Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Przez ostatni miesiąc lekarstwem na  wszelkie zło, potencjalne zło, dobro chwilowo pomylone ze złem był... filmik i perspektywa, że już niedługo Dwunożne jadą na seminarium Joanny Hewelt.

Pada… Filmik.
Smutno… Filmik.
Nie wiadomo w co ręce włożyć… Filmik.
Kłopot… Filmik.

Na kilka dni przed seminarium okazało się, że jedziemy nie tylko w charakterze obserwatorów, ale jedzie również Sunix poćwiczyć. Radości nie było końca. Henia to ma szczęście!

***

Posobotni bilans.
Drużyna (Henia i ja) ma dwa nowe, cudowne ćwiczenia. Całe Stado ma perspektywę następnego seminarium z Joasią w sierpniu. A ja? Chodzę i przeżuwam filozofię Joasi, która powiedziała: „gdy trenuję, na każdą drużynę [człowiek i pies] patrzę jak na potencjalnych mistrzów świata”, by kilka zdań potem dodać „szkoląc nie należy zakładać, że pies ma limit możliwości”.

Chodzę i żuję zastanawiając się nad możliwością flancowania tej filozofii na ludzi. Uczyć się, uczyć innych, traktować siebie i innych jak potencjalnych mistrzów świata. W stwierdzeniu tym istotą nie jest tytuł, lecz wiara w siebie i innych. Nieskończona wiara w to, że możemy pójść do przodu. Nawet tylko z sadzonką tej wiary, nie wiedzieć czemu, życie ma już inny, bardziej intensywny smak. Nie wiem, skąd we mnie pewność, że tej wiary można się nauczyć.

W Wawie leje okrutnie… Filmik? Filmik!



środa, 18 kwietnia 2012

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się...
zszedł z otwierającej się przed nim otworem drogi sukcesu...
puścił trzymane w dłoniach sznurki spraw kluczowych...
_____________________przestał się dobrze zapowiadać.
_____________________Smutne, prawda?

***

   — Proszę, wytłumacz mi, jak to możliwe, że on, że ona, że ty, że chyba ja?

***

_____________________dobrze zapowiadający się
zatrzymał się? ...może dopiero zrobił pierwszy krok,
zszedł z drogi sukcesu? ...może właśnie wszedł na swoją drogę,
puścił? ...by zyskać nowe możliwości.
_____________________nie musi się już zapowiadać, bo...
_____________________nareszcie poczuł, że JEST.

***

   — Ale jak to? To nie mieści się w głowie!
   — Co nie mieści się w głowie? Że zatrzymał się, zszedł, puścił?
   — To wszystko nie mieści mi się w głowie...
   — Zatrzymaj się, zejdź, puść... choć na chwilę... głowie nic do tego...

***

PUŚCIĆ... od wczoraj, znaczy dla mnie ZYSKAĆ!

____________
     POP-owcy „swoją drogę” nazywają ścieżką serca.

wtorek, 17 kwietnia 2012

Do wczoraj od kilku dni było zimno. Okrutnie zimno. Nawet wczorajszy, wieczorny spacer został skrócony, bo Drzewko zmarzło i zmokło zbyt. Zimno przenikało kończyny na długo po tym, jak się wróciło i wypiło ciepłą herbatę. Gdy więc, w końcu, po kąpieli, zrobiło się w ciele słoneczniej, ostatnia rzecz, o której myślała Jabłoń, to utrata ciepła. Skarpetki na stopy zakładała i zrzucała je dopiero przy wejściu do łóżka.

***

[wieczór]
Sadownik
:
A skarpetki, o tu, do kosza na brudy się wrzuca, pamiętasz?

Jabłoń:
???

Sadownik:
Tak, tak. Tu się wrzuca zużyte skarpetki,
a nie koło łóżka, i to po  mojej stronie.
Trzy twoje pary sprzątnąłem dzisiaj. Osobiście!
„Tymi ręcyma”, koleżanko-małżonko!

Jabłoń:
(z powagą wypasionego, megaprofesjonalnego profesjonalisty)
Na drugi raz spróbuj F5

Sadownik:
Ty małpo, zapamiętam to sobie!

______________
   ‡   F5 (Odśwież), często wykorzystywany skrót klawiszowy do odświeżania zawartości komputerowych okienek.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Dawno, dawno temu. W dniu, w którym Kudłatą mieliśmy przynieść do domu. Papiery podpisane. Opłata za psa uiszczona. Metryka spakowana. Instrukcja obsługi psa przeczytana ze zrozumieniem. Mąż Pani, od której kupowaliśmy pięć i pół kilo pięknej labradorki — też hodowca, ale owczarka niemieckiego — podniósł się z kanapy, uśmiechnął się promieniście, wyciągnął ku Sadownikowi dłoń i powiedział: gratuluję panu, właśnie stracił pan prymat w rodzinie.

Niedawno. W sobotę rano. Jabłoń plącze się po kuchni z zamiarem przygotowania śniadania, a zaraz potem pudełek i pudełeczek z różnymi smakołykami na Heńkową naukę.

Jabłoń:
Co zjadłbyś na śniadanko?

Sadownik:
(w Przytulisku białe pieczywo  wjeżdża tylko okazjonalnie)
Czy mi się zdaje, czy widziałem bułki?
(grzanki?)

Jabłoń:
(ma kłopot z nakryciem prawdy szmatą fałszu)
Nooo… całkiem dobrze widziałeś, ale jest problem…

Sadownik:
Nie będę nawet próbował zgadnąć jaki.

Jabłoń:
No, wiesz, dla Heni kupione, do nauki.

Sadownik:
(wraca do historii kupowania psa)
To nie był hodowca, to był prorok!

niedziela, 15 kwietnia 2012

Dziś się zamknął kurs Dogoterapia stopień II. Nasze psy, my i godzinne zajęcia dla zaproszonych przez nas Gości. Z psów nie było tylko Kory — owczarka niemieckiego, który pięknie zdał swój egzamin, kocha ludzi, ale nie przepada (eufemizm) za innymi psami. Brakowało nam Jej.

Poświętujcie jeszcze przez chwilkę razem z nami. Poznajcie Gwiazdy dzisiejszego Dnia:

Nie, nie, nie... to nie jest Hexe, to:

Willy


(Labrador retriever)


Lira


(Labrador retriever)



Nero


(Golden retriever)



Zuza


(Golden retriever)



Rubik


(Cavalier king charles spaniel)



[Od lewej w głąb]

Nero, Lira i Czesław



Te Dwie poniżej już znacie. Stało się... od dziś oficjalnie --- jedna Pani jest dogoterapeutką, a druga Pani jest psem terapeutycznym:


Hexe i Jabłoń

Gratulujemy wszystkim Psom, które zdały swoje egzaminy!
Gratulujemy wszystkim Ludziom, co swoje też zdali!

piątek, 13 kwietnia 2012

[ranek]
(zapomniała, że mężczyzna to istota, która jak coś robi, to nie gada)
Jabłoń:
(z zakłopotaniem na twarzy do milczącego Sadownika)
Coś się stało?

Sadownik:
Nie.

(po chwili, bo gdy przepuściła owo „nie” przez słoje, to wyszło jej,
 że może jednak coś się stało i to złego
)
Jabłoń:
Zły na mnie jesteś?

Sadownik:
Noooo! Mów, mów! To bardzo ciekawe…
Może powinienem być na ciebie zły, tylko nic o tym nie wiem…

Jabłoń:
(o krok od skruchy, gotowa spróchnieć)
Nie jestem od piątej rano na nogach, nie latam wokół ciebie…

Sadownik:
No tak, koszulę prasowałem sam… buty musiałem sobie wyczyścić sam…
i najgorsze… kanapki do pracy też robiłem sobie dzisiaj sam!

Jabłoń:
Ja bym taką żonę rzuciła!

Sadownik:
O, nie! Mylisz słowa. Nie rzucił, tylko wyrzucił.
(po upływie teatralnej pauzy)
Wiesz, co mnie powstrzymuje?
Musiałbym spakować wszystkie książki,
by poszły sobie razem z nią.

Jabłoń:
Czyli zostaję. Super!

czwartek, 12 kwietnia 2012

Po książkach gryzdolę. Bo większości nie przeczytam kilka razy, a chcę mieć szybki dostęp do wybranych zdań, akapitów. Ponieważ czasem potrzebuję wrócić do znanego fragmentu, którego sens na ulicy odkryłam na nowo. Bo. Ponieważ. Gryzdolę i już!

Są jednak książki, po których nie mam odwagi gryzdolić. No może troszkę, ale tylko ołóweczkiem i dopiero przy piątej książce tego samego autora, gdy już się odrobinkę „zaprzyjaźnimy” i wiadomo, czego się można po mnie spodziewać. Efekt taki, że dwa ostatnie dni zajęło mi przekopywanie się przez książki Thicha, by znaleźć fragment o soku jabłkowym, by móc go jeszcze raz przeczytać, by móc wrócić do tych kilku akapitów z nową mną, którą bawię się od półtora tygodnia. Z nową mną, której nie chcę stracić.

Akuszer w zeszły poniedziałek zwrócił mą uwagę na Wielkiego Naprawiacza Świata jakiego mam w sobie. Super, ale czasem męcząco. Super, ale zawęża pole widzenia. Super, ale nudno. Bo Wielki Naprawiacz Świata do zeszłego tygodnia miał przez dziesiątki lat bardzo dużo pracy. Niczym Syzyf, naprawiał mnie. Już prawie byłam milutka, słodziutka, aż tu znalazłam się w niewłaściwym miejscu, o niewłaściwej porze, z niewłaściwymi ludźmi i... buuum.... powiedziałam, co myślałam, wybuchłam, trzasnęłam drzwiami, zwymyślałam. Wielki Naprawiacz Świata załamywał ręce. Tyle pracy! Tyle pracy na marno! Tyle pracy przed nim! Nie odzywał się do mnie przez kilka dni, a gdy miałam już siebie „wybuchniętej” dość, gdy skruszałam, bo kto to słyszał... jak tak można było postąpić... wracał On... i naprawiał. Bym ja, jako jego główny obiekt zmartwień,  nigdy już nie wybuchła, nie pieprznęła drzwiami, nie wkurwiła się zbyt. Bym była milutka, słodziutka, dobra i właściwa dwadzieścia cztery na dobę. A społeczne, zgodne życie przybiło Wielkiemu Naprawiaczowi piątkę, że trudu tego się podjął.

A Akuszer na to: ale w ten sposób odcinasz się od części siebie. Od tej, co złości się, gniewa, marudzi, rozpacza, choleruje, wali pięścią w stół. A przecież to też ja. Część prawdy o mnie.

***

Po ulicach chodzę drugi tydzień. Zamyślam się, gdy tylko mam okazję. Wracam w wyobraźni do symbolu akuszerskiej roboty, do filmowego przycisku do papieru. Gładziutkie, kuliste coś. W środku zamek. Piękny. Przepiękny. Gdy przyciskiem potrząsnąć i odstawić na biurko, nawet w środku lata, można podziwiać śnieg opadający na zamek wewnątrz przycisku. Farfocle, które potrafią zachwycić. Potrząsam raz za razem.

Wielki Naprawiacz Świata Mojego nie lubi takich przycisków, bo śnieg powinien leżeć równiutko odgarnięty, nie sprawiać kłopotów. Podobnie jak złość, urazy, rozpacz też powinny leżeć w kątku i nie robić kłopotów; nie wychylać się z ukrycia.

Chodzę po ulicach i w wyobraźni wciąż bawię się przyciskiem, w którym farfocle stają się symbolami złości, rozpaczy, niemocy. Bez nich nie byłabym mną. Gdy przyjdzie złość, zezłoszczę się, wścieknę, zagrzmię, zimną suką będę... bo farfocle z łatwością przeistaczają się w miąższ:

***

(...) mniej więcej po godzinie wrócili [dzieci], żeby poprosić o coś do picia. Wyjąłem ostatnią butelkę soku jabłkowego domowej roboty i nalałem każdemu z nich po pełnej szklance, na końcu podchodząc do Thuy. Ponieważ dostał jej się sok z dna butelki, były w nim drobiny miąższu. Gdy zobaczyła, że jest mętny, nadąsała się i nie chciała pić. (...)
    Pół godziny później, gdy akurat medytowałem w swoim pokoju, usłyszałem wołanie. Thuy chciała sobie nalać szklankę wody, ale nawet stając na paluszkach, nie mogła dosięgnąć kranu. Przypomniałem jej o szklance soku na stole i poprosiłem, żeby wypiła go w pierwszej kolejności. Spojrzała na sok i zobaczyła, że miąższ osiadł na dnie, a sok stał się klarowny i apetyczny. Podeszła do stołu i wzięła szklankę w obie ręce. Wypiwszy połowę, odstawiła szklankę i spytała:
   — Czy to inny sok, wujku mnichu? — tak się zwykle zwracają wietnamskie dzieci do starszych mnichów.
   — Nie — odpowiedziałem. — To ten sam sok, co wcześniej. Posiedział sobie trochę spokojnie i teraz jest przejrzysty i apetyczny.
    Thuy przyjrzała się szklance jeszcze raz i stwierdziła:
   — Jest naprawdę dobry. Czy on medytował tak jak ty, wujku mnichu?
    Roześmiałem się i pogłaskałem ją po główce.
   — Powiedzmy raczej, że to ja, kiedy siedzę, naśladuję sok jabłkowy; to będzie bliższej prawdy.

Thich Nhat Hanh, Słońce moim sercem,
Jacek Santorski & Co, Warszawa 2008.

***

Wielki Naprawiacz Świata dostał wymówienie. Teraz będzie pracował zadaniowo, ale już nie na pełne siedem etatów. Zadaniowo, bo lubię śrubki w sobie czasem naoliwić, podokręcać. Lubię być całkiem miła, fajna, lubiana, apetyczna, ale czasem... jestem sam czysty miąższ! Zamiast wstydu, czuję ulgę i radość. Bo przecież miąższ to też ja.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Skromność.
Samokrytyka.
Sumienność.
Spełnieni?
Sumiennie skromni.
Sumiennie samokrytyczni.
Bo... nie chwal dnia przed zachodem słońca,
Bo... nie chwal człowieka przed jego śmiercią.
I przestań, do jasnej cholery, mówić „bo”, gamoniu!

***

Poczucie własnej wartości. Wynosi się z rodzinnego domu. Nie wyniosłam. Można w dorosłości próbować sztukować, flancować, leczyć. Implant poczucia własnej wartości u mnie nie chciał się przyjąć. Lista stu rzeczy, które udało mi się w życiu zrobić, mogłaby mieć nawet tysiąc pozycji. Każdej z nich po mistrzowsku umiem umniejszyć, bo... każdy może to mieć... wystarczy chcieć... to przecież nic takiego...

Nie mogłam nasiąknąć nawet oparem poczucia własnej wartości. Potrzebowałam właściwych słów, by odkryć nieznane mi poletko, na którym moje prywatne poczucie własnej wartości postanowiło wypuścić nie tylko listek. Sama się sobą zdziwiłam, gdy dotarło do mnie, że co jak co, ale radzę sobie świetnie!

Poczucie wartości to nie podziw ani zachwyt. Poczucie wartości to właśnie wiara w siebie. Nie, że wszystko umiemy i robimy świetnie, lecz że ze wszystkim sobie poradzimy. Nawet, gdyby tym „wszystkim” bywało niekiedy odstąpienie od zamiaru, zmiana planów, akceptacja niepowodzenia, skrucha za popełnioną niegodziwość, naprawienie win lub zwyczajne rozpoczęcie od nowa. Czymkolwiek to „nowe” miałoby być.

E. Woydyłło, Powtórka z matury,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2012.
(wyróżnienie własne)

Wrócił ten tekst do mnie niczym klamra, gdy w zeszłym tygodniu na zaprzyjaźnionym blogu przeczytałam nieznaną mi, ale podobno starą, brodatą anegdotkę o małej dziewczynce. Przez całe święta opowiastka ta do mnie wracała i wracała wywołując na mej twarzy uśmiech. To chyba ja... To chyba ja... Dopisałam polecaną książkę do majówkowej listy. A małej dziewczynki nie chcę już zgubić. Cytuję za Dudim:

Tischner opowiadał podczas kazania, że Pan Bóg stworzył wszystko, co nas otacza: żaby, zające, jelenie, misie… I tak wymieniał razem z dziećmi różne zwierzęta. A w końcu zapytał: „Które stworzenie udało się Panu Bogu najbardziej?” Miał nadzieję, że powiedzą „Człowiek”. Ale dzieci milczały. I wtedy ze środka kościoła wyszła mała dziewczynka, podeszła do mikrofonu i powiedziała: „To chyba ja”. (…) Tischner ją pochwalił: „Bardzo dobrze powiedziałaś!” Tę odpowiedź przytaczał potem często, ilekroć tłumaczył, jakie znaczenie dla człowieka ma odczuwanie samego siebie jako wartości.

W. Bonowicz, Kapelusz na wodzie. Gawędy o księdzu Tischnerze,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

Nowa, cudna mantra: to chyba ja, to chyba ja. Proszę, weź ją sobie i noś zawsze przy sobie.

***

Przypomniało mi się. Z sobotniej podróży na Dolny Śląsk, słowa z wielkiego plakatu:

It's your life. Just take it!

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Na niedzielnym, świątecznym spacerze, koło molocha, góra piachu zachwyciła upasione lasem szczęście Sierściucha:

Kilka lat temu. Jarmark Dominikański. Wąska stara uliczka. Po prawej... starocie. Po lewej... starocie. Po środku rzeka ludzkich istnień. Po lewej, po prawej... przedmioty próbujące złapać przechodniów za serca i portfele. Łyżka, co krewnych z zestawu ostatni raz widziała zaraz po I wojnie światowej. Podstawek wdowieńczy krzyż niesie bez swej ukochanej, utraconej tragicznie filiżanki, co szczęścia od losu nie wygrała. Kolejny metr, kilka małych kroków. Filiżanka, choć styrana dziesięcioleciami, wciąż pamięta ciepło ukochanych ludzkich dłoni. Guziki, widelce, wskazówki od zegarów, świeczniki, co niejedną zapomnianą potrawę pamiętają, cyferblaty, talerzyki, i znów, filiżanki. Zgromadzone na jednej ulicy życie zaklęte w przedmioty śniło swój wielki sen o byciu jeszcze komuś potrzebnym.

***

Wielkanoc 2012 zastała nas w małej miejscowości na Dolnym Śląsku. Zapadł w me serce umierający budynek. Owoc przemysłowego planu, rozmachu, ekspansji i porzucenia przechodzące obok ludzkie istnienia informuje o swym kiepskim stanie z lakoniczną precyzją „wejście grozi śmiercią”. Stoi w ciszy na ostatnich nogach. Uderzyła mnie jego samotność, beznadziejna sytuacja, ale i uparta wiara, że los może się jeszcze odwrócić. Opuszczony moloch, ślepiec z wielkimi, wydłubanymi oknami, co kiedyś żywił całe pobliskie pokolenia. Może nieśmiało, odwrotnie proporcjonalnie do swej kubatury i powierzchni, wciąż ma pragnienie, by być potrzebnym ludziom.

***

Wracaliśmy do domu i pomyślałam, że miejscom, jak psu micha, też należy się szacunek i wdzięczność. Ludzka wdzięczność naszym Miejscom, które nieustająco nas chronią, opiekują się spokojem naszych snów, dbają o ciepło, przytulność i atmosferę, magicznie sprawiają, że chcemy do nich zawsze wracać. Kawkę pijąc w hamaku po powrocie, poczułam moc Przytuliska. Podziękowałam Mu za to, że jest naszym Miejscem, naszym Domem. Dzisiejszy dzień ustanowiłam Świętem Przytulisk Wszelakich. Amen.

| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:



*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...