Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: hospicyjne

poniedziałek, 16 września 2013

Przejście dla pieszych. Jadący samochód. Pańcia kierująca wózkiem dziecięcym na jednym z brzegów ulicy. Niczym kierowca traktora, co tutaj zawsze o 13.50, z pogardą patrzy na zbliżający się samochód i pewnym ruchem wpycha wózek na pasy... tylko wózek... stopy pańci wciąż na chodniku.

Widziałam takich sytuacji zbyt wiele w swym życiu. Sprawdziłam, w moim przypadku nie ma znaczenia, czy jestem owym kierowcą, kierowcą postronnego auta czy pieszym świadkiem — reakcja jest zawsze ta sama. Gdybym tylko mogła, zatłukłabym sukę, bo matką trudno mi ten bezmózgi twór nazwać! Nie dam sobie zamydlić oczu wrzaskiem oburzenia tych, co wykorzystują dzieci do swoich egoistycznych celów:

że dzieci... dla dzieci... bo dzieci...

Tia. Po skończonej na urlopie książce, dotarło do mnie, że różne pomysły, dotyczące dobra najwyższego dzieci, wprowadzane w czyn w rodzinach, w sądach, w rządach nie mają zbyt wiele wspólnego z rzeczywistym dobrem dzieci, z rzeczywistym dobrem Ludzi. Nie mam w sobie zgody na to, że dzieci są naszą przyszłością to zgrabny polityczny frazes a droga hamowania to abstrakcyjny termin naukowy mający luźny związek z prozą życia.

Można powiedzieć, że wojna narkotykowa nas nie dotyczy. Bo przecież mamy szczęście żyć w Europie, a skoro czytasz ten wpis, mam przeczucie graniczące z pewnością, że nie mieszkasz pod mostem, nie przymierasz głodem, masz buty, kołdrę i jakieś plany na jutro, coś chcesz zrobić, zmienić, o czymś marzysz. Krótko mówiąc: jesteś bogaty lub bogata.

My? Nie, nie jesteśmy dziećmi wojny narkotykowej. Tyle, że to nieprawda! Byliśmy, jesteśmy lub będziemy dziećmi wojny narkotykowej, gdy tylko na horyzoncie ludzi nam bliskich, przyjaciół, znajomych pojawią się osoby terminalnie chore. A to tylko jeden z wielu aspektów poruszonych w książce, niestety. To pozycja drastyczna, donosi o zbyt wielu ostrzach idei, która zabija nie tylko dzieci, krzywdzi ludzi, rodziny, całe społeczności w sposób, który nawet trudno zrozumieć... Tak jak nie sposób zrozumieć pańcię...

Politycy bez wahania podpisują międzynarodowe konwencje o prawach człowieka i dostępie do leków, ale niewiele robią, by spełnić ich założenia. Na świecie przywiązuje się znacznie większą wagę do redukcji podaży i walki z rekreacyjnym zażywaniem narkotyków niż do zapewniania ludziom podstawowych leków.

*

Wojna narkotykowa jest zorientowana na usunięcie ze świata „groźby”, jaką stanowią narkotyki i przywrócenie (całkowicie nierealnej) wolnej od narkotyków rzeczywistości. Dominuje cechujące się wtórną logiką podejście, którego zwolennicy utożsamiają konsekwencje prohibicji (mordowanie dzieci przez gangi, niszczenie środowiska, korupcję, konflikt czy zgony spowodowane zażywaniem zanieczyszczonych substancji) z konsekwencjami kontaktów z narkotykami. Te polityczne problemy napędzają mechanizm myślenia o narkotykach jak o niebezpieczeństwie dla świata, wspierając politykę prohibicji i usprawiedliwiając jej kontynuację, a nawet intensyfikację.

*

Przekonania dotyczące narkotyków mają swoje źródło w taktycznych działaniach, których zamierzeniem jest zniechęcenie ludzi do rekreacyjnego zażywania i powstrzymanie fali uzależnień. Tych celów nie osiągnięto, ale obawy związane z narkotykami silnie zakorzeniły się w społeczeństwie. W połączeniu z restrykcyjnym prawem narkotykowym tworzą one barierę utrudniającą dostęp do leków stosowanych w opiece paliatywnej.

red. Damon Barrett, Dzieci wojny narkotykowej.
O wpływie polityki antynarkotykowej na młodych
,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.

*

E tam... to tylko książka... nie widziałem nigdy w życiu narkotyków na oczy... nigdy nie brałem... nie będę brać... zresztą, w tej książce to na pewno nieaktualne dane... manipulacja... temat zastępczy... co mnie to obchodzi?

I przypomniało mi się,
że choćbyśmy nie wiem jak mocno zaciskali oczy, rzeczywistość nie zniknie:

(źródło)

środa, 04 września 2013

Spotkajmy się. Oczywiście!
Zakochajmy się w sobie. O tak!
Żyjmy długo i szczęśliwie. Koniecznie!
A co będzie potem?

Konsekwencje „oczywiście-tak-koniecznie” konsekwentnie w żart obracamy. W przypływie odwagi decydujemy, że najpierw ja a potem ty — a może odwrotnie. Bezpiecznie chcemy się poczuć nie tracąc kontroli nad tym, nad czym kontroli żadnej nie mamy. Oswoić nieogarnialne umysłem choć na chwilę. Tak, żadnej trumny, proszę mnie spalić... żadnego pomnika... drzewo proszę zamiast tego posadzić... brzozę...

To dzieje się obok nas. Realne dla innych. Nierealne dla nas. Cenę za „oswojenie” siebie nawzajem przyjdzie któremuś z nas zapłacić. Podglądamy nie mogąc pojąć. Zrozumiemy, choć wolelibyśmy tego uniknąć niczym niewinne dzieci. Zrozumiemy kiedyś tam, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Jeśli nie będę widzieć, jeśli nie będę słuchać, czy przestanie istnieć? Akurat!

Jeśli będę widzieć, jeśli będę słuchać, to jeszcze nie istnieje! I niech tak pozostanie póki co, byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

*

Znalazła mnie. Wepchnęła się w rękę. Sadownik nabył. Przeczytałam. Prawdziwa. Odważna. Książeczka.
O miłości, której permanentną częścią jest strata.
O stracie. Z ukrytą w niej głęboko miłością, którą dopiero okres żałoby jest w stanie wydobyć na światło dzienne.
O wierze w coś większego od nas samych.
O miłości... O stracie... O miłości... To książka ważna. I jak mantrę powtarzam, myśląc o wielu bliskich mi Ludziach: byle nie dziś. I nie za miesiąc. I nie za rok. I nie za dekadę...

Człowiek nigdy nie wie, jak mocno naprawdę wierzy, póki prawda tego lub fałsz nie staje się dla niego sprawą zasadniczą. Łatwo powiedzieć, że wierzysz w moc sznura, dopóki używasz go jedynie do obwiązywania skrzyni. Ale przypuśćmy, że masz zawisnąć na tym sznurze nad przepaścią. Czy nie sprawdziłbyś wtedy, czy naprawdę jesteś go pewny?

*

Jest jedno miejsce, gdzie nieobecność H. odczuwam najbardziej dotkliwie, i tego miejsca nie mogę uniknąć. Mam na myśli własne ciało. Miało ono tak inne znaczenie, gdy było ciałem człowieka, który kochał i był kochany. Teraz jest jak pusty dom.

*

Nikt nigdy nie spotyka na swej drodze Raka, Wojny, Nieszczęścia (czy Szczęścia). Przychodzi tylko jakaś godzina lub chwila. Różnorakie radości i smutki. Wiele rzeczy przykrych w najlepszych momentach naszego życia i wiele dobrych w najgorszych. Nigdy nie następuje zderzenie z tym, co określamy jako „rzecz samą w sobie”. To złe określenie. Ta rzecz to po prostu owe chwile radości i smutku — reszta to tylko nazwa i pojęcie.

*

Pięć zmysłów. Intelekt nieuleczalnie abstrakcyjny. Czysto przypadkowo selekcjonująca pamięć. Tyle przewidywań i przypuszczeń, że nigdy nie potrafię rozpatrzyć więcej niż połowy z nich, nigdy nie mogę nawet uświadomić sobie ich wszystkich. Ile pełnej rzeczywistości może wchłonąć taki instrument?

*

Tak prędko przyjść do siebie? Słowa nie zawsze są jednoznaczne. Powiedzieć, że pacjent po operacji wyrostka przychodzi do siebie, to co innego niż powiedzieć, że przychodzi do siebie po obcięciu nogi. Po takiej operacji albo okaleczony kikut się goi, albo człowiek umiera. Jeśli się goi, ostry, ciągły ból minie. Niebawem pacjent odzyska siły i będzie mógł kuśtykać na drewnianej nodze. „Przyszedł do siebie”. Ale prawdopodobnie będzie odczuwał od czasu do czasu przez całe życie bóle w kikucie, może nawet silne. I pozostanie na zawsze człowiekiem i jednej nodze. Rzadkie są momenty, kiedy o tym zapomni. Kąpanie się, ubieranie, siadanie i wstawanie, a nawet leżenie w łóżku, wszystko to będzie zupełnie odmienne. Zmieni się cały jego sposób życia. Wszelkie rzeczy przyjemne i czynności, które uważał niegdyś za naturalne, zostaną po prostu wykluczone. Tak samo obowiązki. W obecnej chwili uczę się poruszać na kulach. Może niedługo dostanę drewnianą nogę. Ale nigdy już nie będę stworzeniem dwunożnym.

*

Mógłbym powiedzieć: „Uporał się z tym. Zapomniał o żonie”, kiedy prawda byłaby taka: „Pamięta ją lepiej dlatego, że się częściowo z tym uporał”.

*

Myśl nie jest nigdy nieruchoma; ból — często.

*

Uczucie, że w jakiejś rozbrajającej, niweczącej wszystko inne prostocie jest jedyna prawdziwa odpowiedź.

C.S. Lewis, Smutek, Wydawnictwo Esprit, Kraków 2009.

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Tydzień papierologii, terminów nieprzekraczalnych, kwitów co sensem życia mogłyby się stać, zaowocował tym, że mój Wewnętrzny Profesjonalista nie wytrzymał tempa, presji, niedoczasu i łaskaw był paść na pysk rażąc mnie temperaturą 39.2⁰C. Przeleżeliśmy sobotę, przeleżeliśmy niedzielę. Rodząca się we mnie kobieta Czterdziestoletnia siedziała na skraju łóżka i powtarzała do znudzenia: papiery papierami a życie życiem i dbać o siebie trzeba, zwłaszcza w twoim wieku, kotku. Mądra ta kobieta, ale gdzie była, gdy papier poganiał mnie papierem. A teraz, w poniedziałek, świat jej przytakuje samym faktem, że nie runął od mojego leżenia w łóżku.

*

Gdy nie wiem jak rozwiązać problem, kładę się spać. Wstaję z gotowym rozwiązaniem, sugestią, czasem tylko z wątłą, niewiadomego pochodzenia pewnością, że już wiem jak coś zrobić. Przez ten papierowy pęd nie odnotowałam zachwytu rozwiązaniem, które przyszło do mnie dokładnie tydzień temu, na granicy snu i jawy będąc dokładnie tym, co chciałam znaleźć, choć nie wiedziałam jak wygląda.  Szukałam bowiem metafory, obrazu, czegoś, co w prosty sposób zilustruje to, w co głęboko wierzę, że każdy problem to możliwość w przebraniu, szansa do rozwoju, zmiany, okazja do pójścia o jeden krok dalej w Nieznane Inne, Nieznane Lepsze. Chciałam znaleźć niewerbalną formę przedstawienia jednej z cegiełek fundamentów POP-owskiej  filozofii:

Każdy problem ma w sobie zalążek rozwiązania.

Znaleźć. By przestać o tym opowiadać. By wyrazić pełniej. By pokazać nie używając słów. Odnalazło mnie takie senne rozwiązanie:

Myślę, że nie mogło być bardziej trafione.

*

Awokado (dla mnie) od tygodnia to już nie tylko składnik przepysznej kanapeczki (świeża bagietka posmarowana masełkiem, awokado, cebulka, odrobina soli), ale również Symbol, który bardzo mnie rajcuje. Jak tak dalej pójdzie to poznacie mnie po koszulce… z awokado.

Mówią gruszki na wierzbie? Czas powiedzieć awokado na Jabłoni!

wtorek, 12 czerwca 2012

Wersja A (zasłyszana, rodzinna, stara)
Rodzice z trzylatkiem do dziadków na niedzielny obiad się wybrali. Dziecko czyściutkie, grzeczniutkie — sam miód, cud i dobre wychowanie. Pierwsze danie, drugie danie. Deser. Mały „siam” łyżeczką kawałkiem tortu na swoim talerzyku zarządza. Po chwili kęs jeszcze nietknięty zleciał z talerzyka wprost na bielutki obrus. Chłopiec widząc co się stało, pod nosem, ale wyraźnie, skwitował:
    — O kulwa!

Rodzice w pąsach dawaj się tłumaczyć, że oni nie wiedzą, skąd Pierworodny takie słowo zna. Dziadkowie wiedzieli swoje. I dobrze wiedzieli.

*

Wersja B (jeszcze ciepła)
Hospicyjne spotkanie. Organizacyjno-robocze. Ot, takie, co zwykle pierwszą część ma w kościele, by pożegnać tych, co w zeszłym miesiącu odeszli. A potem przy herbatce, druga część w przykościelnej salce, której użycza nam zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz.

Organizacyjno-robocze. Jesteśmy z Heniutką punkt trzeci. Koleżanka w samym środku punktu pierwszego, gdy z ciszy wyrywa się Dusza obronnego Kundla, wojujące Alter Ego Heniutki. Jak nie wyskoczy, pozycję obronną przyjmie, szczeknie niskim, groźnym głosem. Kto mi uwierzy, że to pies terapeutyczny, gdy Henia dojrzawszy figurę, w szatana zamieniona wyzywa Matkę Boską od ostatnich.

Pąsów nie było. Nie będę się nikomu tłumaczyć, dlaczego Heniutka do kościoła nie chodzi. Zaprzyjaźniony z Hospicjum Ksiądz uśmiechnął się, bo dobrze wiedział, że jakie imię, taki pies, choć poznał się z Hexe pół godziny wcześniej.

Nie jestem specjalistką, ale taka była ta Matka Boska Obszczekana:

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Od dziś, przed siedem dni, razem z Henią bierzemy udział w szkoleniu. Miło jest dowiedzieć się, że nie zmarnowało się dobrego szczeniaka. Z podsumowania testu praktycznego i opinii zoopsychologa:

Widać silną więź pomiędzy psem i właścicielką. Do ludzi nastawiona jest bardzo pozytywnie, zainteresowana i poszukuje kontaktu.
Hexe ma zadatki na dobrego psa terapeutycznego. Charakteryzuje się wszystkimi cechami pożądanymi u psów terapeutycznych.

Czeka nas jeszcze dużo pracy, ale Hospicjum na pewno ucieszy wiadomość o czworonożnej wolontariuszce, gdy przyjdzie Jej czas, by nieść to, co tylko psy umieją dać ludziom, w tak bezpośredni, magiczny sposób. Bóg wiedział co robi, gdy tworzył psy. Bóg wiedział co robi, gdy na mej drodze postawił Panią Halinę, co za wszystkimi psami swego życia tęskniła pod koniec swoich dni. A może Bóg wcale nie wie co robi?

***

Jabłoń:
(uradowana wszystkim tym, czego się dzisiaj dowiedziała)
Czy wiesz, że jak pies węszy coś bardzo intensywnie to nic nie słyszy.

Sadownik:
Czyli co, Heńka zachowuje się jak mężczyzna, choć suka?

Jabłoń:
Ano.

***

Horyzont poszerzony: dowiedziałam się, żę dobrze jest dać od czasu do czasu psu ugotowane jajko... w skorupce. Jest i zabawa, i jedzenie. Jak tylko wróciłam do domu, sprawdziłam. Turlane jajko po parkiecie ma fantastyczny dźwięk. Zabawę Kudłata miała przednią. Po jakimś czasie żadnych szczątków jajka nie zlokalizowałam, tylko jeszcze bardziej szczęśliwego psa. I o to chodzi, właśnie o to chodzi!

_______________________
   ‡    Co nareszcie tłumaczy, dlaczego czasem Heniuta nie reaguje.
   †    Mężczyzna jako urządzenie jednowątkowe zwykle pozbawione kobiecej zdolności do jednoczesnego bujania wózka, gotowania obiadu, rozmowy przez telefon, malowania pazurów i planowania jutrzejszego dnia.

środa, 16 marca 2011

Zaufałem Życiu. Banał? Jednak brzmienie tych słów zmienia się, nabiera głębi i szczególnego znaczenia, gdy wypowiada je osoba, której dane było przeżyć własnego raka.  W poniedziałek dane mi było usłyszeć te słowa. Usłyszeć prawdziwie. Zatrzymały mnie w zadumie.

Zapisałam na kartce: zaufałem Życiu. (…) Chciałem cieszyć się Życiem. Zapisałam, bo bardzo nie chciałam zgubić sensu tych słów. Drugi dzień chodzę i myślę, że „zielone Życie” to nie to samo co „niebieskie Życie”... to wielka Siła... by jej się poddać, trzeba znaleźć siłę w sobie...

środa, 02 marca 2011

Dlaczego nie jestem pijaczką? Zapytano mnie. Zgłupiałam. Dlaczego ktoś miałby chcieć być pijaczką?  Ludzie marzą o różnych rzeczach, sławie, pieniądzach, szczęściu... Czy można marzyć o byciu pijakiem? Można, bez względu jak bezsensowne wydaje się to na pierwszy rzut oka. Wystarczy zmienić perspektywę i być… osobą terminalnie chorą.

Jak zwykle, moi Pacjenci to najwięksi Nauczyciele, jakich spotykam na swej drodze. Znów przytrafiła mi się szybka lekcja Piękna, jakim jest Życie samo w sobie. Jeszcze w zeszłym tygodniu narzekałabym, że muszę iść i tu i tam, zrobić to i owo a tak bardzo mi się nie chce. Śrubki w głowie potrząśnięte. Może i muszę, choć właściwszym byłoby napisać, że chcę. Najważniejsze jednak, że mogę to zrobić. Gdy uświadamiam sobie jakim cudem jest „móc” to Świat natychmiast wygląda na zaczarowany...

A Heńka na to, jak zwykle z niewyczerpywalnym, psim entuzjazmem: mój Świat jest zawsze czarująco zaczarowany! Czy muszę pisać, że jest cudnie dzielić Świat z taką Istotą, co zaraża uśmiechem od ucha do ucha, od rana do wieczora?

czwartek, 17 lutego 2011

Dwunożne Stada pochodzą z różnych domów. Jednak jedna rzecz w tych domach była identyczna. Wiara w słuszność tezy, że dzieci nie należy chwalić, ponieważ od chwalenia dzieci się psują. Wiarę poparto empirią i jako produkt owego przekonania ruszyliśmy w świat, jak sporo naszych rówieśników, z poczuciem własnej wartości na poziomie –5 w skali od 0 do 10. Gdy byliśmy mali, być może termin „poczucie własnej wartości” (PWW) w ogóle nie istniał a i teraz wydaje się nowomodnym zbytkiem psychologicznym, który niechybnie przybył do naszego kraju wraz z wieloma beznadziejnymi amerykanizmami.

Myślę o chwaleniu, gdzieś z tyłu głowy, od początku tygodnia, gdy moja Pacjentka powiedziała: „jesteś moim poniedziałkiem”. Zmusiła mnie tym samym do zastanowienia się, co ja takiego robię i jak to robię, że między nami jest tak jak jest. I... doszłam do wniosku, że warto pamiętać, że chwalić można głupio i mądrze... również dorosłych.

Głupio chwalić, czyli chwalić  za coś, na co nie mamy specjalnego wpływu: „słonko, jaki piękny masz zarost”, „skarbie, jakiś ty inteligentny”, „och, jakie masz piękne oczy”.

Mądrze chwalić, czyli chwalić za akt, działanie, wykonanie od A do Z, za coś na co osoba chwalona miała wpływ: „słonko, jak pięknie przyciąłeś sobie brodę”, „skarbie, jak świetnie rozplanowałeś rozłożenie tych rzeczy”, „och, jak pięknie pomalowałaś dziś oczy”. W tym przypadku Obiekt Chwalony wie, że dobrze przycina i planuje. Więcej, może nawet pokusić się o pracę nad jeszcze lepszym przycięciem czy rozplanowaniem.

Myślę o chwaleniu nie tylko w kontekście reperowania osobistych kont PWW każdego ze spotykanych w życiu ludzi, ale również w kontekście dostrzegania, że naprawdę dużo potrafimy. Wiara w to, że tak właśnie jest (potrafimy!), sprawia, że możemy teleportować się z lokalu, który mieści na ulicy Niemogętnych Niedowiarków 7 do lokalu na ulicy Dam Radę Pięknie 13. To naprawdę daje moc! Jest tylko jeden minus takiego wywrotowego podejścia... możemy zrobić się przez takie podejście mniej pechowi, mniej marudni, mniej polscy po prostu.

Moja Kuchnia podjęła to ryzyko i nie informując mnie o tym, przeniosła się do dzielnicy CoDziśPysznegoRobimy. Myślę o chwaleniu między jednym krojonym warzywkiem a drugim. Pochwalić, docenić... na samą myśl robi mi się cieplej, pewniej, „możliwiej”... Dziś, czy i jak pochwaliliście kogoś mądrze?

wtorek, 25 stycznia 2011

Wczoraj było smutno, nawet bardzo smutno. Nie wiedzieć skąd pojawił się Kłapouchy. Usiadł w pustej już sali na wolnym miejscu i wlepił we mnie swoje smutne oczy.
   --- Porobiło się, co? --- Powiedział.
   --- Porobiło się.
   --- I co?
   --- A co ma być Kłapouszku?
   --- Myślałem, że wiesz.

Zapadła znacząca cisza. Nie wiedziałam, dlaczego miałabym wiedzieć.

Gdy po chwili podniosłam się, by wyrzucić kubek po kawie z automatu, osiołek krzyknął:
   --- Ty  nie masz „chwaścika”!
   --- Nie mam. Nigdy nie miałam. --- Odpowiedziałam zdziwiona.
   --- Ale wszyscy mają! --- Ożywił się ponad wszelką swoją normę Kłapouchy. --- Jak możesz żyć bez chwaścika?! To sens istnienia! Bez tego jesteś nikim! Pamiętam, jak mój chwaścik się zagubił, to była tragedia…

Zatroskany Kłapouchy dreptał za mną prawie cały dzień, dając dobre rady, racząc mnie normami udanego życia społecznego, wtajemniczając w podstawy konstrukcji dobrego istnienia. Skąd on taki mądry nagle się zrobił? Powlókł się paskud jeden za mną nawet do kawiarni, w której w poniedziałki zwykle czytam między jednym zajęciem a drugim. Z jego nieustającym posapywaniem nad marnością „mego żywota bez chwaścika” w tle, nie dało się skupić na czytaniu. Ba, nie dało się żyć! Sens życia powiedział: to ja spadam, maleńka, kiepskie towarzystwo. W samotności sączyłam herbatę i ze łzami w oczach gapiłam się na zdjęcia, które wiszą w kawiarence.

Pewnie całkiem marnie zarysowałby się całokształt dwudziestego czwartego stycznia, gdybym nie przeczytała przewrotnego zdania w zeszycie mojej Pacjentki (z jej notatkami):

Żyj
   dla przyjemności,
   szczęścia,
   radości
   i śmiechu
.

Wrócił mój uśmiech. Kłapouchy nie byłby zadowolony z takiego obrotu spraw. Wracałam do domu bez niego...

wtorek, 11 stycznia 2011

Nie jest prawdą, że wczorajszy dzień był całkiem do bani. Choć choroba Heńki, perspektywa leczenia, strach, że nas też to może dotyczyć kładły się cieniem, to wydarzyło się coś, o czym chciałabym pamiętać --- o drobiazgu, który stał się źródłem uśmiechu i chwil radości…

Byłam wczoraj u mojej najulubieńszej Pacjentki. Jej wilczy apetyt daje pewne podstawy do optymizmu w kwestii, ile mamy jeszcze wspólnego czasu. Zaskoczyła mnie. Zjadła pół pizzy, którą przyniosłam z pobliskiej pizzerni. Zaraz potem zaskoczyła mnie jeszcze bardziej. Przypomniała mi o naszej zeszłotygodniowej rozmowie --- nie wiedzieć czemu, dużo rozmawiamy o jedzeniu --- i zapytała: to co, zrobisz mi kogel-mogel? Ona nigdy w życiu nie jadła rarytasu mego dzieciństwa, tylko o nim słyszała. Zrobiłam wersję dla dorosłych dzieci. Ukręciłam, do białości i pęcherzyków powietrza, zalałam gorącą kawą a potem już tylko świętowałam chwilę urzeczona Jej zachwytem i tempem w jakim pochłaniała ów wyrób. Świat smaków mojej Pacjentki rozrósł się odrobinkę i wygląda na to, że kogel-mogel rozpycha się w nim łokciami, bo gdy już powoli zbierałam się do wyjścia, zanim się pożegnałyśmy, zapytała: jak myślisz, czy możemy następnym razem zrobić kogel-mogel z dwóch jajek? Pewnie, że możemy!

Przez całą drogę powrotną do domu rozmyślałam nad paradoksem ludzkiego życia. Szczęście jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki, składa się z malutkich elementów, tak małych, że czasem trudno je dostrzec, ale z pomocą moich Pacjentów jest to dużo, dużo prostsze. Wracałam i uśmiechałam się na samą myśl, że jutro, czyli dziś, będę mogła troszkę pomieszkać u siebie, odkurzyć, pouczyć się, pobyć… może nawet kogel-mogel, by przypomnieć sobie wspaniały uśmiech mojej Pacjentki...

 
1 , 2
| < Maj 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...