Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: odnalezione

niedziela, 18 listopada 2012

Sadownik wpadł na to na fejsie.
Nie może się zgubić. Przysłał.
Szkoda tylko, że nie wiem, kto jest Autor(ką/em)...

(jeśli znasz Autor(a/kę) rysunku, daj znać)

czwartek, 26 stycznia 2012

Męski Istot zwany Sadownikiem wziął pierwsze w swym życiu L4. Ja, przeciwnie, drugi dzień w epizodzie ozdrowieńczej manii --- latam, biegam, załatwiam, ogarniam nieogarnione, niemożliwe odhaczam jako wykonane.

Dziś, mini-stop z Hannah na kawce zrobiłam. Zatrzymałam się i to nie z powodu temperatury. Wyjęłam przygotowane dla Hannah książki. Jedną z nich otworzyłam na chybił-trafił, by wrócić do niej na chwilę, odnaleźć jej klimat zanim na jakiś czas zamieszka w Hannahowym domu.

I, proszę, zaznaczony dawno ołóweczkiem fragment czytam. Zjawisko synchroniczności podziwiam. Uświadomiłam sobie bowiem, że w tym tygodniu chorego, męskiego Istota uczyłam się kochać.

Intuicyjnym brajlem instrukcja nakreślona w powietrzu wisiała. Uczyłam się trochę na ślepo, trochę bez wyczucia, w przyspieszonym trybie. Sadownik świeżą miłością kochany, żywszy już ciut, więc chyba nie idzie mi tak źle, nawet jeśli dukam i wolno literki z instrukcji składam w pełne zrozumienia zdania. Jak to mówią, człowiek uczy się całe życie...

  Wspólne życie wymaga nieustannego słuchania komunikatów o pogodzie pochodzących z serca drugiej osoby. Często jestem głuchy i niezręczny. Ranię niechcący bliźnich. Jak tego uniknąć? Pewnego dnia montuję szafkę według instrukcji technicznych producenta, Patrzę na złożony mebel i nagle uświadamiam sobie: „Jaki ja jestem głupi!”. Człowiek jest przecież jak mebel: ma swój sposób użycia, różniący się w zależności od modelu. Żeby żyć z kimś w harmonii, trzeba mieć odwagę poprosić o jego sposób użycia i mieć odwagę dać mu swój własny.
   Bardzo zadowolony ze swego odkrycia, poddaję je dwutygodniowej próbie. Spotykam się ze wszystkimi znajomymi i mówię im: „Jeżeli nieumiejętnie cię kocham, powiedz mi o tym, abym mógł to zmienić. A jeżeli kocham cię tak jak trzeba, też mi to powiedz, żebym mógł tak trzymać. Nie za sześć miesięcy, ale powiedz mi od razu, żebym nie tracił czasu!”.
   Miłość jest jak katalog wysyłkowy.

Tim Guénard, Silniejszy od nienawiści,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

czwartek, 28 lipca 2011

Są takie blogowe miejsca, gdzie nie mam odwagi zbyt dużej, by machnąć komentarz, bo wpis wyjątkowo intymny i nie chcę zaburzać jego piękna. Z drugiej strony, chciałabym, aby ten ktoś lub ktosia wiedzieli, że uwielbiam ich pisanie, wrażliwość, bycie. Wstawić komentarz czy nie?

Jest taki Jeden (*Z), unikalny całkiem w swej istocie, co mnie wczoraj, nie wiedząc nic o tym, rozbroił i posiekał na kawałeczki swoim słowem pisanym. Tłucze w klawiaturę nieregularnie. Czasem trzyma rytm dni, częściej nie, więc nawyku zaglądania do niego nie mogę sobie wyrobić, ale jak już tam zajrzę to atmosfera wokół mnie się zmienia. *Z w ostatnim swym wpisie płynnie przeszedł od zwykłego siedzenia na tarasie do niezwykłego stóp przedzielenia warstwą materii i... przez te swoje literki wraz z moją tęsknotą za Sadownikiem w cieniutkie plasterki mnie pokroił, bym była bardziej świadoma, że już mi się marzy taka zwykła codzienność, co niezwykła jest całkiem.

Pomyślałam, zemszczę się! ;) Na stopy odpowiem historią pewnych dłoni, co spisywana była w 2005. Zwłaszcza, że dzisiaj nic, tylko wszędzie widzę ludzi co albo objęci, albo za ręce się trzymają. Ja też tak chcę!

***

Pewnego dnia na zgliszczach cudzych marzeń
mężczyzna niepewnie podał dłoń kobiecie.
Czy On się wtedy czuł mężczyzną?
Czy Ona czuła się kobietą?

Dłoń drugiej dłoni szepnęła: pozostań w mym życiu.
W cieple tych splecionych rąk ukryta była niewypowiedziana słowami obietnica:
będę Cię kochać, wspierać, ochraniać.
I poszły w świat dwie splecione dłonie nie mówiąc nic swoim właścicielom
o tym, co uzgodniły.

Pewnego dnia wiele lat potem wśród własnych już marzeń
nagi mężczyzna w swych dłoniach zamknął dłonie nagiej kobiety.
On był już wtedy mężczyzną.
Ona właśnie stawała się na jego oczach kobietą.

Dłonie dłoniom, oczy oczom szeptały: akceptuję i uwielbiam twoją seksualność.
W uścisku splecionych rąk i cieple oczu kobieta odczytała czuły telegram:
lataj Kochanie, me dłonie przytrzymają Cię
byś mogła bezpiecznie wrócić do mnie z przestworzy.
Tylko cztery dłonie wiedziały, że od nich zależy wszystko!

Morał: Noś zimą rękawiczki, bo to początek historii...
                                                                                                                     (5.05.2005)

***

Zażalenia w sprawie tego wpisu proszę kierować do *Z.

________________
  ‡    Kiedy rodzi się kobieta? Jeszcze w brzuszku mamy, gdy na USG lekarz płećkę upoluje? A może wtedy, gdy położna w kwitach odnotuje „córka”? Może zapada klamka kobiecości, gdy dziewczynka przypieczętuje swą obecność na świecie pierwszą kroplą krwi menstruacyjnej? Gdy się zakocha? Gdy pocałuje? A może, gdy straci dziewictwo, zyskując nową perspektywę istnienia? Może trzeba matką, teściową lub babcią zostać? Zapach opuszczonego gniazda poczuć? Judith Butler też nie ma w tej kwestii pewności. Może trzeba, na własne potrzeby, swoją definicję zbudować? Jakoś tkwi we mnie przekonanie, że każda z nas wie, kiedy dla niej owo wydarzenie miało miejsce. Dla mnie była to chwila, gdy po raz pierwszy mogłam się w pełni zatracić i zapomnieć siebie...

poniedziałek, 21 marca 2011

Kilka lat temu Sadownik co wieczór znikał w czeluściach gabinetu. Myślałam, że pracuje. Chodziłam  na paluszkach wokół drogocennego skarbu jakim był komplet: gabinet, komputer, marzenie Sadownika i sam Sadownik. Po paru dniach złudzenie prysło, gdy Sadownik zapytał mnie, do którego LO chodziłam. Tak po raz pierwszy dowiedziałam się o rosnącym fenomenie jakim była N-K. Wówczas była to kopalnia zagubionych znajomości. Z pewnymi oporami uległam „narodowemu spisowi edukacyjnemu”. W rubryczce „o sobie” napisałam wówczas:


Gdy już nic nie musisz. Gdy już nie masz potrzeby kochać tych, którzy nie kochają Ciebie. Gdy masz już pełną torbę „innych-życiowych-gdysi” to wiesz, ze TERAZ jest najlepszy czas by móc i chcieć spełniać swoje marzenia. Bo kto inny zrobi to za Ciebie?

Ja już nic nie muszę, więc marzę, pragnę, kocham i każdego dnia wykrawam małe cuda a reszta to drobiazgi: lukier lub pieprz...



Kończę właśnie książkę Lowena „Radość”. Dziś wróciły do mnie zacytowane powyżej, własne, stare już słowa. Wróciły, bo po raz pierwszy w życiu poczułam się prawdziwie wolna --- wolnością wielką, nieskończoną, bezgraniczną...

Wolność od byłych mężczyzn. Wolność od osób, które mnie zdradziły. Wolność od postaci we mnie, które terroryzowały mnie swoim systemem przekonań, że „jako kobieta muszę, powinnam, bo inaczej to zobaczę…”. To Wolność, która nie neguje przeszłości. To Wolność, która ją akceptuje. Ukłoniłam się w podzięce przed tymi Mężczyznami, Osobami, Postaciami. Dziękuję, że byli. Dziękuję, że są. Zamówiłam kawę, usiadłam. Gdy wszystko to do mnie dotarło i pozwoliło nazwać się słowami  wynurzywszy się z emocji, które mi towarzyszyły od rana, właśnie wtedy, kawiarnię, w której przycupnęłam wypełniły dźwięki uwielbianego przeze mnie utworu, który dziś stał się moim prywatnym, wolnościowym hymnem (Astor Piazzolla, Libertango). [Ten konkretny ruchomy obrazek mogę oglądać raz za razem... przestrzeń, pasja, skupienie... a Sadownik dodał: jakie cudowne wyszłyby zdjęcia!]

The Tango lesson, Libertango.

A gdy wyszłam z kawiarni, zobaczyłam Świat nowymi oczyma. Pozostaję w zadziwieniu, że nie widziałam go takim wcześniej...

środa, 16 lutego 2011

Odcień wiary
______ w sens tego, co się robi?
______ w ludzi wokół?

Barwa sensu
______ pojedynczego ludzkiego życia?
______ jednego, przeżytego dnia?
______ odwzajemnionego uśmiechu obcego człowieka?

Kolor pasji?

Tylko jedna odpowiedź:
José González, Heartbeats + kulki + ludzie, kryjący się za kulkami

Nie zagubić wiary!
Nie stracić sensu!
Nie porzucić pasji!


Sony BRAVIA Advert, Bouncy Balls.

poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Są książki, przez które przebiega się szybko i, w zasadzie, poza zaspokojeniem ciekawości jak autor rozłoży karty, pozostaje tylko wrażenie, że niewiele się zyskało. Jakiś czas temu pożyczyłam książkę od Mamy Sadownika. Porwał mnie tytuł. Gdybym nie czytała, podanego na tacy przez Sadownika, Nocnego Patrolu Łukjanienki, to może nawet podobałby mi się pomysł na tę opowieść. Dodatkowo, nie lubię książek, w których bohaterowie marnują czas, a tu, na kartach tej książki, wszyscy w życiowym marazmie i tylko aniołowie starają się wierzyć, ufać i sprostać swoim zadaniom. Oddam tę książkę i w zasadzie mogę o niej zapomnieć, ale... nie do końca. Jest w niej fragment-matrioszka, który zawiera w środku inny fragment, pewnie fikcyjny, który wyjątkowo mi się spodobał i kazał na chwilę zatrzymać się nad tymi słowami (rozmowa aniołów):

 --- Jej stosunek do Karela opiera się praktycznie już tylko na przyzwyczajeniu i dobrej woli, ale kilka ogników starej miłości ciągle tli się w jej sercu. Coś wam przeczytam.
    Wyciąga jakąś książkę, otwiera ją i przez chwilę walczy z wiatrem.
 ---
Jeżeli rozumiecie jeszcze, jak mogliście kiedyś kogoś kochać, nadal jesteście zakochani. Wygasła miłość jest czymś nie do uwierzenia.

Michal Viewegh, Aniołowie dnia powszedniego,
Prószyński i S-ka, Warszawa 2009.


Jeśli o mnie chodzi, choćby tylko dla tych słów, warto było zajrzeć do tej książki. W wakacje nie trzeba ambitnie się zaczytywać.

Szłam z Kudłatą po parku i myślałam o moich miłościach obleczonych w męskie ciała, przyozdobionych męskimi umysłami. Tak, niektóre z nich są dziś nie do uwierzenia, ale niektóre jak najbardziej. Cudnie jest być wciąż zakochanym...

czwartek, 12 sierpnia 2010

Zdradzić i funtem psich kłaków usprawiedliwić:


Dotyk

Nie był z niego żaden lord. Nie był nawet pierworodnym synem lekarzy od trzech pokoleń. Dłonie też chyba miał mało smukłe --- ot, wielkie bochny chleba a za paznokciami grudki ziemi. Za to pachniał życiem prawdziwym a nie wielko­miejską plastikową namiastką szczęścia. Pociągał swym spokojem i oczy­wistością sensu własnego istnienia. Pożądała go Matylda w skrytości od lat. On udając obojętność, kusił i czekał. Pewny swego uroku wiedział, że na kobietę wystarczy poczekać.

Przyszedł więc dzień, gdy małżeńska przysięga poszła w końcu na bok. Smycz nakazów moralnych i kaganiec norm społecznych nie utrzymały w ryzach pożądania Matyldy. Co tam — pomyślała — raz się żyje. Nie miała czasu zastanowić się nad konsekwencjami. Pragnęła teraźniejszości, w której czuje go każdym milimetrem swojego ciała.

Delikatnie, by go nie spłoszyć, wolno ułożyła się blisko jego ramienia. Ani drgnął, więc nabrawszy odwagi, nie ukrywała już, że chce być jeszcze bliżej. Bez cienia zażenowania legła na nim i nie dbając o grawi­ta­cję, przydusiła go siedem­dziesięciokilowym pożądaniem. Nie wyglądał na zdziwionego, przecież czekał na nią tyle lat. Nie tracił czasu na zbędne słowa. Bezszelestnie gładził jej skórę. Matylda miała uczucie, że oddała się praprapraprawnukowi hinduskiego boga o kilku parach rąk, które jednocześnie pieściły jej ramiona, uda, dłonie i twarz.

Gdy kępki jego gęstego, zadbanego owłosienia masowały jej kark, Matylda pożałowała, że nie starczyło jej odwagi, aby położyć się nago na... tym trawniku.                                                                                      (10.08.2008)


 

Stare, ale pamięć o tym tekście ożyła wskutek precedensu który, gdyby mnie ktoś zapytał o siódmej rano, czy będzie miał miejsce, to kazałabym mu się puknąć w głowę. Kobieta jednak zmienną jest i właśnie dziś, w środku osiedla wielkiego miasta... czołgałam się w trawie. Po fakcie uznałam to za przywilej, bo nie wypada tego robić ot, tak sobie, bo człowiek ma fanaberię i ochotę na spotkanie z Matką Ziemią, ale jak ma się psa, zwłaszcza szczeniaka, to wszystko jest w najlepszym porządku. Wytarzałyśmy się z Henią obie, bawiąc się przy tym wyśmienicie. Wszystkiego źródłem była moja chęć, by zrobić kilka zdjęć Fidelince zanim stanie się Fidelą. Korciło mnie też, by zobaczyć świat z poziomu jej oczu. W trawie, o dziwo, w ogóle nie ma problemów. To teraz rozumiem, czemu ona się ciągle uśmiecha...

środa, 11 sierpnia 2010

Ogrzej mnie
myślą,
         mową,
                 uczynkiem
a nie zaniedbaniem.

Mój egzemplarz książki Katie Byron „Radość każdego dnia” przewrócił już nie jednej osobie sposób postrzegania rzeczywistości. Powyższe słowa były napisane prawie dwa lata temu, z myślą o konkretnej osobie, znalazły mnie, gdy szłam przez park, nie przeczuwając wówczas, że bywanie w parkach stanie się częścią mego życia.

Szłam dziś po parku, olśniło mnie i zobaczyłam te słowa na nowo: co mogę zrobić dla siebie myślą, mową, uczynkiem a nie zaniedbaniem? O rany, to nie jest łatwe pytanie, ale padło... Oj, Katie to bardzo trudne pytanie...

piątek, 06 sierpnia 2010

Pamiętam okoliczności, które zrodziły ten tekst. Nie jest łatwo stanąć za sobą, ale warto spróbować a jak spróbuje się raz to już powoli wchodzi w krew. Może dlatego wciąż się uśmiecham, gdy ten zestaw nieprzypadkowo ułożonych literek ponownie wpadł w me ręce:


— Czy możemy spotkać się w środę?
— Nie. Nie mogę.
— Nie możesz czy nie chcesz?
— Nie mogę.
— Czemu nie możesz?
— Jestem umówiona.
— Z kim? Z tym gachem spod czwórki?
— Nie.
— To z kim? Z głupią Lizą?
— Nie. — Jej twarz zesztywniała. — Tyle razy Ci mówiłam, Liza nie jest głupia. To moja przyjaciółka.
— To z kim?
Zapadła znacząca cisza.
— Proszę? Nie usłyszałem. — Odpowiedziała tylko głucha cisza. — Kto, do jasnej cholery, jest tak ważny, że nie możesz tego przesunąć?!? — Ryknął.
Ja.
Co?!?
Jestem umówiona z najważniejszą kobietą mojego życia… ze sobą.


Kudłata chyba świetnie zna tę historię, dwustumetrowy spacer trwał pół godziny: umówiła się przecież z liściem mlecza, pestką wiśni, krzaczkiem, szyszką i gałązką. Głucha na wołanie, czasem popatrzy na mnie z wyrzutem: „No co? Umówiłam się, nie widzisz?”.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...