnich wetknięte są Onego zdjęcia. Gdy w końcu złapałam chwilę wolnego, wyjęłam z zamiarem spalenia. Nie dałam rady, bo wśród zdjęć było jedno, zrobione w czasie, gdy Onego nie znałam. Słodki, niewinny, niepewny, miał może osiemnaście lat, wszystko było przed nim. Napisałam do Onego. Chciał je z powrotem. Dziś, razem z ukradzionymi listami, je oddałam.

On beze mnie. Ja bez niego. Plus dwie kawy. Dwa cudowne życia. W czasie, gdy Mama Onego pisała niezgrabne zdania, żadne z Nas Dwojga nie wiedziało, nie przeczuwało nawet, że tak piękne czasy są przed nami. Dziękować! Dziękować! Z dumą, że potrafimy kochać!

poniedziałek, 18 lipca 2011

Sprawa jeszcze kilkanaście lat temu wydawała się prosta. Człowiek szedł do sklepu kupował masło i jedyna decyzja, jaką musiał podjąć podczas tego zakupu, dotyczyła masełkowego ubranka: „pazłotko” masła ekstra czy papier pergaminopodobny masła śmietankowego. Potem, jak wszyscy wiemy, przyszedł czas, gdy wmawiano nam, że margaryna jest dużo zdrowsza od masła. Gdy już każdy zadbał o swoje zdrowie zgodnie z własnym zestawem przekonań, pojawił się produkt na który zahaczało się lenistwo lub skleroza wybranych obywateli, czyniąc ich życie znośniejszym, bo masła z dodatkiem olei roślinnych nie utwardzi nawet najbardziej rozszalała w poglądach na mrożenie lodówka. Efekt był taki, że przy kupnie masła Dwunożne Stada nie tylko prezentowały przywiązanie do marki (taki, a nie inny rysuneczek), ale również musiały wykazać się cierpliwością i umiejętnością czytania, by wśród małych literek wyszukać zbawienne 82 % tłuszczu.

Wczoraj dotarło do mnie, że parafrazując znane powiedzenie o tym jak „pieniądze na ulicy leżą”, doktorat leży pod... regałem z masłem. Nie wystarczy już pamiętać obrazka z opakowania, nie wystarczą już nieprzytomnie poszukiwane procenty zawartości tłuszczu, teraz jeszcze trzeba patrzeć na wagę. Dieta cud po cichutku sprawiła, że kostka masła waży aż... 170 g. Ten etap odchudzania „standardu” poślizgu do chleba zdziwił mnie mniej, niż przeprowadzane wcześniej odchudzanie z 250 g na 200 g. I nic dziwnego, uzasadnia mój wewnętrzny matematyk, pierwsze skuteczne odchudzanie dotyczyło 20 procent, a drugie już tylko 15 %.

W zasadzie nie byłoby powodu, by wspominać o procesie myślowym, który musi towarzyszyć kupowaniu masła, jeśli ma się uparte i niepodlegające zmianie poglądy. Sami jesteśmy sobie winni. Wydawać by się mogło, że problem kończy się, gdy masło ląduje w koszyku. Nic z tych rzeczy!

Dotarło do mnie, że ten maślany doktorat może być nie tylko z ekonomii, psychologii zakupów czy ergonomii opakowań, ale... może być również z kulinarnej archeologii. Mam przepisy, w których jak wół stoi: kostka masła. Ale która? No i masz, uśmiecha się we mnie szyderca, co już się cieszy, że podczas wyruszania w nową podróż kulinarną almanachem będzie stopka redakcyjna książki, by wiedzieć, ile wówczas wynosił wzorzec kostki masła. Może dzięki temu wzrośnie poziom czytelnictwa? A juści!

piątek, 15 lipca 2011

Burza za burzą nie przynosiła oczekiwanego chłodu. Deszcz za deszczem. Słońce na jednodniowy wypad za miasto się udało. Identycznie było dwa tygodnie temu. Wtedy to miał miejsce nic nieznaczący incydent. Jabłoń zagroziła, że po raz pierwszy w życiu będzie robić pierogi. Przepis na ciasto od Rodzicielki przez telefon zdobyła. Farsz do pierogów, co ją dwa lata temu urzekły w pewnej polskiej wsi, w pamięci rozebrała na najmniejsze części składowe. Kupiła wszystko co trzeba. Sadownik próbował i odwodził Drzewko od tego głupiego pomysłu stania przy garach proponując wyjście na miasto. Wtedy to samą Jabłoń zdziwiły wypowiadane przez nią w kierunku Sadownika słowa, gdy już dotarli do domu i siaty rozpakowali: „to wiesz, pójdę się zrelaksować lepieniem pierogów”. Incydent, dziś okazał się przypadłością w rozkwicie. Wstała rano Jabłoń i wiedziała, że dzisiejsza pogoda nie wróży nic poza spełnieniem nieodpartej chęci, by zrobić pierogi z podwójnej porcji ciasta...

Jabłoń:
(dumna i blada*)
To obiad na jutro już mamy! :)

Sadownik:
(ma w oczach głód mięsożercy co z własnej woli udał się na miesięczną, jarską dietę)
Obiad obiadem, ale co będzie do jedzenia?
(po chwili, z rozmarzeniem w głosie)
something to eat... maybe meat!?**

___________________________
  *  bo na pierwsze danie wydała, po raz pierwszy robione, pierogi z kurkami,
  *  bo na drugie danie wydała pierogi z twarożkiem i malinami --- klon incydentalnego przedskoczka sprzed dwóch tygodni,
  *  bo jeszcze dała radę na jutro machnąć łazanki z kapustą i... nie musi jutro myśleć. Amen.

  ** może kęs... jakichś mięs!? (tłum. à la St. Barańczak)

czwartek, 14 lipca 2011

Oś czasu... Magiczne „zero” oddzielające to, co było, od tego co będzie. Być w zerze, nie nadymać się zbyt mocno, nie traktować siebie zbyt serio, cieszyć się chwilą, zanurzyć się w niej bez pamięci, kochać bezgranicznie --- być tu i teraz! Jak łatwo się o tym myśli, a nawet pisze, prawda?

„Tu i teraz” z modlitwy przemienia się w fakt z mego życia, gdy zaczyna przepełniać mnie uczucie wdzięczności za chwilę, która właśnie trwa. „Tu i teraz” ciałem się staje w ułamku sekundy, który ma w zwyczaju anonsować swą obecność łzą wzruszenia, że ja... że tu... że teraz... Uwielbiam te chwile, gdy czas w dziwny sposób staje się konstruktem czysto abstrakcyjnym. A potem? Cóż, niezmiennie trwam w poszukiwaniach tego znanego już tak dobrze uczucia. Nie sposób nie tęsknić za nim całym swoim istnieniem.

Trwam od tygodnia w przestrzeni bez słów. Tu i teraz urzeczona, oczarowana... Zatrzymała mnie w tym stanie ostatnia książka „alkoholowego” Osiatyńskiego. Gdybym tylko mogła, przyznałabym Mu tytuł inżyniera honoris causa za niebywale precyzyjną procedurę określania miejsca na osi czasu, które człowiekiem właśnie zawładnęło, by pomóc mu sprawnie wrócić do „tu i teraz”, bez niepotrzebnej szamotaniny i autoagresji:

Brak akceptacji i dążenie do kontroli leżą u podstaw dwóch dolegliwych uczuć --- złości i niepokoju. Złość wiąże się z frustracją, z niezgodą na to, co się już stało. Dziecko chciało cukierka, którego nie dostało, toteż tupie nóżką. Dorosły chciał, by inni przyznali mu rację, a oni tego nie zrobili, więc wpada w złość. Akceptacja pozwala pogodzić się z frustracją, zastanowić się, czy to, czego chciałem, rzeczywiście było mi niezbędne. Pomaga uznać, że istnieje różnica między tym, czego chcemy, a tym czego potrzebujemy, i że nie wszystkie frustracje są złe. Niepokój dotyczy przyszłości, rodzi się z braku kontroli nad tym, co dopiero może się stać. Nie mamy pewności, czy ktoś bądź coś nie pokrzyżuje naszych planów. Czy będziemy zdrowi? Czy nie stracimy pracy? Czy będziemy mieli bezpieczną starość?
      Lekarstwem na złość jest akceptacja, a na niepokój ufność. Ufność nie przychodzi automatycznie, trzeba ją wypracować. W tym celu warto powrócić do drugiej części pierwszego kroku, gdy przypominaliśmy sobie, których z naszych zamierzeń nie zdołaliśmy zrealizować. Teraz należy pomyśleć, czy rzeczywiście prowadziło to do tragedii. A może dziś żałowalibyśmy, gdyby wówczas powiodły się nasze plany? Wielu ludzi, którzy dotąd użalali się nad sobą, podczas pracy nad trzecim krokiem uświadamia sobie, że być może jakaś siła większa od nich samych kierowała ich życiem we właściwym kierunku, i to często wbrew ich woli oraz zamierzeniom. Widzą, że niespełniona pierwsza miłość była skazana na klęskę, a druga okazała się trwała i owocna. Że pierwotny wybór studiów wcale nie odpowiadał ich wewnętrznym pragnieniom, a niedoszły wyjazd na stypendium uniemożliwiłby im awans i karierę na miejscu. Uświadomienie sobie takich zdarzeń z przeszłości pozwala z większą ufnością patrzeć w przyszłość.

W. Osiatyński, Alkoholizm I GRZECH I CHOROBA, I...,
Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2007.

czwartek, 07 lipca 2011

Studiujesz POP? Nie tłumacz swojej Drugiej Połowie, co to próg, proces wtórny, figura senna. Mówił Janek? Mówił. Posłuchałam? Oczywiście, że nie. Rewelacje przyniesione z zajęć tłumaczyłam Sadownikowi. Zaaferowana, zachwycona, nowe światy przede mną otwierały się, nowe zrozumienie, nowa wolność. Podzielić się z Nim chciałam, potrzebowałam. Wtedy.

To mam. Teraz.

Gdy tydzień temu wyszło szydło z worka, że samochód ma być odstawiony w dniu, w którym Sadownika nie ma w mieście, powiedziałam:
    --- Nie ma  mowy. Ja tego nie zrobię.
    --- Próg! --- powiedział ucieszony Sadownik.
Myślałam, że go własnymi rączkami ukatrupię za to wymądrzanie się.
    --- No, próg. I co z tego?
    --- Studentka POP-u powinna swoje progi przechodzić. --- Wymądrzała się dalej Druga Połówka, co POP-u nie studiuje.
    --- Przechodzić. Próg należy przejść, a nie dać się przez niego przepchać. Nie wolno przepychać przez próg. --- Znów nie nauczyłam się niczego na swoich błędach i tłumaczę Ślubnemu Młotkowi.

***

Przeszłam ten próg. Samochód odstawiony. Strat w ludziach brak. Ustał deszcz. A Heńka na to, broniąc Sadownika: „wierzyliśmy w ciebie”.

Gdybym była świadkiem, co z boku przysłuchuje się i przygląda tej historii, raczej nie podejrzewałabym owej kobiety o jej bliską zażyłość z własnym mężem. Historia w całości prawdziwa. Nie byłam świadkiem. Nie byłam obiektywna. Nie stałam obok. Byłam tą pańcią!

***

To tylko ja. Najzwyczajniej w świecie źle zrozumiałam postawione przede mną zadanie:

Dnia 6 lipca weźmiesz ze stołu dokumenty, kluczyki i odstawisz samochód do serwisu na godzinę 11.00.

Problem pojawił się już w poprzedzającą ten dzień noc. Padało. Trzecią dobę. Budziłam się co chwilę. Lało potwornie. Zaczęłam się martwić, co ja biedna zrobię jak zamkną mi tunel. Nie ma to jak balować w nocy z własnymi strachami. Impreza była pierwsza klasa, wstałam rano nieprzytomna. Zebrałam się w sobie, udając chojraka. Łatwy, pierwszy krok: dokumenty w koszulkę, zaświadczenie takie, oświadczenie śmakie, ksero tego, kopia owego. Trzy razy obejrzane z listą: pozycja po pozycji sprawdzone. Do plecaczka włożone. Wyjęte. Przeliczone jeszcze raz. Moje dokumenty. Są. Dowód rejestracyjny. Jest. Głowa. Jest. Dusza. Trzęsie się. Numery awaryjne do Sadowniczego kolegi, co pod telefonem miał być, gdyby cokolwiek mi się stało. Numery przepisane. Mało. Wbić numery w komórkę. Sprawdzić, czy w plecaczku dokumenty są. Są. Moje prawo jazdy. Jest. Dowód rejestracyjny. Jest. Telefon. Jest. Wcale się nie boję. Jedno, dwa skrzyżowania, jedno rondo, długo prosto, znaną trasą, tunel, może go wcale nie zamknęli, oby nie zamknęli. Jechać, jechać. Nie przejmować się ulewą. Gagarina minąć i pozdrowić. Kto jak kto, ale on powinien mnie zrozumieć. Nie martwić się, że na parkingu miejsca nie będzie. Powtarzać sobie: „tylko odstawię ten samochód i wstanie nowy dzień”.

Miejsce na parkingu znalazło się bez problemu. Parkowałam z ogromną przyjemnością. Nie wiedzieć czemu, na całym parkingu stały, tylko i wyłącznie, same Beemki. Przez salon do zakładu blacharskiego przeleciałam już z obłędem w oczach. Lampka od poziomu dostępnej energii informowała, że niewiele już z siebie wycisnę. Szybciutko do Pana, dokumenty oddać, poinformować, gdzie zostawiłam samochód i już... będzie się można obudzić z tego snu.

We właściwym pokoju padłam na krzesło. Krew mi z mózgu odpłynęła najpierw do serca, które już świętowało, że dałam radę, że już koniec. Potem krew spłynęła niżej, do nóg, pozostawiając po sobie ociężałość umysłową. Wtedy Pan zadał mi wiele pytań. Na wiele nie znałam odpowiedzi. Skąd miałam wiedzieć, że „odstawisz samochód” będzie oznaczało również wypełnienie kilku kwestionariuszy. Myślałam, że te intelektualne prace wykonali już mężczyźni. W końcu 6 lipca 2011 roku o godzinie 11.00 byłam tylko żoną swojego męża.

Wyszłam z przybytku motoryzacyjnego, strzepnęłam z siebie przysłowiową blondynkę, w deszczu wsiadłam w autobus, wyjęłam świeżutkiego Osiatyńskiego i w końcu byłam nareszcie w sobie i u siebie.

środa, 06 lipca 2011

Autentyczna wymiana zdań i światopoglądów:

    --- Poproszę numer telefonu do pani męża?
    --- Nie pamiętam.
Po chwili dodaje:
    --- Zaraz panu podam... --- wygrzebuje z kieszeni telefon... lista kontaktów... strzałka w dół... w dół... w dół... jeszcze raz w dół. Jest. Odnaleziony. Dyktuje i sama się dziwi, że w tych numerach cyfra „pię(ś)ć” pojawia się tyle razy.
    --- Gdzie jest mąż?
    --- Dzisiaj? --- pyta, może chcąc zyskać na czasie.
    --- Tak.
    --- Nie wiem.

***

Ciekawe, prawda? Wiadomo, pieniądze szczęścia nie dają, pewnie pomyślał młodziak. Żonka, mało rozgarnięta, może już ją rzucił, może separacja, może kwity rozwodowe w drodze. Przygląda się paniusi, jakby nigdy takiej nie widział. Okiem znawcy rzuciwszy, dopowiedział sobie w myślach: nie, o rozwodzie, jeszcze nic nie wie, nie trzęsą jej się ręce. Może przez ten egzemplarz żonki, młodziak już nigdy nie pomyśli, że chciałby mieć BMW. Jest tyle innych, prawdziwie rodzinnych marek...

A może jednak kupi BMW, ale nie nabędzie żony? Zgodnie z zasadą, że w życiu wszystkiego mieć nie można. A może można?

Jedna pańcia. Nic nie wiedziała. Skąd więc wzięło się tyle pytań?

A Wy? Na ile innych sposobów moglibyście odczytać ten dialog?

| < Luty 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28        
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:



*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...