Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: /bez/dzietność

wtorek, 11 kwietnia 2017

Biały Kruk:
Gdybyś miała dzieci, inaczej byś patrzyła na tę sytuację.

nie mam dzieci. czy w związku z tym, sposób, w jaki patrzę
na wiele sytuacji, jest mniej realny, mniej prawdziwy?

Biały Kruk:
Myślę, że psychologia odebrała ci szczęście,
bo dzielisz włos nie na czworo tylko na dziesięć.

Jabłoń:
Gdy tak mówisz, nie masz zielonego
pojęcia o moim szczęściu.

środa, 08 marca 2017

Łatwiejsze życie to fraza, która w tej książce pojawia się nie raz. Łatwiejsze życie w kontekście bezdzietnych oznacza egoizm, hedonizm i sztuczne szczęście — ćwiczyłam to!

Łatwiejsze życie w kontekście dzietnych oznacza życie rodziców prawidłowo rozwijających się dzieci. Oniemiałam, jak to przeczytałam. Naprawdę można tak myśleć? Jak zwykle i do znudzenie napiszę to, co pisałam w kontekście pierwszego łatwiejszego życia: nie łatwiejsze, inne. Nie znajdziesz w tej książce ani jednego obcego ci uczucia.

Od połowy prawie do końca miałam dość, ale uruchomiły się we mnie geny po Orzeszku: zaczęłaś, skończ. Pytałam samą siebie: po co sobie to robisz? Trzymała mnie moja osobista nadzieja, że może pod koniec trafię coś, dla czego warto było przejść przez wszystkie raniące, ograniczające, autoagresywne pomysły i przekonania. Było warto, choć nie sądzę, bym komukolwiek poleciła tę książkę.

Polecić mogę cytowane za Ewą Błaszczyk słowa: kradnijmy czas!

„Jak sobie poradzimy w przyszłości?”. Tak samo jak teraz. Dzień za dniem. Problem za problemem. Trudność za trudnością.

*

Zawieram umowę z samą sobą i obiecuję sobie, że siebie nie opuszczę, że będę o siebie dbała, że będę sobie wybaczać słabości, błędy i łzy, do których przecież mam prawo, bo tylko dzięki nim mogę się czegoś nauczyć i pójść dalej.
     I tak bez końca, bez końca

*

Czasami dopiero po przejściu huraganu uruchamia się w nas wielka moc, dzięki której wszystko staje się możliwe. Sprzyja nam także i motywuje to, że nie mamy innego wyjścia.

*

Nie będzie jak dawniej. Będzie inaczej.

*

Aby się do siebie zbliżyć, nie wystarczy przytulić się do siebie. Trzeba — będąc na samym dnie rozpaczy — znaleźć w sobie dość siły, aby osuszyć łzy drugiego. Zwrócić się ku niemu i spróbować pojąć jego sposób przeżywania bólu.

Hanna Berełkowska, Nie mażę się, ale marzę o…,
Media Rodzina, Poznań 2014.
(wyróżnienie własne)


środa, 01 marca 2017

nie mam dzieci — powiedziała jakiś czas temu w pierwszym zdaniu.
nie mam zgody ja, by definiować człowieka bezami.

bez pracy.
bez wykształcenia.
bez cukru.
bez glutenu.
bez lukru.
bez różu.
bez mężczyzny.
bez kobiety.
bez nałogów.
bez zobowiązań.
bez zwierząt.
bez makijażu.
bez prawa jazdy.
i co jeszcze niby jest tak piekielnie ważne?

bezy to wyrób cukierniczy, nie miernik sensu, człowieczeństwa czy szczęścia.

czwartek, 15 września 2016

W sześciu słowach. Łapie za jaja i nie puszcza.

Inaczej. Nie pozostawia złudzeń. Dobro dzieci nie leżało na sercu tak wielu dorosłym, jakby się mogło wydawać. Po siedemdziesięciu latach z małym okładem można, nie naginając specjalnie rzeczywistości, powiedzieć, że wciąż dobro dzieci nie leży na sercu zbyt wielu ludziom. Co innego, jeśli chodzi o nienarodzone. Dzieci w wielu wypadkach są komponentą statusu społecznego, efektem przecież-nie-można-inaczej, czy co ludzie powiedzą. Nagminnie jestem świadkiem, gdy to dziecko ma zrozumieć, pojąć, doskoczyć. Zbyt rzadko widzę dorosłych, którzy chętni są uczyć się od dzieci. Przykład?

Przykład. Urlopowy. Dzieci mają niebywałą łatwość wchodzenia w relacje, co dorosłych opiekunów, nie wiedzieć czemu, zwykle wprawia w zakłopotanie. Nad morzem, przy linii brzegowej dwuletnia dziewczynka idzie na zderzenie. Zatrzymuję się, uśmiecham się do niej i obserwuję, o co chodzi. Dziewczyneczka dziarsko idzie dalej, a ja już wiem, o co biega. Wbijam kije i czekam. Dziewczynka uśmiecha się zawadiacko i przechodzi pod moją ręką, między mną i kijem. Rodzic skurczony, dwa metry dalej, przeprasza. Za co? My naprawdę dobrze się bawiłyśmy.

Jeszcze inaczej. Ten mądry z miłościwie nam panujących, co twierdzi, że wojna ma też dobre strony, powinien być łaskaw przeczytać tę książkę, ale ze zrozumieniem — na co pewnie trudno liczyć, bo nie ma czasu, a zrozumienie wymaga czasu, refleksji i empatii, a nie narodowego zacietrzewienia.

W dziesięciu słowach. Bycie dorosłym oznacza zobowiązanie wobec dzieci, wobec każdego spotkanego dziecka.

     — Poczekaj tu na mnie, zaraz przyjdę, muszę pójść do zakrystii.
     Kościół jest prawie pusty.
     Renata zostaje, patrzy na wielkiego Chrystusa nad ołtarzem, na anioły i świętych. Zaczyna się cicho modlić. „Panie Jezu, zrób tak, żeby wszyscy byli szczęśliwi, żeby nikt niepotrzebnie nie umierał, żeby wszyscy znaleźli swoich bliskich i żeby było co jeść. Spraw, żeby nigdy nie trzeba było się bać”.
     Chrystus milczy i patrzy, litościwie się uśmiechając.

*

Stasė owija Renatę dużym ręcznikiem, wyciąga z balii, wyciera.
     — Jak dobrze, że ty nic nie rozumiesz, co ta piekielnica, moja siostra, wygaduje — mówi do dziewczynki po litewsku.
     Stasė wynosi Renatę owiniętą w ręcznik do dużego pokoju, gdzie czeka już pościelone łóżko.
     W pokoju stawia ją na krześle.
     — Zaraz ci dam koszulę nocną. Będzie na ciebie za duża… — śmieje się — bo to moja… Ale jutro uszyję ci śliczną koszulę. I sukienkę. Teraz musisz się wyspać.

*

Przez uchylone drzwi słyszy jakiś dźwięk dobiegający z kuchni. Podchodzi bliżej drzwi, widzi, jak Stasė szyje sukienkę. Kobieta wygląda na szczęśliwą. Renata przypatruje się Stasė, jakby chciała zapamiętać na zawsze jej twarz w tym momencie. A może próbuje zrozumieć jakąś prawdę o ludziach?

*

Przecież nie możemy zgubić się w świecie na zawsze, prawda? Skoro się zgubiliśmy, spróbujemy się znaleźć. Musimy spróbować!

*

Ktoś gra na fortepianie „Gnossienne nr 5” Erika Satiego, tylko inaczej niż mama — mocno przyciska klawisze, wręcz w nie uderza. Renatę przepełnia lęk, ale idzie w stronę tej muzyki, która staje się coraz głośniejsza.
     Już wie, skąd dobiega. Naprzeciw na wpół zburzonego muru stoi dom — z otwartymi na wiosnę i słońce oknami. Przez nie widać jasny pokój, w którym tańczą dziewczynki, małe baleriny. Renata widzi też pianino i siedzącą przy nim potężną pianistkę, a obok — drugą kobietę, piękną, wysoką, z opaską we włosach.
     Dziewczynka patrzy na ten niezwykły świat i nie może oderwać oczu
.

Alvydas Šlepikas, Mam na imię Marytė, przeł. Paulina Ciucka,
Wydawnictwo KEW, Wrocław 2015.
(wyróżnienie własne)


*

Erik Satie, Gnossienne nr 5.

sobota, 13 sierpnia 2016

Wpis ten ma, historycznie rzecz ujmując, dwa niezależne początki.

Pierwszy. Tor pływacki. W ramach relaksu, płynę stylem, który nazywam wieloryb brzuchem do góry, czyli na grzbiecie, dwoje rąk jednocześnie w górę i za głowę… ten słodki moment, gdy twarz w dużej części znika pod wodą… och! Płynę wolno, wolniutko, delektując się niewagą, niekalectwem i ruchem… och! I nagle dogania mnie myśl: ile i jakie rzeczy w życiu tak właśnie kocham robić? Kto we mnie decyduje, co jest tym czymś? Kto to jest?

Drugi. Z rehabu w tym tygodniu wracałam. W humorze wskazującym na użycie niebywałej ilości endorfin. I dopadła mnie pewność — która już z kolei? ( naj lep sze na ten mo men t) — że już rozumiem to, zwykle niestety kobiece grzmienie, że pożałujesz, że zegar ci tyka, że bycie tym, śmym i owym jest najważniejsze w życiu kobiety.

Początek mamy z głowy. Gdzie te dwa początki łączą w logiczną całość? Już. Czy nigdy nie zastanawiałaś się, dlaczego nikt nie marudzi, poza rodziną ewentualnie, na temat wyborów mężczyzny, choćby nie wiem, jak były głupie? Natomiast kobiece wybory trzeba uzasadnić, obronić, a i tak na końcu znajdzie się mądry lub mądra, co nie szczędzą sił, by poinformować: „no, nie wiem” i obdarować tuzinem najlepszych na świecie rad życiowych. Mnie kiedyś ten brak symetrii, dyktowany posiadaniem macicy, dwóch jajników i dwóch jajowodów, doprowadzał do szewskiej pasji. Ale dwa, wspomniane już, początki olśniły mnie.

Pierwszy. Chłopców wychowuje się tak, że gdy malec mówi „nie”, to jest duma, że taki samodzielny, autonomiczny, stanowi o sobie. Dziewczynki uczy się, że „nie” to nie najlepsza strategia radzenia sobie w życiu, bo ciocia się obrazi, że nie chcesz, by cię pocałowała na do widzenia, że może chociaż spróbuj tego szpinaku, on taki zdrowy i na urodę dobrze robi, że nie chcesz popilnować młodszego braciszka, nie kochasz go już? Efekt. Gdy pytasz dorosłego faceta o pasje, on zwykle wie. A kobieta? No, głupio się tak przyznać, że ja tu, tak tylko dla siebie. Co i tak jest ogromnym sukcesem, bo często wie, co lubić powinna, ale co — nie kogo — kocha, bez czego nie może żyć, to już gorzej. A przecież dobrze jest wiedzieć, co w życiu cię spełnia. Poczekaj, nie śpiesz się, obserwuj, a oniemiejesz z zadziwienia. Odkryć siebie dla siebie to nie grzech.

Drugi. Skoro jednak pewności nie ma, bo i skąd ją wziąć, to świat zewnętrzny, co jest odzwierciedleniem świata wewnętrznego, prezentuje w całej okazałości konflikt wewnętrzny: robić czy nie robić? pójść czy nie pójść? zdecydować się czy poczekać? A ponieważ konfliktów nie lubimy, to miło byłoby, gdyby był taki ktoś, kto będzie wiedział, co ja mam w życiu wybrać, by  było dobrze — życie nie lubi próżni, chcesz, to masz i wojuj z wiatrakami, jeśli jednak masz odwagę, by pojawił się cień niepewności lub gdy sokoli wzrok twego jestestwa wypatrzy inny drogowskaz. To właśnie tu pojawia się przestrzeń na wszystkie ludowe mądrości, tykające zegary, mendzenie i psucie krwi, co sparaliżować może odwagę zbyt skutecznie. A prawda jest taka, że tylko Ty wiesz; to coś szczególnego w Tobie, na poznanie czego masz całe życie, wie. Jestem tego pewna jak mało czego w życiu.

No i chuj, miłe panie! Same! Same! Same wybierajcie! Bo jest z czego wybierać. Niech nie robi tego za ciebie matka, ciocia, sąsiadka, pani premier.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Czasem myślałam sobie, że może psychologia troszkę przesadza, że wahadło wychyliło się niezdrowo na stronę toksycznych rodziców, nadużyć, przemocy takiej i siakiej.

Myślałam tak, bo jednak są ludzie, którzy używają toksycznych rodziców, nadużyć i przemocy jako fantastycznego usprawiedliwienia, by po prostu nic nie robić ze swoim życiem, problemami i trudnościami, pomimo piątej, szóstej dziesiątki na karku.

Myślałam. Sobie. Tak.

*

Sobota. Mały Nowy Jork. Ryknął w kuchni nie na mnie. Dwie futryny dalej zamarłam, wstrzymałam oddech. Uczucie. Intensywne. Skąd je znam? — zaczęłam się przyglądać temu, co przytrafiło się mojemu ciału. Mam! Na ułamek sekundy nie było mnie w Małym Nowym Jorku, byłam trzysta kilometrów dalej, miałam naście lat i mój ojciec się darł.

W sobotę ryknął nie mój ojciec na swojego syna, jakby ten ostatni miał kilkanaście lat, a nie czterdzieści. Wyobraziłam sobie tę scenę dwadzieścia kilka lat temu z nastolatkiem, całkowicie zależnym od rodziców, w roli głównej. Jak się czuł? Moment. Stop. To była przemoc psychiczna. Nie myślę tak. Ja to wiem. Kropka.

*

I nagle otworzyła mi się klapka w głowie. Trudności w relacjach rodziców i dorosłych dzieci nie są związane tylko i wyłącznie z tym, że ci ostatni są nie dość wdzięczni, nie dość szanujący, nie dość dobrzy, nie dość doterapeutyzowani (jeśli są dość bogaci). Te trudności mają niebanalne źródło w tym, że rodzice, pomimo niebagatelnego upływu czasu, nie przyjmują do wiadomości, że ich dzieci to już dorośli ludzie. Bo łatwiej nawrzeszczeć — użyć tak bardzo skutecznej kiedyś metody, a że nie działa dziś? Złe dziecko, wciąż! Ale teraz ze źle wychowaną żoną w pakiecie.

środa, 13 lipca 2016

Wpadła mi w ręce przez przypadek. Nie zastanawiałam się ani chwili, bo tytuł zachwycił mnie swoim kompulsywnym optymizmem.

Wakacyjnik, nie książka. Lekki, łatwy i przyjemny? Nie odważyłabym się tak powiedzieć. Lekko się czyta, to fakt. Bardzo lekko. Na początku śmiech, bo śmieszne ogromnie. Potem śmiech jako reakcja na trudne dla nas spostrzeżenia przytomnego, postronnego obcokrajowca. Jeszcze dalej już nawet nie ma się z czego śmiać — tragifarsa z tendencją do tragedii, choć to tylko felietony napisane błyskotliwie i z niebywałą swadą.

[…] miał wzrok utkwiony w dekolcie pani siedzącej naprzeciwko. I jakkolwiek rejony te mogą budzić emocje, to przecież oczy kobiety czy mężczyzny są daleko bardziej interesujące. To tam toczy się życie i za ich pomocą człekokształtni wysyłają sygnały. Czy oczy są oknem w głąb duszy? Osobiście uważam, że są jej głosem. Popatrz w nie głęboko, a usłyszysz, czego człowiek potrzebuje, jakie są jego nadzieje i pragnienia. Oczy przemawiają.

*

Inne sposoby odwołują się do zdrowego rozsądku: uśmiechaj się, bądź pewny siebie i pogodny. Innymi słowy — nie bądź Polakiem.

*

Niezależnie od tego, czy mi się to podoba, czy nie, należę do klasy średniej i mam potrzeby typowe dla klasy średniej — książki, wystrój wnętrza, podróże. Mówiąc w największym uproszczeniu, model skandynawski sprowadza się do tego, aby każdego uczynić członkiem klasy średniej. Nie ma przesadnie bogatych ani bardzo biednych. Coś w rodzaju komunizmu, tylko bez kolejek i wszechobecnej paranoi. Odwrotnie niż w Polsce, która uporczywie odrzuca wartości klasy średniej. Zrozumcie mnie dobrze: jest tutaj aspirująca klasa średnia. Tylko jej potrzeby są permanentnie ignorowane na rzecz staroświeckiej uczuciowości i religijności, która niekiedy upodabnia się do przesądu.

*

Pojęcie „nieznajomy” jest w moim kraju mało popularne: takich ludzi po prostu nie ma, są co najwyżej przyjaciele, których jeszcze nie spotkaliśmy.

*

[…] status społeczny kobiety zamężnej w Polsce jest wyższy niż singielki. Podczas gdy pozycja mężczyzny w zasadzie się nie zmienia, kobieta, która wychodzi za mąż, traktowana jest niemalże jak gwiazda. „Złapała” męża i w oczach Polaków jest „prawowita”. Skoro inny mężczyzna ją posiada, można z nią bezpiecznie rozmawiać. A jeśli zamężna kobieta urodzi dziecko, jej pozycja społeczna unosi się do gwiazd, na poziom supercelebrytki. Oto, jak ceni się tutaj kobiety: jako „nie-przestępców” i reproduktorki.

*

     — A ja nie akceptuję ludzi, którzy nie tolerują krytyki — odezwałem się w chwili przerwy między dwoma kawałkami makowca. — Kościół katolicki przyspawany jest do grzechu i seksualności, a sprawy pomocy innym ludziom nie traktuje serio.

Peadar de Búrca, Uporczywie pogodne myśli,
przeł. Adam Lutogniewski, Fabryka Słów, Lublin 2016.

niedziela, 10 lipca 2016

Poziom społeczny. Gdy na głos stwierdziłam, że każdemu z nas czegoś w życiu brakuje, że każdy potrzebuje jakiejś pomocy, zapadła niezręczna cisza. W świecie naznaczonym zachodnim sznytem wiecznej pogoni za jeszcze większym sukcesem, co w pył rozniesie wszystkie dotychczasowe sukcesy, w pościgu za coraz większymi zyskami i perspektywami, idea braku, co immanentną cechą ludzkiego życia jest, nie mieści się w głowie.

Poziom relacyjny. Niech będzie najprościej. Idziesz ulicą. Matka potrząsa ryczącym dzieckiem, powtarzając mu jak mantrę: „nic się nie stało”. Naprawdę nic się nie stało? Gołym okiem widać, że nawet jeśli chwilowa, to jest to wielka tragedia na miarę małego człowieka. Ale nie, od małego musimy być dzielni, radzić sobie, nie histeryzować, bo przecież nic się nie stało.

Poziom indywidualny. Wobec powyższego, lat indoktrynacji, nie jest wcale łatwo przyznać się przed samym sobą, że nie potrafię, nie mam pojęcia, nie jestem w stanie, że potrzebuję pomocy, nie mam zasobów. O ile łatwiej udawać, że nie boli, to tylko chwilowa trudność, będzie zrobione, już lecę, pędzę. Pułapką jest, że „łatwiej”. 

*

Gdy przyznaję się światu, ludziom, sobie. Nie umiem. Nie wiem. Nie jestem w stanie. Potrzebuję pomocy. Paradoksalnie, właśnie wtedy czuję, że otwierają się drzwi, a nie zatrzaskują.

naciśnij klamkę!
 

środa, 01 czerwca 2016

Znam kobietę, której marzenie o byciu babcią nie spełniło się. Chciała być babcią, by… mieć, o czym rozmawiać ze swoimi przyjaciółkami. Jak sobie radzi? Nie wiem.

*

Szłam na przystanek autobusowy. Babcia pchała wózek. Pierś do przodu. Duma i moc połknięte niczym kij od szczotki. Bagaż lat — nie wierząc, że należy do niej — ciągnął się dziesięć metrów za wózkowym duetem. Podziwiałam. Pomyślałam: dzieci dają siłę. Szkoda, że niektóre kobiety kontaktują się ze swoją siłą tylko i wyłącznie dzięki dzieciom.

*

Dziś. Dzień Dziecka. Jakieś statystycznie znaczące dziecięce marzenie? Być dużym, dorosłym i robić to, co się chce! Czy znasz chociaż jedno dziecko, które choć przez chwilę o tym nie marzyło?

Marzenie marzeniem, a rzeczywistość skrzeczy. Bo duży nie musi oznaczać pełnoletni. Bo pełnoletni nie musi oznaczać dorosły. Bo dorosły nie musi oznaczać dojrzały, mądry, kochający, nie wspominając już w ogóle o robieniu tego, co się chce.

Dziś. Dzień Dziecka. Niech będzie też Dniem Odwagi, by realizować marzenia, a nie odkładać je ad acta. Własne marzenia, nie cudze!

to dziś!
 

sobota, 21 maja 2016

1) pokochał.
2) przyszedł i zabił.

wiele słów płynęło obok. bezstronna, niezaangażowana, prawie obojętna. dostrzegłam. że fakty są tylko faktami. bo…

a) bałaganiarstwo.
b) trzy karaluchy.

…to Ty nadajesz znaczenie temu,
co wydarza się w twoim życiu.

1a, 2b, 12ab, 1ab, 2a, 1b, 21ba.

więc?
 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...