Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
czwartek, 21 października 2010

Tak wygląda Kudłata, gdy na horyzoncie pojawi się dziecko. Zamiera, nie spuszcza z oka, staje się na chwilę najpiękniejszą modelką na wybiegu Złotej Jesieni. Wczoraj wypatrzyła roczną Marysię, która ku memu absolutnemu zaskoczeniu szła do Heńki, jakby się znały od zawsze. Spotkanie dwóch młodych duszyczek odbyło się pod kontrolą, na smyczy. To prawda, że labradory uwielbiają dzieci, ale trzeba pamiętać, że mają bardzo żywiołowy sposób okazywania radości: skoczyć i wylizać, co przy 25kg wagi może być dla małego człowieka rodzajem sportu ekstremalnego.

Przypomniało mi się, że jakiś miesiąc temu pewna pani próbowała mnie uświadomić, że robię Kudłatej krzywdę nie posiadając potomstwa, bo to są psy stworzone do dzieci. Dała mi dobrą radę, abym się zastanowiła, bo jeszcze nie jest za późno. Nie chciało mi się pani tłumaczyć, że bezdzietność nie jest dla mnie cierpieniem, tylko Darem. Autorytarnie stwierdziłam, że Kudłata ma u nas psi raj na ziemi. Nie mam zamiaru pytać Sierściucha, czy chciałaby mieć ludzkie rodzeństwo --- to byłaby zbyt daleko posunięta antropomorfizacja. Ma raj i kropka.

środa, 20 października 2010

Dzisiaj świętuję normalne życie. W końcu, po dwóch miesiącach Sadowniczego włóczenia się po kraju lub mojego niebytu w Przytulisku, przyszedł ludzki czas. Z przyjemnością ogarnęłam nasze kąty, przygotowałam obiad, wydałam go, zaliczyłam kilka spacerów i padłam... ze szczęścia nie mam siły się ruszać --- Sadownik wojuje w przybytku zakupów wszelakich, by upolować wszystko to, co jest potrzebne Stadu. Siedzę i zachciało mi się usłyszeć piosenkę, która od kilku dni chodzi mi po głowie. Gdy miałam naście lat, szpulowy magnetofon znalazł w moim pokoju schronienie, bo tylko na szpulce była ta piosenka...

Roberta Flack & Peabo Bryson,
Tonight I Celebrate My Love.

Na szczęście, dziś, na youtube'ie można znaleźć prawie wszystko --- tym samym zachować od zapomnienia. :) Lecę świętować dalej, i życie, i miłość, i życie... tonight I celebrate my love for you, it seems the [most] natural thing to do... Sadowniku...

Nie jest łatwo czuć się piękną w świecie, w którym dominujący kanon piękna kobiecego wyklucza pewne cechy, których jest się posiadaczką. Ciut łatwiej czuć się piękną, gdy żyje się z człowiekiem, który kocha „potworę” i dla którego jest się piękną 24 godziny na dobę, nawet pociągając nosem i kaszląc.

Jakieś  dwa lata temu znalazłam najprostszą na świecie metodę, aby czuć się piękną zawsze i bez względu na wszystko. W tym celu, należy wyjąć swoje zdjęcie sprzed 10 lat lub sprzed 15 lat i dobrze się przyjrzeć utrwalonej postaci „potwory”. Zwykle kończy się to zadumą i stwierdzeniem: „O co mi wtedy chodziło? Co mi nie pasowało?”. Gdy patrzy się na swoje zdjęcie sprzed dobrych paru lat, zwykle patrzy się troszkę jak na obcego człowieka i widzi się… naprawdę piękną kobietę, którą chciałoby się dzisiaj być. Już się nie rozumie, na czym polegały dylematy, które się miało w czasach, gdy to zdjęcie było robione. Siłę rażenia procedury można wzmocnić poprzez użycie kilku zdjęć, które dzieli różny upływ czasu. Trik polega na tym, aby oglądając je, uzmysłowić sobie, że dziś, właśnie dziś jest się tą kobietą, której zdjęcie zachwyci nas za dziesięć lat. Utyskiwanie na to, co za numer wycięła nam Natura i na to, co robi z naszą fizycznością czas nie ma już wtedy prawa bytu.

Wczoraj, myślami wróciłam do Wayne'sa, bo jednak spędziłam tam sporo cudnego  czasu. Pomyślałam, jak kombatantka własnej młodości,  że wtedy to był piękny czas, po którym teraz nie zostały nawet uschnięte liście. Natychmiast w mojej głowie pojawił się pomysł, aby przedstawioną powyżej technikę liftingu zawartości głowy zastosować do chwil. No i okazało się, że właśnie dziś jest ten czas, który za dziesięć lat, na samo wspomnienie, będzie wydawał mi się oazą szczęścia.

Dwa w jednym, nie dosyć, że jestem piękna, to jeszcze szczęśliwa! Dzielę się tym w nadziei, że liczba pięknych kobiet, przystojnych mężczyzn i szczęśliwych ludzi, którzy są tych przywilejów świadomi, może tylko wzrosnąć...

Tagi: giender
08:30, dc_hexe , wrażenia
Link Komentarze (2) »
wtorek, 19 października 2010

Było cudowne ćwiczenie na pracę z uzależnieniem lub tendencją do uzależnienia --- każdy człowiek ma. Wybrałam do pracy moje uzależnienie od kawy w Wayne’sie. Chciałam dowiedzieć się czegoś więcej na jego temat. Myślałam, że może uwiązały mnie tam wspomnienia i dobry czas jaki spędziłam w tej sieciowej kawodajni. Okazało się, że sięgając po kawę w Wayne’sie sięgam po stan, w którym ja i mój wewnętrzny krytyk rozpoczynamy podróż. Rozstajemy się, on udaje się na wakacje w ciepłe kraje, ja znikam do świata, gdzie wszystkie istoty, które spotykam nie mają krytyka wewnętrznego. W tym świecie relacje międzyludzkie są bezpośrednie, szczere i pozbawione strachu przed oceną, który targają zwykle przy sobie wspomniani krytycy. Co za świat! Już wiem jak się do niego wśliznąć, bez sięgania po kawę. Ciekawe, czy teraz kawa w Wayne'sie będzie inaczej smakować? Sprawdzę.

Od przeszło roku pracuję nad siłą. Nad świadomością posiadania siły i mocy, nad umiejętnością jej używania, nad umiejętnością dostrzegania siły w zachowaniu innych. Nie chodzi tutaj o siłę fizyczną, bo tej starcza mi tylko na kilka kilogramów zakupów, w przypadku większych ciężarów mój kręgosłup używa swojej siły by bez pardonu powiedzieć stop. Chodzi o siłę wynikającą z pozycji społecznej i doświadczeń życiowych. Jestem z gatunku silnych, choć świadomość tego faktu mam dopiero od roku.

Dla mnie osobiście, gdybym miała w jednym zdaniu napisać czym ów warsztat był, wyłączając techniczną stroną pracy ze stanami ekstremalnymi, powiedziałabym, że był to warsztat o sile, najczęściej o jej niebraniu, ale również o jej nadużywaniu, w każdym przypadku o nieświadomości jej posiadania.

Największym moim odkryciem było to, że w sile jest słabośćw słabości siła. Brzmi idiotycznie, ale właśnie tak dla mnie jest od kilku dni. Dwa przykłady, które ilustrują każdą z fraz.

Słabość w sile --- gdy jest się zosią-samosią bardzo ciężko jest prosić, bo w świecie zosiek-samosiek proszenie jest niejako przyznaniem się do słabości, a one tego robić nie lubią. Jako 100% przykład zosi-samosi, proszę dopiero wtedy, gdy jestem pod ścianą. Po fakcie, za każdym razem zachodzę w głowę, dlaczego nie zrobiłam tego wcześniej zamiast walić głową w mur. Ta część mnie, która zachowuje się według tego scenariusza jest mi bardzo dobrze znana i dużo pracy wkładam w to, aby prosić ciut wcześniej niż stojąc pod ścianą.

Siła w słabości --- to odkryłam będąc na warsztacie. Spotkałam człowieka, który niby prosił, ale tak naprawdę nie było w tym proszenia, było żądanie. Prosił, a ja dziwnie się z tym czułam. W końcu zobaczyłam co powodowało mój dziwny stan. Od pewnego momentu, za każdym razem, gdy prosił, widziałam siłę, która chciała się skonfrontować z siłą proszonego (niby silniejszego, bo mogącego ową prośbę spełnić). Konfrontacja miała dotyczyć pytania: czy proszony będzie dostatecznie silny by odmówić? Mogłam mu pomóc. Miałam jednak świadomość, że ceną będzie rezygnacja z siebie. Pierwszy raz w życiu świadomie użyłam siły i powiedziałam NIE.

Teraz mam nad czym pracować: jak to jest wiedzieć, że się jest nielubianym? To zupełnie inne odczucie niż podejrzewać, że się jest nielubianym. To też zupełnie coś innego niż nie lubić…

Stany ekstremalne są ekstremalnie trudne do opisania, między innymi, z powodu bogactwa jakie się w nich kryje. Ćwiczenia, które wykonywaliśmy na sobie po południu pozwalały odkryć odrobinę szaleństwa w sobie --- doświadczyć siły jaką ono ma.

Gdy pierwszy raz zobaczyłam to drzewo, zatkało mnie na widok jego mocy. W kolejnych dniach stało się dla mnie dziełem sztuki, którego Autorka-Natura zapomniała podpisać i nie wiadomo, czy tytuł to: „Schizofrenia” czy „Stan ekstremalny jako forma normy”.

Jedno było pewne, już się nie zastanawiam, czy w telefonie powinien być aparat czy nie. :)

Mieszkałam 3,6km łąkami, polami od miejsca, w którym odbywały się zajęcia. Duch Kudłatej, pomimo że Sadownik i Heńka pojechali kolejne setki kilometrów, pozostał ze mną i każdego dnia rano roznosiło mnie od środka, by troszkę się wylatać. Czystą przyjemnością były te spacerki w szybkim tempie. Przestrzeń, odrobina samotności, wiatr i cisza przed dniem pełnym ludzkich istnień, gwarem rozmów… Coś niesamowicie obłędnego i potrzebnego mojemu istnieniu.

środa, 13 października 2010

...na cztery dni. Jutro Kudłata z Sadownikiem jadą do Jego Rodziców. Po drodze zostawiają mnie na warsztacie, który poprowadzi Kate Jobe i Joe Goodbread --- Stany ekstremalne: Społeczność bez murów. Wiem, że samo patrzenie na to jak oni pracują przemieni coś we mnie.

Gdy myślę o stanach ekstremalnych nie przychodzą mi do głowy żadne słowa, ale natychmiast z wielką siłą wraca wspomnienie o zdjęciu, które zrobiłam na spacerze z Kudłatą, rankiem, na magicznym wyjeździe z wpisu 80.:

Dzisiaj pierwszy raz Kudłata jechała metrem ciurkiem dwanaście przystanków. Jak zwykle zrobiła z procedury przemieszczania się z punktu A do punktu B fantastyczne doświadczenie.

Wagoniki w metrze są dość specyficzne w porównaniu do czeluści autobusów czy tramwajów. Ludzie siedzą naprzeciwko siebie, nie mają możliwości ucieczki przed innymi (realizowanej gapieniem się w okno). Siedzą udając lekko autystycznych, niewidzący innych, znieruchomiali, nastawieni jedynie na cel dotarcia do odpowiedniej stacji. Jak się okazało, było to wyjątkowo ciekawe zjawisko dla Heni. Mnie bardzo mile zaskoczył fakt, że pomimo długiego braku ćwiczeń z zakresu podróżowania komunikacją miejską, okazało się, że każdy miesiąc życia Heńki działa na naszą korzyść, jeśli chodzi o jej zdolność do wysiedzenia w jednym miejscu --- nie poznawałam własnej sunieczki.

Upłakałam się jak norka, gdy odkryłam, że Heniutka metodycznie, pasażer po pasażerze, wykrzywiwszy głowę w jego kierunku, patrzy każdemu człowiekowi w twarz tak długo aż ten PĘKA i... uśmiecha się do Kudłatej, czasem wyciągnie do niej dłoń, czasem zagada. Po kilku przystankach, ludzie z przeciwległych ławeczek, gdzie siedziałyśmy, rozprawiali jak starzy znajomi nad urodą, mądrością i grzecznością Heńki. Czarowała psia dziewczynka pięknie... i ludzkie opowieści o czworonogach zaczęły płynąć i płynęły... od Pól Mokotowskich po sam Imielin.

wtorek, 12 października 2010

No i wydało się, że Kudłata vel
Henia, Fidela, Ginesia
i Jasna Cholera, co dwa dni temu pożarła swojemu Panu fakturę
poza całodobowym etatem terapeutki,
etatem wyprowadzacza leniwych ludzi na spacer,
lubi hobbistycznie zagrać siebie w dokumencie…

Heniuta zgodnie z trendami światowymi jako aktorka-naturszczyk wystąpiła w filmiku przez chwilę od 26-stej sekundy. Była taka mała… i jak zwykle było jej wszystko jedno kto głaszcze, byle głaskał...

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...