Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: złość

czwartek, 16 lipca 2015

dół. stąd do wieczności. wczoraj mnie złapał. z jednej beczki. bo oko. z drugiej beczki. bo nie umiem. bo nie umiem się nauczyć. bo nie dam rady. bo głupia, tępa, tragiczna ja. złożyłam broń.

dziś rano. wstałam. ok, wszystko jest beznadziejne. może nie dam rady, ale chociaż spróbuję.

*

Gepardzica. lekka na wspomnienie. porozmawiałyśmy. powiedziała coś, co i moim doświadczeniem było nie raz. no, to do przodu!

niedziałanie osłabia

środa, 17 czerwca 2015

Przyznaję się.
Od wczoraj jestem za karą śmierci.
Za czyny popełnione z rozmysłem i premedytacją.

Wystarczyła do tego kiełbaska z haczykami wędkarskimi i bydlę dwunożne, nie człowiek.

sobota, 23 sierpnia 2014

Nie znoszę zamkniętych osiedli. Idealistka we mnie nie da się zamknąć w getcie na własne życzenie i za własne pieniądze. Płoty, które mówią wszystko o stosunku tych, co w środku, do tych, co na zewnątrz; o braku nadziei i złudzeń, o braku chęci, o niewyobrażalnym braku zaufania, o tępym, krótkowzrocznym wzroku, co widzi tylko własny nos i obrys budynku. No nie.

Co na ten styl życia powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? — pytam w myślach. No nie.

Przemawia przeze mnie szczera i luksusowa zazdrość i niemoc, że ja nie uczestniczę w śnie wymarzonych z prospektu najpiękniejszych, najinteligentniejszych, najlepiej położonych, jedynych takich i szczęśliwie zrealizowanych projektów mieszkaniowych, gdzie nawet jednopokojowe mieszkanie nie jest mieszkaniem lecz mini apartamentem lub studiem — powie wielu. No tak.

I paru moich Przyjaciół, co właśnie tak mieszka, czytając tę notkę ma prawo mieć delikatnie rzecz ujmując negatywną reakcję. Ja nie czepiam się Ich wyborów, a Oni nie czepiają się mojego podłego myślenia — przynajmniej taką mam nadzieję. Gorzej, u niektórych bywam, przymykając oko na płoty, w końcu nie moje. No tak.

No i proszę, stało się. Zostałam jeszcze jednym pieprzonym krezusem, a w zasadzie krezuską nie ruszając się z hamaka. Moje śmieci od dwóch dni są zamykane na klucz. Dla mnie bez wartości, dawniej przydawały się temu czy innemu człowiekowi. Teraz nic z tego. Nie spotkamy już z Henią pana Piotra. Nie porozmawiamy. Nie wymienimy uśmiechów. Już nigdy nie będziemy sobie życzyć spokojnej, bezpiecznej nocy. No tak.

Co na ten nowy kapitalistyczny porządek, który finalnie dopadł i mnie, powiedzieliby Walczący w Powstaniu Warszawskim? Nie chcę znać odpowiedzi. Proszę, nie umieszczajcie w komentarzach powodów, dla których te śmieci muszą być zamykane. Znam te powody. Znałam też z widzenia wszystkie Osoby, które regularnie przy osiedlowych śmietnikach się pojawiały. Mówiliśmy sobie dzień dobry i życzyliśmy dobrego dnia. A w środku wciąż mam tę samą odpowiedź: no nie.

wtorek, 14 stycznia 2014

Orzeszek. Nad nią onkologiczny miecz Damoklesa. Umiem wyobrazić sobie namiastkę trudności, których doświadcza dzień przed i w dniu badań kontrolnych. Wiem, że to przeraźliwe doświadczenie nie musi wykańczać tak bardzo psychicznie. Przecież są na tym świecie, ba, nawet w tym kraju, co ja piszę, nawet w każdym województwie, terapeuci i psychoonkolodzy.

Rozmawiałam wczoraj z Seniorem. Opowiedział o tym, jak to Orzeszek z pewną panią „na mieście” rozmawiał. Opowieść ta zmroziła mi krew w żyłach. Wspomniałam, by może rozważyli, choćby tylko przez chwilę, samo rozważenie terapeutycznej formy kontaktu z obcym człowiekiem. Senior załamał mnie mówiąc:
    — Psychologia? To sekta! My jesteśmy normalni.

Wewnętrznie runęłam na ziemię.

sobota, 04 stycznia 2014

Leży mi ta książka na wątrobie już prawie miesiąc. Najpierw ją przegapiłam i nie mam pojęcia, jak to się mogło stać. Moje ulubione wydawnictwo. Moja ulubiona seria wydawnicza. A jednak przeoczyłam. Nadrobiłam zaległości, gdy wypatrzyłam ją na bazarku świątecznym na początku grudnia. Wtedy miała rok. Połknęłam ją w kilka dni, próbując nie śpieszyć się wcale, dbając o to, by nie zrzygać się światu prosto w twarz. Dziś, gdy ostatecznie postanowiłam pozostawić ją tutaj, ma już formalnie dwa lata.

Leżała mi na wątrobie do dziś, wywołując fale różnych objawów. Najpierw mnie rozłożyła na łopatki świadomością, że w najbardziej maniakalnie akuratnym kraju taaakie rzeczy mają miejsce. Gadżety i nastrój wynikający z możliwości dwudziestego pierwszego wieku maskują fakt, że większość pracujących ludzi funkcjonuje w sposób przypominający czas wczesnej rewolucji przemysłowej. Rozejrzałam się po znajomych i uznałam, że w pewnym sensie dotyczy to wszystkich nas.

Idealistka we mnie pochorowała się na świat i życie. Ktoś we mnie odwrócił się od tak nędznej perspektywy czasu, który przede mną. W poniedziałek padłam. Hannah stwierdziła, że będę żyć, ale muszę, muszę, muszę (!) mieć trzy dni urlopu, nic-nierobienia siedemdziesiąt dwie godziny, bo jak nie, to będzie bardzo, bardzo, bardzo źle. Z pewnymi przerwami poddałam się zaleceniu. Dziś koło południa ewidentnie zakończył się ten czas.

Idealistka we mnie podniosła głowa. To dobrze, że wie już, jak jest. Nie przejdzie progu kawiarni o zielonym logo. Przyjęła do wiadomości, że jest, jak jest. Skoro rzecz miała miejsce w Niemczech, aż strach myśleć, jak jest w Polsce. Nie mam złudzeń, na pewno nie jest lepiej. Gdy Idealistka podniosła głowę, dotarło do mnie, że choć nie mam na to wszystko wpływu, mam wpływ na swój mały mikroświat. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej poczułam wagę samodyscypliny, prawdy, świadomości i uważności w relacji ze sobą, w relacjach z innymi ludźmi oraz miłości, która wskazuje kierunek mego życia, działań i podejmowanych kolejnych kroków. Cywilizacja, w której przyszło mi żyć wciąż, w pewnym aspekcie, wydaje mi się upadającym Rzymem, ale ja już nie jestem jego ofiarą. Wróciłam do siebie. Nie ustaję!

[...] jako somalijski emigrant ani nie mam pracy (jak większość uciekinierów objętych w Niemczech zakazem zatrudniania), ani nie mogę się pochwalić specjalnymi umiejętnościami czy doświadczeniami. Nie jestem kolegą wśród kolegów, jak wtedy gdy udawałem Turka, prostego robotnika, lub gdy udawałem redaktora „Bild” czy piekarza albo agenta firmy telemarketingowej. Nawet jako bezdomny byłem równy wśród równych — lecz jako czarny między białymi?
    Jestem po prostu czarny i obcy, co w społeczeństwie nastawionym na sukces znaczy: bezbronny, bez wartości. Ci, których spotykam na swojej drodze, mogą wyżywać się na mnie, folgując swoim rasistowskim odruchom, albo inaczej — nieobarczeni szacunkiem dla prestiżowego zawodu ani imponujących dochodów, mogą bezczelnie wtykać nos w moje sprawy i demonstrować silne bicepsy.

Z reportażu „Czarne na białym”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

Dzielni i przystosowani członkowie społeczeństwa zawsze znajdowali sposób, by oszczędzić sobie widoku „szumowin uchylających się od pracy” — usuwali z pola widzenia bezdomnych, chorych psychicznie, alkoholików i inne osoby, które już na pierwszy rzut oka odbiegały od normy.

*

    — Ulica zmienia ludzi, czasem na korzyść, czasem na niekorzyść, to zależy. Znam osoby, które były profesorami, lekarzami, a dziś są na ulicy. Wypadły po prostu z systemu i trudno im było wrócić. Do tego doszła może jedna czy druga nieszczęśliwa okoliczność życiowa i to zmieniło koleje ich życia. Nie mówię, że zeszły na złą drogę, tak nie mogę powiedzieć. Ale wkroczyły w inne życie.

Z reportażu „Mniej niż zero”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

[...] nie ma takiej nieprawdy, takiej presji, takiego publicznego ośmieszenia, takich kosztów, przed którymi zawahałaby się dyrekcja koncernu, jeśli to wesprze kurs jej polityki.

Z reportażu „Wykolejona kolej”,
Günter Wallraff, Z nowego wspaniałego świata,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.

środa, 25 września 2013

    — Moja matka powiedziała mi, że jestem największą porażką w jej życiu.
Słowa te zaskoczyły mnie, bo stała przede mną piękna, mądra i wrażliwa kobieta. Gdybym była jej matką, byłabym z niej wyjątkowo dumna. Przed oczami stanęły mi twarze wielu innych córek, które usłyszały podobne słowa. Kobiety niewidziane, niesłyszane, niedocenione. Jaki sens kryje się w takiej wypowiedzi?

Wróciłam do domu. Z półki wzięłam najpiękniejszą książkę o miłości rodzicielskiej. Chłonęłam każdą z ilustracji...

Odłożyłam na bok twarze córek. Wciąż nie wiem, jaki jest sens przytoczonych słów, ale wiem, co zrobić z uczuciem bycia niewidzianym, niesłyszanym, niedocenionym.

Dziś zobaczę w sobie coś dobrego,
     czego wcześniej nie widziałam,
     ucieszę się tym,
usłyszę siebie i 
docenię to, kim jestem.
Przecież jesteśmy magiczni!

Może się przyłączysz?

piątek, 14 czerwca 2013

Zobaczyłam ją dziś. Kolejny raz. Myślę o niej źle, bardzo źle...

*

Epizod #1. Henia była malutkim, dziewięciokilowym szczeniaczkiem. Wszystkie dzieci darzyła miłością, której nie byłam w stanie podzielać. Byłyśmy na spacerku. Pani X, jej dwóch synów, na oko 6 i 9 lat. Zaczęło się miło. Czy mogą pogłaskać? Ależ proszę. Zaczęli głaskać a potem popychać. Już prawie zabierałam Henię, bo przestało mi się to podobać, ale ta traktowała to jako świetną zabawę i skoczyła; przewróciła chłopca i się zaczęło. W skrócie, pani X postraszyła mnie strażą miejską. Ta scena nauczyła mnie bardzo szybko, że nie wszystkie dzieci; a te, na które się zgodzę, mogą mieć kontakt z Henią tylko i wyłącznie na moich warunkach. Nie wszystkie dzieci są słodkie wobec zwierząt. Nie wszyscy rodzice widzą coś więcej niż potencjalną słodycz swoich dzieci.

Epizod #2. Pani X rok później zaczepia mnie i opowiada o tym, ze zamówiła psa, setera. Prosiła, żeby opowiedzieć jej, co jest ważne w wychowaniu malucha. Miesiąc później z oburzeniem opowiadała mi, że pani hodowczyni zwróciła jej pieniądze i nie da jej szczeniaka. Po kilku kolejnych minutach opadła mi szczęka. Pani X zapowiedziała pani hodowczyni, że weźmie szczeniaka, ale istnieje możliwość, że po dwóch tygodniach go zwróci, bo nie wie, czy jej dzieci nie mają alergii na psią sierść. Pani hodowczyni miała nosa.

*

W zasadzie te dwa epizody powinny wystarczyć, by odpowiedzieć na pytanie, czy rodzina pani X potrafi mieć psa?

*

Epizod #3. U państwa X na jesieni zeszłego roku pojawiła się śliczna, młodziutka kundelka. Wesoła, otwarta, ciekawa, delikatna, śliczna. Na własne oczy przez zimowe miesiące oglądałam przekleństwo, jakim bywa dla psa mieszkanie z ogródkiem. Gdy szłam rano do pracy, mijałam sunię, która w ogródku szczęścia „zażywała”. Wracałam po kilku godzinach a sunia wciąż w ogródku, trzęsła się z zimna, towarzystwa ludzkiego potrzebowała, a miała minus dwadzieścia i śniegu na lata. Głaskałam, gadałam do niej i serce złamane miałam, gdy piszczała, gdy odchodziłam. W styczniu zaczęłam się zastanawiać nad tym, żeby może ukraść tego psa, bo sunia była cudna i było mi jej szkoda. Nie zdążyłam dojrzeć do czynu. Sunia zniknęła, choć jej nie ukradłam. W kwietniu spotkałam sąsiadkę-psiarę, z którą trochę kombinowałyśmy, by zrobić coś dla suni. Wtedy dowiedziałam się, że kobieta oddała psa, bo... zaszła w ciążę.

*

Pani X wróciła do świata. Minęłam kobietę w tym tygodniu dwa razy. Za każdym razem myślę sobie „podła suka” i czuję jak się we mnie gotuje. Zaraz potem skreślam słowo „suka”, bo nie każda ludzka baba, a już na pewno nie pani X, ma w sobie choć procent mądrości i serca psich dziewczynek.

Finał. Dobre w tym, że jest nadzieja, że sunia ma teraz dobry, kochający dom. Przykre natomiast, że epizod #3 oglądały dzieci. Czego się nauczyły? Pies to rzecz, bierzesz, nie dbasz, oddajesz.

Idzie sezon wakacyjny psów przywiązywanych do drzew, wyrzucanych z samochodów. „Człowiek”, to nie musi dumnie brzmieć. Piszę o pani X z nadzieją, że historia ta ode mnie się odczepi i będę mogła znów stawać się prawdziwym człowiekiem, a nie mieć ochotę powiedzieć pani X, co o niej myślę. Myślę źle, bardzo źle...

środa, 06 marca 2013

_________
D

Pod gabinetem poboru materiału do badań. Wychodzi mama z trzyletnim zaryczanym szkrabem. Maluch wyje. Wcale mu się nie dziwię, bo kłucie nie należy do żadnych fajnych zabaw i jako trzylatka nie miałabym ochoty zrozumieć, że to dla mojego dobra. Zanosi się od płaczu. A mama na to: no przecież nic się nie stało, synku. On wyje i zanosi się od płaczu jeszcze bardziej. Jestem zaskoczona, że można trzylatkowi tezę o „nic-się-nie-stało” próbować wcisnąć. Szkrab nie ustaje w domaganiu się, by łaskawie dojrzeć jego trudną sytuację, a ja mu z drugiego końca korytarza kibicuję.  A mama? Mama wyciąga nowiuteńki, jeszcze zapakowany samochodzik. Niestety, samochodzik nie zadziałał tak, jak myślała. Dziecko zaczyna płakać „wielkimi literami”. Mama na to ze złością: bo cię tutaj zostawię.

Znów świadkowałam. Stałam i czułam jak kotłowało się we mnie. Zabiłabym sukę, gdybym tylko mogła. W takich sytuacjach nóż w kieszeni mi się otwiera wszystkimi ostrzami. Bardzo dawne emocje podchodzą mi do gardła.
Bezsilność.
Niemoc.
Osamotnienie.
Niezrozumienie.
Bezradność.
Tak, wiem, takie sceny dotykają mojego subiektywnie doświadczonego dzieciństwa. Odżywają niewyrażone w domu rodzinnym emocje, odbijają się echem po moich trzewiach. Przełykam wściekłość, morderczą złość i ogromną niezgodę na taki porządek świata. Niech to jasna cholera!

_________
A

smutno mi troszkę, że pojechali.
— przesadzasz, przecież jeszcze nas odwiedzą...

*

żałuję, że to powiedziałam.
— znów wyolbrzymiasz...

*

tęsknię...
— na twoim miejscu zajęłabym się czymś pożytecznym...

*

boli mnie...
— co ty wiesz o bólu, ja w zeszłym roku...

*

złości mnie, gdy zaprzeczasz moim uczuciom.
— jak zwykle szukasz dziury w całym...

*

było mi przykro, gdy powiedziałaś...
— jeśli o tym chcesz rozmawiać, to ja wychodzę.

_________
K

Piszę o tym tylko dlatego, że trzecią kartą w tym sekwensie mogłyby być słowa: „gdy czytam tego typu sentencje myślę sobie, że w definicji człowieczeństwa powinien znajdować się »brak umiejętności do bycia szczęśliwym bez granic«”.

Te słowa przypomniały mi, dlaczego zaczęłam prowadzić tego bloga... by móc napisać to, co chcę powiedzieć; by móc opisać to, co wybrzmieć potrzebuje; co nie zniknie nawet wtedy, gdy zmówi się cały świat, że nigdy nie istniało. A jeśli ktoś znów powie: „och, to taki smutny blog”. Cóż, to wyjątkowo niska cena.

środa, 16 stycznia 2013

Mycie zębów. Codzienny rytuał dbania o doczesne dobro. Zatrzymał mnie wczoraj. Natura i skończoność mycia zębów dopadła moją świadomość. Proceder to intymny i, matematycznie rzecz ujmując, dyskretny, bo choć rozciągnięty nieznacznie w czasie, to nie sposób umyć zęby, powiedzmy, trzy i pół razy. Żadne ułamki z dziesięcioma miejscami po przecinku nie wchodzą w rachubę. Dbając o parytet gramatyczny pytanie brzmi: myłeś czy nie myłaś zęby?

Mycie zębów. Intymne, określone liczbą, która jest nie tylko całkowita, ale również... skończona. Ograniczoność tej liczby odkryłam wczoraj nad wieczornym zlewem. Dotarło do mnie, że któregoś dnia moje życie ostatni raz będzie szorowało swoje zęby. Świadomość tego faktu, póki co niedokonanego, spowodowała, że mycie zębów łagodnie przemieściło się z puli nudnych obowiązków związanych z codziennością do kategorii „przywileje”. Nie przepuszczę ani jednej okazji! Zkemi byłaby ze mnie dumna.

*

Odkrycie wczorajsze:

piątek, 12 października 2012

Mam złe sny od dwóch dni. Od wieczoru, gdy dowiedziałam się od Mamy Koko, że jakiś mądry inaczej, empatyczny nie bardzo człowiek rozłożył w parku na Cytadeli trutkę na zwierzęta. Odeszły już Cztery Psy. Czterech Właścicieli próbuje swój świat złożyć od nowa. Człowiek... to nie musi brzmieć dumnie.

I pomyśleć, że osiem dni temu był Światowy Dzień Zwierza. Właśnie wtedy odhaczyłam na ryjowniku, że bardzo polubiłam tę ludzko-psią, komunikacyjną historyjkę:

Światowy Dzień Zwierza niczym Dzień Kobiet... i niesmak,
że niektórych stać tylko na jeden dzień w roku... i smutek,
że nie każdy ludź jest człowiekiem. Tak, pamiętam i nie ustaję,
wciąż marzą mi się Obywatele...

Odnajduję w sobie Bestię... i złość,
i ślepą furię — zabiję cytadelowego skurwysyna,
niech no tylko pojawi się w moich snach!

 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...