Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?
Kategorie: Wszystkie | My | Ona | psychologia procesu | wrażenia
RSS
niedziela, 06 sierpnia 2017

Kupiona świeżutko po premierze, przeleżała na półce, czekając na swój u mnie czas. Przyszedł ten właściwy.

Czytając pierwszą — wtedy nie wiedziałam, że pierwszą — napisałam, że eklektyczna, głównie w formie. Czytając tę, z wciąż japońskim numerowaniem (WTF pozostaje w mocy), ale z zadbaną stroną graficzną, wciąż należy napisać: eklektyczna, tym razem w treści. Bo.

Nie utrzymał się autor na linie, którą osobiście sobie rozpiął między drzewami twórczego uniesienia. A dobrze szło — pomysł z dziobakami fantastyczny. Ale nie doszło do końca. Osiem baśni — smaczki wydłubałam, niczym rodzynki z ciasta, z przyjemnością ogromną. Potem jedno nie wiadomo co, które rozczarowało całą moją ciekawość, jak autor wybrnie z tego, o czym w swoim doświadczeniu pojęcia nie ma lub ma tyci, tyci — nie wybrnął, nie udźwignął. Na koniec posłowie, którego styl bełkotem dla wielu będzie, mądrym, ale bełkotem. Przebrnęłam przez ten ostatni element, by mieć prawo powiedzieć: nie. Ale brnąc, uśmiechałam się też, widząc w tych ostatnich akapitach początek innego już pisania autora, innej perspektywy, która już wtedy w nim była, wykluwała się właśnie.

Szłam przed siebie, doznając po raz pierwszy w życiu niezwykłej lekkości. Czułam, że zostało podjęte we mnie — albo za mnie — jakieś ważne postanowienie, ale nie wiedziałam ani jaka to decyzja, ani też co ona dla mnie oznacza.

*

Gdy zapytałem Nornę, jak mogę się uwolnić od niewidzialnych więzów, dała mi dziwną i tajemniczą odpowiedź, która brzmiała mniej więcej tak: walka będzie skończona, gdy więzy w końcu staną się darem.

*

Czułem, że  jest to rzeczywiście „droga powrotna”, chociaż do czegoś, czego ten powrót początkowo wcale nie zakładał. I — jak z każdej ważnej podróży — przywoziłem ze sobą coś innego niż to, po co w nią wyruszałem.

*

     — Jeżeli nie uznajecie czegoś za istotne i nie będziecie tego prawdziwie kochali, to coś nigdy nie odsłoni przed wami swoich tajemnic. Dotyczy to wszystkiego, również snów — mówił.

*

Zrozumiałem, że walczyć z czymś czy temu czemuś ulegać to jedno i to samo, bo cały czas to „coś” rządzi naszymi zachowaniami.

*

     — Zupełnie nie rozumiem tego świata — mówił Harvey. — Wszystko staje się w nim towarem, a inność i różnorodność, która jest w końcu jedynym niezmiennym elementem życia, staje się przedmiotem kontroli i oceny, co ma trafić do więzienia, co do szpitala, a co na wystawę, i co gorsza, zaczyna podlegać to normalnym prawom rynku.

*

Jesteś zdolnym i ciekawym świata uczniem, ale pamiętaj, by nie brać do ust więcej, niż możesz przeżuć.

Tomasz Teodorczyk, Oświecenie dziobaków. Baśnie
o ważnych mechanizmach i niebezpieczeństwach rozwojowych
,
Eneteia, Warszawa 2015.

*

(tamże)

Są pytania, na które nie ma odpowiedzi szybkich, łatwych i przyjemnych. Są pytania, na które nie ma odpowiedzi w ogóle. W drodze, w której jestem, od kilku dni towarzyszą mi słowa Autora. I wciąż poruszają, wzruszają, tłumaczą jakoś świat i szaleństwo życia:

Spodziewalibyśmy się odpowiedzi, a tymczasem jej nie ma. Pozostaje tylko doświadczenie. Ono jest odpowiedzią.

Jarosław Mikołajewski, Terremoto,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

I wracają z uporem maniaka, więc upuszczam je tu. W drodze, w której jestem. W drodze, w której jest Georginia. Reksio! Dla nas.

Uśmiecham się na samo wspomnienie domowych konsekwencji naszych pierwszych pogaduch. Tak, są takie kwestie, w których rozumiemy się bez słów, nawet jeśli pięć godzin to mało, by się nagadać. Nie udało mi się wtedy wytłumaczyć tego zjawiska Sadownikowi.


mój aktualny stan posiadania:

sobota, 05 sierpnia 2017

rano. nim upał odejmie mi nogi i ochotę do życia — pomyślałam. nim miejsce zaludni się ponad miarę. tak. na kawę poszłam. na mojej ulubionej kanapie, przy mieszaniu kawy, w poczuciu wdzięczności wobec życia, przyszły — zupełnie nie wiedzieć skąd — słowa:

sens swego życia. możesz odszukać, odnaleźć, odkryć. sama.
    gdy ci się to uda, musisz go ucieleśnić, wcielić w życie, ogacić. sam.
    nikt nie zrobi tego za ciebie tak jak trzeba, choć wielu będzie próbowało twemu życiu nadać „właściwy” kształt.

to niesamowite jak wielu będzie próbowało. fantastyczne jest jednak to, jak to coś w nas, co wie, czego chce, umie nie poddać się namowom, dobrym, acz beznadziejnym dla nas, radom. patrzę w przeszłość i uśmiecham się do swego doświadczenia. patrzę w przyszłość z wiarą.

*

w tym samym miejscu kilkadziesiąt minut później usłyszałam poniższą piosenkę. porwała mnie ciut. głosem, rytmem, słowem i frazą. łomolę.

Rag'n'Bone Man, Human.

i’m only human after all
you’re ony human after all


piątek, 04 sierpnia 2017

Pierwsza. Trzecia. Czwarta. Przedwczoraj wieczorem i wczoraj do południa ta. Druga. Klamra do pierwszej? Kontynuacja pierwszej na inny temat w tym samym kraju? Ale też o miejscach, których już nie ma, a których hojności Gepardzica doświadczyła — to był dla mnie również powód, by przeczytać Drugą. Było więc o miejscach bliskich sercu bliskim mojemu sercu ludziom.

Ta książka to również spotkanie z niesamowitym człowiekiem — Lucą Cari. We wszystkich fragmentach, gdzie się pojawia, czytając, oczami wyobraźni zobaczysz oszczędnego i precyzyjnego — nie tylko w słowach, ale przede wszystkim w ruchach — człowieka. Widok ten karmi, dotyka czegoś bardzo dobrego, pełnego nadziei i wiary w osobie czytającej; czegoś, co pragnie stawać się lepszym. Nie możesz pewnie zbyt wiele, zwykły zjadaczu chleba, ale jak wiele możesz wokół siebie, dla kogoś obok, znanego i nieznanego. Słowo reportera może przeżłobić. — przeczytasz w tej książce. Niech żłobi, niech zmienia.

Chcę, by wiedział, że mam ważne powody.
     Kłopot w tym, że wiem, że powody są ważne, ale nie wiem jakie.
     Jak zwykle nie mam też szczegółowego planu wyprawy ani wypowiedzi. Jadę, nie wiedząc, co zobaczę. Inaczej bym nie jechał. Otwieram usta, nie wiedząc, co chcę powiedzieć. Inaczej, bym nie mówił
.

*

Niech będzie jasne: nie cierpię pocieszeń ani przesuwania akcentów. Nie znoszę wykrętnych rozwiązań. Doceniam natomiast rozpychanie myślenia. […]  czuję, że jest szansa na ważną rozmowę, w której nie padają słowa „wiara”, „niewiara”. Gdzie jest miejsce na najświętszą ludzką niezgodę. Nieobojętność.

*

Polskiego zakonnika w Rzymie rozpoznam zawsze bez pudła, podchodzę więc i pytam, czy wie, co kapłani mówią we Włoszech ludziom, którzy przeżyli trzęsienie ziemi.
     — Myślę — odpowiada z nadaktywną radością — że mówią to, co my wszyscy mówimy. Że Bóg jest miłością.
     — Bóg jest miłością — powtarza, oddzielając sylaby.
     — A nie pomyślał ojciec — pytam — że jest na odwrót? Że to miłość jest Bogiem
.
     Cisza
.

*

Dla Giacoma Leopardiego, wielkiego rówieśnika Adama Mickiewicza, klęski żywiołowe sprowadzały się do jednego; ludzkiej solidarności. Wyzwolić w sobie siłę i wolność przesłania, jakie janowiec, kwiat rosnący na „warunkach śmiesznych” (André Breton), na pustynnej ziemi Wezuwiusza, ma dla innych kwiatów: jestem, trwam wbrew wszystkiemu. Póki mogę kwitnę na żółto.

*

Bo trzęsienie ziemi zabija nie tylko losy, lecz także ich hipotezy.
     Każdy ma tutaj swoją tajemnicę, nieznanego nawet jemu samemu. Każdy poniósł jakieś konsekwencje. Często ukryte i nie do pomyślenia
.

*

24 sierpnia 2016 i potem, 30 października, chrześcijaństwo i czas archaiczny spotkały się w jednym miejscu, żeby rozpocząć wspólną drogę. Razem ze zwierzętami. I z kamieniami. Z ziemią.

*

Kataklizm, który dotyczy nas z bliska, Luca nazywa laboratorium serca. Bo pokazuje, co w życiu jest naprawdę ważne.
     Nie pamiętasz dnia, w którym tsunami pogrążyło Japonię, ale pamiętasz, co robiłeś, kiedy powódź zalała ci podwórko
.

*

[…] mamy ponad godzinę, jest więc szansa, by pogadać. Albo pomilczeć.

*

Luca Cari.

(źródło)

*

[Luca Cari] Należy do mężczyzn, którzy nie lubią pytać o drogę. Nie chcą dawać komuś satysfakcji, że ten wie lepiej. Tym też się różnimy, wciąż na moją niekorzyść — że ja nie mam męskiego honoru. Mam w nosie, czy ludzie wiedzą, że mój zmysł orientacji jest poniżej zera.

*

Kamienie jak ziarna rozerwanego różańca.

*

Podnoszę z ziemi kamienie. Biorę — znów nie wiem po co. Zawsze zabieram kamienie z miejsc, które coś dla mnie znaczą.
     […]
     Modlę się jakimś psim, pogańskim językiem niemowy, żeby te ukruszone kamienie i cegły stały się kiedyś słowami. Tymczasem zaciskam je w dłoni.

Jarosław Mikołajewski, Terremoto,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.

czwartek, 03 sierpnia 2017

   — stan skupienia?
   — złość i bezsilność.

na konowała z miasta scyzoryków, który wypisał Pacjentkę dobę po trudnej operacji ortopedycznej, nie dając jej recepty na leki przeciwbólowe. W wypisie jak wół lek był, a lekarzyna, że lek bez recepty do kupienia. Sadownik w warszawskiej aptece dowiedział się, że ten lek nigdy nie był bez recepty. Ma skurwielik szczęście, że nie pracuje w warszawskim szpitalu — poszłabym i burdę bym zrobiła. Nie ma nikogo, kto mógłby mi wytłumaczyć dupogłowego buca-specjalistę ze szpitala zespolonego. Zespolonego? O tak, zdecydowanie ten szpital ma część urojoną. Kura przez ‘w’!

Lepiej rozumiem lekarzy, ale czynu tego malutkiego bożka ogarnąć rozumkiem nie mogę.

środa, 02 sierpnia 2017

Po pierwszej, trzecia. Po trzeciej czwarta. Ta, czyli opowiadania.

Ta, bo pierwsze zdanie w podczytniku do niej brzmiało: „Czytając te opowiadania Wisława Szymborska śmiała się i wzruszała”. Pomyślałam o Gepardzicy, czy by się śmiała — dowiem się, jak wróci z urlopu. Ja chwilami płakałam ze śmiechu. W wielu miejscach czytałam z zapartym tchem, ciekawa jak to się skończy. 

Teraz mogę powolutku brać się za drugą.

Choć nie, mówię bzdury — wcale nie myślałam, że się upiecze. Nic nigdy mi się nie upiekło. A już taka zbrodnia jak ta, żeby w Wigilię chcieć być sama — no nie…! Byłabym naiwna jak dziecko, gdybym wierzyła, że coś takiego ujdzie mi płazem

*

Ale co to mój boże z największej litery mój Boże więc co robisz że tego nie widzisz!

*

— Widzi ksiądz, to bardzo dziwne uczucie, ale ja dopiero teraz, kiedy mam dziewięćdziesiąt lat, czuję, że naprawdę dojrzewam i wiem, co mam robić. Jest tak,  jak  gdybym śnił przez to całe życie i dopiero teraz rozumiem, co mi powtarzali rodzice, co było w podręcznikach szkolnych, co mówili pisarze w książkach, które niby czytałem, ale nigdy nie byłem we wnętrzu ich słów.

*

[…] ja się zgadzam na wszystko, co ma zdarzyć się dalej niż jutro. „Pójdzie pani ze mną na lunch?”. „Nie”. „A za tydzień?”. „Pójdę”. Bo dla mnie za miesiąc czy za tydzień nie istnieje.

*

     — Can you swim? — pytała pani De Mattei.
     — No, I can.
     — No, I can’t. Powtórz.
     — No, I can’t.
     — Can you drive a car?
     — No, I can.
     — No, I can’t. Powtórz.
     — No, I can’t.
     — Can you fly?
     — Yes, I can’t.
     — Yes, I can albo No I can’t. Powtórz.
     Zanchini zawahał się.
     — Yes, I can — powiedział po dłuższej chwili
.

Jarosław Mikołajewski, Dolce vita,
Wydawnictwo AGORA, Warszawa 2012. 

Po pierwszej nie mogłam zabrać się od razu za drugą. Potrzebowałam pozwolić przeczytanym literkom pierwszej, spotkanym dzięki niej osobom i ideom, ułożyć się, przeżyć, odcisnąć w moim sposobie postrzegania świata.

Sięgnęłam po tego samego Autora, ale po jego wiersze, czyli po trzecią. Była przyjemność. Było rozbawienie brakiem znaków interpunkcyjnych. Były zaduma i poruszenie.

jestem wszystkim czym jestem
wszystkim czym nie jestem

proszę o wsparcie
nie umiem na nas wszystkich zarobić

*

własna twarz
przypomina mi życie
moje całe
w tej jednej chwili której
też już nie ma

*

co ty tu robisz zapytali zmarli
przecież żyjesz
a ostatnich wyników
tylko pozazdrościć

*

nie ma jej na zdjęciu
ale zawsze wiem
kiedy jest

*

nieba haratanie

kretynizm ogni sztucznych

straszenie psów i dzieci
które są we mnie

*

miłość do świata
ma być wypoczęta

*

panie który jesteś
w chwili gdy cię nie ma
bez przerwy na opak
i nigdy na temat

co nigdy cię nie ma
w chwili gdy się zjawiasz
który już sprawiłeś
to co sprawiasz

który już mi dałeś
co właśnie odkrywam
i dawno zabrałeś
czego się wyzbywam

Jarosław Mikołajewski, Żebrak,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2016.

Za dużo czytasz — diagnozę postawił wczoraj Biały Kruk. Za dużo to jest stopni Celsjusza, a lawinie literek, która zeszła, trochę Biały Kruk jest „winny”.

Trzy książki. Trzy różne gatunki. Autor jeden. W niepełne trzy dni. „Przez” Białego Kruka i temperaturę, która skutecznie zwala mnie z nóg.

Prolog. Przyczyna: wolno jem. Żuję długo. Przerwy na zamyślenia między i w trakcie kęsów robię. Tak mam i już. Niedzielne śniadanie w Małej Danii wszyscy połknęli, zebrali naczynia, polecieli do swoich spraw. Skutek: dopijałam samotnie miętę cytrynową w towarzystwie rozmowy Michała Nogasia z Autorem (DF, 24.07.2017). Kilka zdań Autora spowodowało, że książki, których okładki do tej pory skutecznie mnie od siebie odrzucały, zapragnęłam przeczytać. Pierwsza, czyli ta poniżej, mnie zachwyciła wiarą, nadzieją, miłością, sensem i czynem, nie cierpieniem.

Epilog. Drugą powolutku zacznę dziś wieczorem, ale po drodze z ciekawością przeczytałam trzecią i czwartą. Jest jeszcze piąta, ale dopiero po drugiej.

Modlę się za oraz do.

*

W kontaktach z uchodźcami Europejczycy najbardziej boją się świerzbu. A świerzb to jest głupstwo. Natychmiast go wyłapujemy i leczymy od ręki jednorazową dawką leku. Często powtarzam, że wolę mieć cztery razy do roku świerzb niż raz grypę, bo na grypę się umiera, a na świerzb nikt nigdy jeszcze nie umarł.

*

Lampedusańczycy są porządni, uczynni. Ale system niesienia pomocy funkcjonuje i bez nich. Nie funkcjonuje cała reszta. Ratujemy tych ludzi, bo ratować i pomagać jest rzeczą słuszną. Konieczną. Bóg wie, ilu utonęłoby w morzu bez tej pomocy. Ale dlaczego pozwala się im podejmować takie ryzyko? Dlaczego pozwala się im decydować na taką podróż? Dlaczego wzbogacamy tych sukinsynów po drugiej stronie, którzy organizują przeprawy? Tych bandytów? Powiedziałem kiedyś prowokacyjnie: zmieńmy to, sami zarabiajmy na uchodźcach. Wydajemy górę pieniędzy: na okręty wojskowe, helikoptery, lekarzy, policję. Ile milionów idzie na to wszystko? A ci biedacy i tak wciąż cierpią, wciąż giną. Powiedzmy im: po co masz płacić tym, którzy nie gwarantują ci bezpieczeństwa? Zapłać nam, my przewieziemy cię bezpiecznie i komfortowo. Zarobilibyśmy krocie! To oczywiście prowokacja, ale te sukinsyny biorą do kieszeni za jeden duży transport od miliona do półtora miliona euro. Syryjczycy płacą pięć, sześć tysięcy euro na głowę. Pomnóż to przez setki osób. Na razie bandyci wciąż się bogacą, my wciąż wydajemy pieniądze na pomoc, a ci biedacy wciąż umierają w morzu.

*

Nie, na Lampedusie nikt nam nie pomaga… Pani burmistrz? A skąd! Ma ważniejsze rzeczy na głowie. Nigdy tu nawet nie zajrzała… Ksiądz? Nic podobnego! Papież sobie, proboszcz sobie. Nie sądzę, żeby zajrzał do Pochwalony bądź, ekologicznej encykliki papieża Franciszka.
     Wiesz, co powiedział mi ksiądz z Linosy? To było wtedy, kiedy umierał mój stary pies. Dogadzałam mu na koniec życia, jak tylko mogłam. Któregoś razu wzięłam go na ręce, bo sam już nie chodził, i zabrałam do rzeźnika. Stanęłam w kolejce i rozmawiałam z nim tak, jak rozmawia się z członkiem rodziny. „Co byś zjadł? Czy masz apetyt na coś, czego nigdy w życiu nie jadłeś, a zawsze chciałeś?”. W końcu postanowiłam kupić mu pierś kurczaka. W kolejce stał przed nami ten ksiądz, słyszał naszą rozmowę. W pewnej chwili odwrócił się i powiedział: „Wiesz, ja należę do gatunku, który karmi ludzi”. Na co ja: „A ja należę do gatunku, który karmi głodnych”.

*

Giacomo jest artystą, pieśniarzem, poetą. […] wiersz […]
     Jesteśmy tym samym pyłem, który błąka się
                   po wszechświecie, czekając na miłość
[…]

     — Radykał — pyta Giacomo. — Dlaczego? Bo jestem krytyczny? Owszem, jestem. Głównie wobec siebie.

*

Jest biblioteka, ale to jeszcze nie kultura. Kultura to czytanie, rozmowa, próba rozumienia, wymiana myśli.

*

     – Odnoszę wrażenie – mówi – że tak naprawdę zależy nam jedynie na tym, by ratować nie ludzi, tylko własne sumienia. A to mnie nie interesuje. Ja już jestem zbawiony. Albo skończony, nie wiem. W każdym razie to, co teraz robimy, jest egoistyczne. Każdy myśli tylko o tym, jak pokazać swoje człowieczeństwo i humanitaryzm. Tymczasem wszyscy, dosłownie wszyscy jesteśmy współwinni.
     Sprawiliśmy, że uchodźcy nie mają innego wyboru. Muszą uciekać, bo stracili dom i rodzinę, pracę, ziemię, wodę i powietrze. Co więc mają robić?
     Zresztą dla mnie nie istnieje coś takiego jak imigranci. Są osoby. Już sam podział na my i oni jest początkiem nieporozumienia.

 *

[…] siadam na ziemi, przytulam psy. Któregoś popołudnia zasypiam przy jednym z nich. Gigant o żółtej sierści przyjmuje to jak pieszczotę, która należy się wszystkim stworzeniom.

*

[…] w tych rzeczach jest nić. I rozumiem, że rzeczy nie rodzą się po nic, nie przychodzą znikąd. Jest w nich zawsze jakaś historia, rodowód, węzeł. A ludzie żyją tak, jak gdyby wczoraj nigdy nie istniało. […]  Żyje każdy przedmiot. Ma energię, temperaturę. Ustanawia związek pomiędzy sobą a tymi, którzy na niego patrzą.

*

Pytam, co mówi mieszkańcom wyspy, u której brzegów umierają uchodźcy. Co im próbuje przekazać.
     — Mówię, że to, co teraz się dzieje, to dla nich wielka szansa. Na najbliższej mszy powiem im, że przyszedł do mnie Polak, żeby porozmawiać. I gdybym powiedział mu prawdę, czyli że nie mam czasu, bo jestem umówiony, to ten Polak poszedłby do kogoś innego. A ja pozostałbym z moim niespotkaniem. Nie dowiedziałbym się, co straciłem. A straciłbym informację, że jestem kapłanem, od którego ktoś oczekuje, że coś powie ludziom w tej trudnej sytuacji
. […]
     Co jeszcze?... Powtórzę im to, co mówię codziennie: że ci ludzie z Afryki przychodzą, żeby powiedzieć nam, jak nas odbierają, kim dla nich jesteśmy. I po to, żebyśmy sprawdzili, czy znajdujemy w sobie tę łaskę, którą oni w nas dostrzegają, i czy potrafimy jej sprostać.
     Kiedy ludzie milionami uciekają z Afryki do Europy, mówią nam, że dla nich jesteśmy bogaci i szczęśliwi. Inaczej by się tu nie zjawiali. Nie uciekaliby do nas od biedy. Mówią, że z ich perspektywy żyjemy w braterstwie i pokoju. Bo inaczej nie uciekaliby do nas od wojny.
     I kiedy oni zadają nam swoje pytanie, bez słów, samym pojawieniem się w naszych domach, jesteśmy zdezorientowani. Bo my myślimy na ogół o sobie jako o źle opłacanych, niedocenianych, pomijanych, przepracowanych, poddawanych przemocy
.
     […]
     — …mówię wiernym, że najpoważniejszą przyczyną życiowej stagnacji jest czekanie na tę właściwą, dobrą okazję do prawdy i odwagi. Powtarzanie sobie, że „mamy oczekiwać innego”. Każda chwila jest tą okazją, innej może nie będzie. Ta chwila jest okazją jedyną: to, że miliony uchodźców widzą Europę, w tym Lampedusę, jako krainę dobrobytu, pokoju i wolności. I to w tej chwili musisz zmierzyć się z tym wyobrażeniem, jakie mają o tobie.

Jarosław Mikołajewski, Wielki przypływ,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.
(wyróżnienie własne)

wtorek, 01 sierpnia 2017

(Bijemy rekordy temperatury)
Heniutka:
(robi profesurę z leżenia na parkiecie w ciągach powietrza)

Jabłoń:
(patrzy na piesę)
Wczoraj, jak wracałam wieczorem do domu, czarny kot
przebiegł mi drogę, a co znaczy, gdy na twej drodze leży czarny pies?

Sadownik:
Jaki pies? Suka!
A wczoraj, skąd wiesz, że to nie była kotka?

Jabłoń:
A to gorzej czy lepiej?

Pierwsze wrażenie — gdy tylko zobaczyłam fragment tytułu, przeraziłam się, że Gepardzica postanowiła rocznicowo nauczyć mnie gotować. Mityczny Syzyf nie podjąłby się tego zadania, ale w sumie jest przecież powiedzenie, że gdzie diabeł nie może, babę pośle.

Pierwsze wrażenie — gdy otworzyłam książkę po raz pierwszy. Poniższa ilustracja niezmiennie wywołuje mój uśmiech wielością warstw, które za każdym razem widzę, i ambiwalencją, którą może wzbudzać bez najmniejszego problemu.

Pierwsze wrażenie, pierwszy dotyk, nieostatni zachwyt. Wszystko w hamaku. Przy kawie.

Jacek […]  Słyszałem taką historię, że na jednym z warsztatów miały być zaprezentowane wspomnienia, które dają siłę w życiu. Dziewczyna opowiedziała o swojej babci. Kiedyś z siostrą ugotowały danie. I okazało się ono tak obrzydliwe, że ani ojciec, ani matka, ani pies nawet tego nie chcieli jeść, a babcia zjadła i powiedziała, że bardzo dobre.
Katarzyna Bohaterska babcia.
Jacek I ta dziewczyna, gdy potrzebuje siły, inspiracji do tego, że czemuś można dać radę, to przypomina sobie wtedy babcię.
Katarzyna Podobnie było z moim bratem, starszym ode mnie. Rodzice wychodzili, a on miał się mną zająć, bo leżałam przeziębiona w łóżku. I on powiedział, że jak rodzice pójdą, to ugotujemy najlepszą potrawę świata. Bardzo mnie to zainspirowało. Wziął moździerz i wrzucaliśmy tam wszystko. Czekoladę, cukierki, migdały, masło, kawałek ciasta. Wrzucając każdą kolejną rzecz, wpadaliśmy w ekstazę. W naszym przekonaniu to było tak pyszne, ponieważ wszystko, co jest dobre, razem zmieszane musi być superdobre. Niestety, nawet kibel tego nie chciał połknąć.
Jerzy Tak samo mój pierwszy alkohol. Znalazłem jakąś miętową wódkę w spiżarni. Wrzuciłem do tego czekoladę tartą, zmieszałem. Same smaczne rzeczy, ale…
Jacek Mimo to człowiek się uczy, jak dodawać składniki. I potem już jest tylko samo dobre, wstrząśnięte, niezmieszane.

*

Jerzy Bralczyk, Katarzyna Lengren, Jacek Wasilewski, Rozmowy przy stole,
ilustr. Lech Majewski, Wydawnictwo BOSZ, Olszanica 2017.

| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...