Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: psiePrzedszkole

piątek, 05 sierpnia 2011

Tknęło mnie wczoraj. To nie Henia jest debilką, tylko ja... „Skucha” polegała na tym, że na zajęciach psiego przedszkola było: wybierzcie sobie gest, który będzie oznaczał warowanie. Wybrałam, zupełnie inaczej niż ma to w zwyczaju populacja szkolących psy. Wówczas nie miałam pojęcia, że to może być tak ważne. Nie wpadłabym na fakt, że mój pies wcale nie z powodu posiadania ludzkich przywar, cwaności i zdolności do wiecznego przeliczania zysków, ale z frustracji w najczystszej formie, z bezsilności od czasu do czasu kręci głową i... choć bardzo się stara, nie wie o co mi tak naprawdę chodzi.

Przypomniało mi się, że w książce, w której czytałam o szkoleniu border collie na pasterza olśnieniem było, że kłopotem dla psa są... źle postawione stopy, których kierunek kłócił się z treścią wydawanej przez człowieka komendy. Wolno, bo wolno, ale pomyślałam, że może cały psi świat ma rację i... sprawdziłam. Okazało się, że tylko i wyłącznie zmiana gestu na „międzynarodową” wersję odmieniła Kudłatą. Henia już nie musi „kalkulować”... w końcu bezbłędnie wie o co mi chodzi! Skończyły się kłopoty. Taki piękny prezent --- odrobinę zrozumienia --- podarowała mi wczoraj Heniutka w dniu, w którym skończyła dokładnie 15 miesięcy. Odwdzięczyć się mogłam tylko kiepsko opakowaną kosteczką świadomości, że kocham tego psa jak żadnego innego.

W praniu przećwiczyłam czytany miesiąc temu akapit:

Dlaczego, przynajmniej niektórzy z nas kochają psy? Dlaczego pokochałem Brenina? Chciałbym myśleć --- i tu znów muszę uciec do metafory --- że docierają one do najgłębszych pokładów dawno zapomnianej części naszej duszy. Tu właśnie mieszka nasze dawne ja --- część nas, która była tam, zanim staliśmy się małpami człekokształtnymi. Tu właśnie jest wilk, którym kiedyś byliśmy. Ten wilk rozumie, że do szczęścia nie dąży się poprzez kalkulacje. Rozumie, że żadna prawdziwa relacja nie może się opierać na kontrakcie. Na pierwszym miejscu jest lojalność. I jest to coś, co należy szanować, choćby się waliło i paliło. Kalkulacje i umowy zawsze pojawiają się później --- kiedy do wilczej dołącza małpia część naszej duszy.

M. Rowlands, Filozof i wilk,
Czego może nas nauczyć dzikość o miłości, śmierci i szczęściu
,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2011.

wtorek, 09 listopada 2010

Kudłata u Cioci Zkemi nie omieszkała zrobić remanentu powierzchni płaskich. Szybko przywlokła misia, który spał gdzieś na podłodze. Zabraliśmy. Przyniosła pojedyncze klocki. Zabraliśmy. Przyniosła koraliki. Wyrwałam ze strachem, że małpa je połknie. Przyniosła i piłeczkę, której już jej nie odebraliśmy i którą Kudłata od Cioci Zkemi wyżebrała --- tak źle ją wychowaliśmy! Piłeczka jest po prostu boska, bo gdy Heńka ją gryzie, ta, podobnie jak żaba udająca zdechłą, pozoruje, że jest przebita, ot, zwykły flak, powietrze z niej schodzi z pięknym świergotem. Gdy jednak Kudłata wypuszcza piłkę z pyska, ta na jej oczach wraca do życia, co za każdym razem Kudłatą wprawia w stan zdumienia.

Wczoraj i Dwunożne Stada miały możliwość pobawienia się piłeczką, oczywiście, z Heńką w roli głównej. Jak wiadomo, „kiedy padadzieci się nudzą…” więc i Kudłata, w majestacie prawa, nudzi się okrutnie. Wieczorem odkryliśmy zabawę edukacyjną, w którą można „tracić” czas całym Stadem --- co robimy z nieukrywaną radością, nie przejmując się, że za oknami leje. Siadamy z Sadownikiem na podłodze w saloonie, dość daleko od siebie i… turlamy lub rzucamy do siebie wspomnianą, boską piłeczkę. Najwięcej frajdy sprawia nam, gdy Kudłatej nie uda się złapać piłeczki, która przemknęła jej między łapami. Gdy nas przechytrzy, lub gdy damy jej chwilowo „wygrać” wydajemy komendę aport a potem daj. Heńka uwielbia uczyć się w ten sposób, a my mamy frajdę, że tak szybko łapie. Należy dodać, że zabawa wymaga nie tylko całego Stada i piłeczki, ale również garści psich chrupasków, gdy Sierściuch wykona bezbłędnie polecenia.

Nie straszna nam już jesienna szaruga, gdy w arsenale zabaw przyjemnych pojawiła się domowa zabawa z piłeczką. Nie byłoby jednak z tego żadnej frajdy, Kudłata ma przecież kilka piłek, gdyby nie wspaniałe własności owej piłeczki, ale to już zawdzięczamy Cioci ZKemi. Dziękujemy całym Stadem, dziękujemy ogromnie!

czwartek, 02 września 2010

Jabłoń:
Dzwonię dopiero teraz, bo nie słyszałam, że dzwonisz.
Zamknęłam telefon w lodówce.

Sadownik:
Gdzie???

Jabłoń:
Po spacerze wkładałam do lodówki saszetkę ze smakołykami
i zapomniałam wyjąć z saszetkowej kieszonki telefon.

Sadownik:
(śmiech nie do podrobienia, nie do opisania,
ale prawdziwie mocny jak mało co, w końcu pozwala mówić
)
Oddzwonię.

Sadownik:
(oddzwania)
Chciałem zapytać co u was, ale widzę ze mrozisz relacje.

sobota, 28 sierpnia 2010

Sadownik wyjechany. Mała dziewczynka we mnie marudzi: ale dziś jest sobota i wyjściówka się należy! Pogoda marna, więc ogródki przykawiarniane odpadają. Postanowione: zostajemy w domu. Mała dziewczynka we mnie popatrzyła wzrokiem mordercy powtarzając: ale dziś jest sobota i wyjściówka się należy!

Fakt, dzisiaj jest sobota. Jabłoń uzależniona od jednej kawy w tygodniu poza domem, ale żeby ta mała Jabłoneczka wspierała ten, choćby nie wiem jak niewinny, nałóg? Dzieci jak wiadomo okrutne są, nie przyjmują do wiadomości ograniczeń natury technicznej, zbyt duża abstrakcja, lubią proste zasady np. że w sobotę Jabłoń idzie na samotną kawę. Mała dziewczynka tupnęła, usteczka w podkówkę złożyła i dalej zawodzić: ale dziś jest sobota i wyjściówka się należy! Czyż dzieci i psy nie są stworzone do tego, by nauczać dorosłych przechodzić samych siebie, by odważyli się zrobić to, czego wcześniej nie robili, o czym nawet nie śnili? Jabłoń nie miała wyjścia. Trzy kobietki: Kudłata, Jabłoń i Jabłoneczka w pęczek smyczką powiązane poszły w świat na kawę.

Było ćwiczenie na wsiadanie i wysiadanie z autobusów niskopodłogowych. Była kawusia i czytanko dla Jabłoni, gapienie się przez okno dla Jabłonki, woda dla Kudłatej i jak zwykle niespodzianka. Kudłata, gdy Jabłoń zamawiała kawę w Kafce (psy mają wejściówkę przez cały rok), zrobiła pysio szczeniaczka i... dostała smakołyk, który zajął Heni prawie kwadrans. Pani z obsługi chwycona młodą sierścią za serce, przychodziła, gdy tylko miała chwilkę wolnego między jednym a drugim stolikiem do posprzątania, pogłaskać, porozmawiać i... uległa --- nie wytrzymała i drugi smakołyk Fideli przyniosła.

Najpiękniejsze było jednak to, że tłum na Przedmieściach Krakowskich, nic o tym nie wiedząc, został wykorzystany jako pomoc dydaktyczna. Zabawa, a raczej ćwiczenie polegało na tym, aby zająć uwagę Kudłatej tak, aby szła przy nodze bez rzucania się ze szczerą psią miłością i swoistym „dzień dobry” na dzieci, rowery, dorosłych. Gdy całą babską trójką szły do Kafki było tak sobie, zbyt podniecające dla Heni widzieć tylu ludzi, ale za to, gdy wracały jedyne, przy czym nie udało się Kudłatej przejść obojętnie to motor. Nie wiadomo po kim Heniuta ma miłość do kółek (rowery, hulajnogi, deskorolki, rolki, samochody), ale pewnym jest, że miłość do motorów ma po Mamie Jabłoni.

Jabłoń ani się spostrzegła i przeszła samą siebie (pewnie to Kudłata przepchnęła ją przez próg), piskliwym głosikiem, przy stadzie ludzi, nie ustawała w chwaleniu Kudłatej: doobry pieseeek, śśśśliiicznie, siuuuuuper, śśśliiiicznie, doooobry pieeeesek, miniemy tego pana, dooobry piesek, udało się, teraz miniemy dziewczyneczkę, uda się, tak jest, śśśśślicznie miśśśsieeeeeńko, dooobry pieseeeek. Pomyśleć, że na pierwszych zajęciach z psiego przedszkola Jabłoń miała z tym problem. Czego jeszcze nauczy się przy Sierściuchu?

czwartek, 26 sierpnia 2010

Wczoraj, późne popołudnie. Kudłata umęczona środkami komunikacji miejskiej, śpi i nawet nie ma już siły na sny, podczas których łapy biegają. Zbliża się godzina P, czyli wyjazdu na zajęcia psiego przedszkola.

 

Jabłoń:
(w powietrze, ale do Kudłatej, patrząc na Sadownika)
No jak chce się być baletnicą to trzeba iść ćwiczyć.

Sadownik:
(z przekąsem)
To chyba Mama chce mieć baletnicę.

Jabłoń:
Upsss...

 

Tu mogłabym uzasadnić dlaczego chcę, aby Kudłata była wyszkolonym psem: bo, ponieważ i jeszcze dlatego że. Argumenty są tak logiczne, że aż nudne, więc nie będę ich przytaczać. W tym dialogu zabiło mnie jednak echo relacji rodzic-dziecko w wersji człowiek-człowiek, gdzie naturalnym wydaje się pragnienie rodzica, by dziecku było jak najlepiej. Kudłata, cóż, będzie psią „baletnicą”, jeśli tylko starczy nam sił w pracowaniu nad sobą w relacji pies-człowiek, ale przez chwilę zamyśliłam się nad rodzicami, którzy choć chcieli jak najlepiej, zapomnieli zapytać swoje dziecko, czego ono chce. Potem przez dłuuuuuuuuższą chwiiiiiiiilę dumałam o dzieciach, poznanych przeze mnie w wersji dorosłej, które nie doskoczyły, by spełnić oczekiwania swoich rodziców. Walczą z cieniami...

wtorek, 24 sierpnia 2010

Przed chwilą pani w radio powiedziała: ładna pogoda tylko na zachodzie Polski, w pozostałych częściach kraju przelotne deszcze i burze. Nijak zgodzić się z tym nie mogę a Kudłata gotowa protestować we śnie, bo dziś pogoda jest magiczna i Kudłata jest nią zachwycona.

Powiedziało się A i część Ą, czas wyartykułować ogonek od Ą. Wczorajsze psie przedszkole skończyło się obłędną dla moich oczu socjalizacją psów. Pięć labradorów, z czego tylko dwa to szczeniaki. E tam, labradory, najpiękniejszych było pięć psich ogonów poruszających się w sposób, który natychmiast zdradza rasę. Zostaliśmy nauczeni jak używając psiego języka doprowadzić psa do pionu (czyli uspokoić), gdy zaczyna nadmiernie szaleć. Bardzo sprytna i skuteczna metoda.

Zachwyt widokiem pięciu psich dusz, które ustalają między sobą reguły gry, wracanie do domu z Kudłatą, która ze zmęczenia padła na podłodze samochodu --- wszystko to spowodowało, że nie oglądając się na pustą lodówkę Sadownik został zwolniony z dowozu żywności ze sklepów, do których psom wstęp jest wzbroniony.

Dziś rano stanęłam nie tylko przed potrzebą wyartykułowania Ą, ale również przed „ęęęęęęę co dziś będzie na obiad?”. Decyzja zapadła, ogonek od Ą dorysował się zgrabnie sam: idziemy na bazarek, będzie okazja by poćwiczyć Kudłate chodzenie przy nodze.

Znów spotkało mnie zadziwienie, Henia jak nowa, chodzi tak pięknie, że nie przypomina naszego wczorajszego psa. Na bazarku, stojąc w drzwiach sklepiku mięsnego, zakupiłyśmy co trzeba i ku memu zdziwieniu Młoda na swoją część wołowiny dostała... rabat, bo pani stwierdziła, że to piękny i grzeczny pies. Kupiłyśmy jeszcze troszkę warzyw, psie chrupasie i... zapowiedź września, czyli dwa bukiety czerwonych astrów. Psica była cały czas tak grzeczna, że miałam wrażenie powtórki ze spokojnych sierpniowo-wrześniowych dni zeszłego roku, gdy pies nawet nam się nie śnił, ot, zwykłe, nieśpieszne wracanie do domu po łowach.

W środku zakupów złapała nas ulewa. Wracałyśmy do domu mokre, z kroplami padającego wciąż deszczu na twarzach. Można by powiedzieć, że prognoza sprawdziła się w całej rozciągłości, bo mieszkamy w jednej z pozostałych części kraju, tyle że Kudłatą i mnie ta pogoda zachwyciła. Jest chłodniej, ale wciąż ciepło. Jest ładnie a nawet pięknie, bo pojawiły się fantastyczne, głębokie kałuże, które Henia metodycznie centymetr po centymetrze zwiedza, by na koniec jako kolekcjonerka mokrych światów usiąść w najgłębszym miejscu każdej z nich.

W szkoleniu psa dzięki dzisiejszemu dniu, jesteśmy z Kudłatą przy literze Ć jak ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Henia twierdzi, że to łatwa litera --- C z zacinającą kroplą deszczu u góry.

Pani z radia pomyliła się, u nas jest bardzo ładna pogoda. Z drugiej strony, nie pomyliła się wcale, bo u nas nie ma dziś ładnej pogody, jest fantastyczna pogoda!

W naszym przytulisku na drzwiach wisi magnesik z tekstem „droga do sukcesu jest zawsze w budowie”. Dodajmy do tego zasadę Pareto --- 80% projektu wykonasz wykorzystując 20% potrzebnych zasobów a pozostałe 20% projektu wygeneruje z siebie 80% problemów --- i jest o czym dumać. Dziś w nocy myślałam o jednym i drugim. Doszłam do następującego wniosku: jeśli wszystko idzie jak po maśle to albo jesteś szczęśliwcem, który wciąż jest w fazie realizowania 80% projektu, albo to nie jest Twoja Droga i w błogostanie zmierzasz do urwiska.

Trudności szlifują diament pomysłu i mają moc zmieniania nas. Chyba Kudłata postanowiła z nas zrobić brylanty. Jak głosi książka Heniutka weszła wszystkimi czterema łapkami w wiek młodzieńczy, dokładnie dziś kończy 16 tydzień życia. Czyżby chciała mnie zaskoczyć --- taki mały przedsmak tego, co przed nami? Do tej pory znałam tylko z opowieści Sadownika, że ciągnie na smyczy bez wytchnienia. Tak dobrze dawało mi się rady Sadownikowi. Och, zbyt dobrze! Przyszedł więc czas i na mnie. Wczoraj delikatna, uśmiechnięta, zawsze grzeczna Kudłata nie mogła spokojnie przejść na smyczy trzech metrów. Zdarzały się nam (Jabłoń-smycz-Kudłata) takie rzeczy, ale nigdy naście razy pod rząd. Zdziwiłam się.

Byliśmy wczoraj na zajęciach psiego przedszkola i... Kudłata zapomniała kombinacji komend waruj/zostań i nie miała ochoty sobie ich przypominać. Postanowiła być jednostką niezależną. Zdziwiłam się jeszcze bardziej. Szybko wytłumaczyłam sobie, że to wieś zrobiła z niej taką obrzydliwie samodzielną pannicę, cofając nas w drodze do sukcesu o kilka kroków. Pomyślałam, że do strat materialnych pobytu na wsi --- trzy skrzynki turków i doniczka z begoniami, Mama Jabłoni to święta kobieta --- należy dodać straty niematerialne, których rozmiarów być może nie znamy jeszcze w pełni. Odetchnęłam, dobrze jest znaleźć winnego, nawet jeśli pachnie trawą, sadem, brakiem asfaltu i nie ma ludzkiej twarzy.

Dziś rano uznałam jednak, że w nauce wszystkiego co wartościowe zawsze dopadają człowieka momenty zwątpienia czy zniechęcenia. Takie chwile, gdy chce się po prostu rzucić wszystko w cholerę. Dlaczego Kudłata miałaby być w tej materii 200% aniołem bez skazy? Ludzki czynnik w Kudłatej, kto by pomyślał. Jestem w stanie zadziwienia.

Nie pozostało nam więc nic innego jak wytrwać, bo ewidentnie jesteśmy na Właściwej Drodze :).

Wczoraj. Jabłoni zachciało się kluch z sosem pomidorowym. Sos zrobiony, kluchy zakręcone w garnku czekają na Sadownika, który zawsze wrzuca je do wody, bo Jabłoń nie wierzy, że mogłaby się tego nauczyć. Sadownik wraca z pracy, tworzy zgrabne kluchy zdecydowanym ruchem dłoni uzbrojonej w łyżkę. Jabłoń, jak zwykle, nie może uwierzyć, że z tego ciasta naprawdę będą dobre kluchy. W końcu siadają do stołu.

Jabłoń:
Tak mi się chciało tych kluch.

Sadownik:
Czy to jest sprawiedliwe? Wróciłem z pracy, zrobiłem kluchy,
usiadłem przy stole i... żadnego smakołyka.

wtorek, 17 sierpnia 2010

Gdy pierwszy raz usłyszałam termin „psie przedszkole” pomyślałam, że to tęsknota ludzi bezdzietnych za odrobiną posmaku obowiązków dzietnej rodziny. Zwyczajnie się skrzywiłam, bo dla mnie albo chce się mieć dzieci i je się ma (tak czy inaczej) albo nie chce się mieć dzieci i dyskusja na ten temat jest skończona --- żadnych półśrodków i wyrobów dzieciopodobnych. Traktowanie psa jako członka rodziny TAK, traktowanie psa jak dziecko z wszystkimi należącymi się dziecku przywilejami NIE. Nie ma zgody na spanie z dużym psem w łóżku, nie ma zgody na psa, który robi co chce.

Psie przedszkole jest mało szczęśliwym terminem, który nie oddaje powagi pracy, która w trakcie zajęć ma miejsce, bo psie przedszkole to w rzeczywistości wielka szkoła dla właścicieli czworonogów. Uczelnia, gdzie ludzie studiują jednocześnie na kierunkach: Cierpliwość oraz Świadomość Własnego Ciała. Kolokwia co zajęcia, właściciele czasem je oblewają, psy --- nigdy.

Najgorsze w psim przedszkolu jest to, że sposób kształcenia właściciela przypomina kształcenie ucznia szkoły muzycznej. Poza zorganizowanymi zajęciami, każdego dnia, kilka razy dziennie, do psychicznego bólu dwunożnego końca smyczy: siad, waruj, zostań, idziemy, stój, waruj, zostań, do mnie, siad, waruj... Można oczywiście nie ćwiczyć, ale na zajęciach wyjdzie jak szydło z worka, że się palcem u ręki nie ruszyło.
Dobre jest to, że człowiek sobie uświadamia, że to nie „ludź” ma problemy z psem, tylko pies ma problemy z dwunożnym, ponieważ ten ostatni swoim ciałem generuje tyle przyruchów, że sierściuch może jedynie usiąść i cierpliwie poczekać, aż pan(i) przestanie wydawać sprzeczne komendy i w końcu zdecyduje się, czego tak naprawdę chce.
Najlepsze, że zawsze przychodzi taki moment, gdy pies zrobi dokładnie to, o co został poproszony, gdy przestaje się to tylko przytrafiać i staje się faktem w większości wypadków po wydaniu określonej komendy. Wówczas to właściciel jest niewyobrażalnie szczęśliwy i ogromnie dumny ze swojego czworonożnego podopiecznego. Może być, że prawda jest jednak zupełnie inna --- to pies jest dumny, że w końcu właściciel zaskoczył...

Wczoraj byliśmy na trzecich przedszkolnych zajęciach Kudłatej --- My uczymy się anielskiej, psiej cierpliwości jaką Ona ma do nas zawsze. Ciekawe, czy jest z nas choć w połowie tak dumna jak my jesteśmy dumni z niej?

| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...