Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: książkiNaMejDrodze

niedziela, 19 listopada 2017

Wyrzut kortyzolu. Wyrzut? Cała wlewka! Trzęsące się ręce. Łamiący się głos. Łzy.
Nigdy w życiu nie bałam się tak o najukochańszego człowieka.

Fałszywy alarm. Teraz trzy dni będę z tego kortyzolu schodzić.

Do masakrującej książki dziś nie zaglądam. Tulli odłożyłam na rzecz Tulli. Schodziłam z kortyzolu dotykiem wspaniałego grubego papieru; powolnością przesuwania wzroku po literkach; kreską, która czasem poruszała delikatne w środku; śmiechem i uśmiechem wskutek treści. Podobno to książka dla dzieci — tej Autorki pierwsza dla dzieci, ale osobiście natknęłam się na kilka miejsc, których niuans wyłapią tylko dorośli. Schodziłam z kortyzolu w hamaku. Schodzę dalej przy innej Tulli.

To wcale nie taka wielka sztuka skakać przez płonące obręcze, kiedy się wie, że po drugiej stronie będzie to samo co po tej.

 *

Wieczorami Ptiżużuu lubił odwiedzać zające w ich norze. Siadali na progu i patrzyli na gwiazdy. To było o wiele przyjemniejsze od zebrań na polanie, gdzie rosło drzewo, w którym puchacz miał swoją dziuplę. Można tak było siedzieć i patrzeć bez końca i być razem, i wcale się nie odzywać.

*

     — Co piszą? — interesowała się łasica. Nie umiała czytać, tak samo jak dzik i zające, ale przynajmniej tego żałowała.

*

I naraz pomyślała sobie, że ona sama też może być szczęśliwa. Przecież jest zwierzęciem, które ma imię, choć go nie zna. Zwierzęciem, dla którego jest ważny ktoś jeszcze, nie tylko ono samo. Imię, pomyślała łasica, która wcześniej nigdy na to nie wpadła, nosi się dla kogoś!

*

Nie wiemy, co nas teraz czeka. W takiej chwili powinniśmy wspierać się nawzajem.
     — Więc dlaczego nikt mnie nie wspiera? — rozżalił się dzik.
     — Dziku, na pewno rozumiesz, co to takiego „nawzajem”.
     — Nie rozumiem! Nie rozumiem! — wrzeszczał dzik, tupiąc kopytkami. — Ja chcę do małpy
!

Magdalena Tulli, Ten i tamten las, ilustr. Alicja Rosé,
Oficyna Wydawnicza Wilk & Król, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

(ilustr. Alicja Rosé, tamże)

sobota, 18 listopada 2017

Czytanie masakrującego ibuka przerywam czytaniem stosiku papieru. Po Tulli, przed Tulli i kolejną Tulli, przyszedł odpowiedni czas na tę książkę.

Czytając, na poziomie społecznym, wściekłość miesza się we mnie ze wstydem, że żyję w kraju, który za nic ma badania naukowe, fakty i ludzkie doświadczenie. Kraju, którego rząd szerzy mity, wspiera ciasne myślenie i zachwyca się króliczną mocą heteryków.

Czytając, na poziomie indywidualnym,  odnajduję nie tylko paralele do mojej nieudowodnionej społecznie heteryckości, ale również czuję wdzięczność za wniesienie tej osobistej historii do sfery publicznej. Przypominam sobie film, mężczyznękobietę. I wracam do mojego zamyślenia z początku października: nowi studenci, rekordowa ich liczba w tym roku, a wśród nich jakieś 60–80 osób nieheteronormatywnych… jak się mają? jak się czują? jak dać im znać, że jestem po ich stronie?

Dla mnie wszystko, co się ze mną działo i dzieje do tej pory, jest normalne. Jakie ma być, skoro nigdy nie miałem innego życia?

*

Gdybym miał wybór, też chciałbym móc od tego uciec. Teraz jednak nie mamy już wyboru. Wiedza to droga w jedną stronę, nie da się nie wiedzieć tego, co już raz wyszło na jaw. Trzeba z ciężkim westchnieniem włączyć to w rejestr spraw bieżących, spraw, które istnieją. A potem poszukać rozwiązania, tak żeby wszyscy jak najmniej na tym ucierpieli.

*

Patrzy. Nadstawia ucha. Chce wiedzieć, jak to jest. Jak mi jest.

*

To jest dla mnie jedyna możliwa droga do bycia normalnym i idę nią, biorąc pod uwagę wszystkie konsekwencje.

*

Gdy już chwytam za klamkę, mówi, że podziwia moją odwagę. Uśmiecham się i dalej nic nie mówię. Nie mówię, bo wiem, że to nie kwestia odwagi. To kwestia wyboru między koszmarem a życiem. Właściwie nie ma wyboru. Można tylko ze wszystkich sił dążyć do normalności, tak jak robią to wszyscy dookoła, tyle że w innych kwestiach. Każdy chory chce być zdrowy. Człowiek bez nogi stara się o protezę. Człowiek z jakąkolwiek dysfunkcją rehabilituje się,  marząc o sprawności. Tak samo i ja, jak setki innych ludzi, których transseksualizm pozbawił odpowiedniej cielesnej powłoki, robią wszystko, by ją sobie zorganizować. Gdzie tu miejsce na odwagę? 

Maciej Loter, Chłopiec w czerwonej sukience,
Videograf, Chorzów 2016.
(wyróżnienie własne)

*

Dojrzewam i umacniam się. W żółwim tempie, z wielkim trudem i tysiącem chwil zwątpienia, ale idę do przodu. Cofanie się nie jest dla mnie.

*

Kim jest mężczyzna? Kim jest kobieta? Jak się czują, będąc sobą? Jak się nie czują? Jak wyrazić to słowami, jak to sprawdzić?

*

Słyszę wtedy […]: „O tym, kim jesteś, nie świadczy to, skąd przychodzisz, ale to, jaką drogę wybierzesz”. Zamieram. Czuję, że to może być odpowiedź. Nieskomplikowana, elegancka w swej prostocie. I mądra.

*

Wiem, że można zdziałać cuda, jeśli dysponuje się wystarczająco silną wolą i odpowiednią ilością czasu. Mój strumień wylewał się z koryta wiele razy, błądził wśród bagien, czasem zamierał, niemal w całości wsiąkając w ziemię. Ale zawsze wracał tam, gdzie jest jego miejsce. Poszarpany brzeg, woda niosąca połamane gałęzie, głazy i skały — to są moje realia. Ale dzięki temu nie boję się wartkiego nurtu, wiem, jak panować nad żywiołem. 

*

Bądźcie dumni z tego, że mimo tysiąca przeszkód stale i niezmiennie jesteście sobą.
     Bądźcie dumni codziennie!
     Bo warto.
     Warto żyć
.

(tamże)

czwartek, 16 listopada 2017

Pierwsza książka tej Autorki, wydana dwadzieścia i ciut lat temu, nie trąci myszką ani trochę. To szkatułka w intensywnie sennych kolorach. Kocham to miastocałkiem duże miasto […] tak jak ja potrzebuje czułych słów. Wcale nie dziwię się, że architekci zachwycili się tą książką. Rozumiem też, dlaczego ten fakt nie zachwycił Autorki. Powiedzieć, że to książka o mieście, to nic nie powiedzieć.

Czytać należy powoli. Dawkować jak lekarstwo lub drogocenny napój. Tak właśnie czytałam, mając wciąż z tyłu głowy odkrycie, że wydarzenia sprzed siedemdziesięciu lat podawane są w każdym domu na śniadanie, obiad i kolację.

Czytałam powoli, nie mogąc uwierzyć, że literki i słowa w pisanej wersji dla Autorki jako dziecka nie były łaskawe.

W rzeczywistości Dworzec Centralny to jeden ze środkowych przystanków na trasach tramwajów, spokojnie obwożących swoje numery od pętli do pętli przez całe miasto.

*

Policjant kierujący ruchem ulicznym  żyje w mieście zbudowanym z tablic rejestracyjnych, do których dołączono karoserie, podwozia, silniki, kierunkowskazy. Dla telefonistki oplątana kablami metropolia aparatów telefonicznych wyrasta z centrali miejskiej jak z ukrytego kłącza. Miasto pijaka jest puste, składa się tylko z falujących świetlistych smug i z samych twardych kantów swobodnie unoszących się w przestrzeni. Jeszcze inne jest miasto umarłego, całkowicie pozbawione kaloryferów, wilgotne i ciemne, w którym nie można nawet poprosić o filiżankę gorącej herbaty i w którym żyć po prostu się nie da, zwłaszcza o piątej nad ranem, najzimniejszej ze wszystkich godzin.

*

Gdzie szczęście rodziców niemowlęcia, które pierwszy raz usiadło w wózeczku w jakieś ciepłe popołudnie, gdzie uśmiech niemowlęcia, teraz, po latach, kiedy wiadomo już wszystko o promocjach, awansach, wypadkach, rozwodach, pogrzebach?

*

Z dzieci przemienieni w dorosłych i sami także zdani na łaskę cudzych wspomnień, przechowywali w pamięci nie istniejące adresy i wnętrza, dźwigali budynki, place, ulice, z którymi nie mogli się rozstać.

*

Czas ledwo nadążał za prędką myślą. Dni były już na wiele lat naprzód policzone i rozdysponowane, a jeśli w rachunkach tych kryły się jakieś błędy, to nigdy nie wiązały się one z superatą. Można by powiedzieć, że dni zostały zużyte zanim nadeszły, jak spodziewane aktywa, na których poczet zaciągnięto już długi.

*

Nic bowiem na świecie — nawet wyobrażenia — nie może zostać zniszczone całkowicie i ostatecznie.

*

Nie ma bowiem na świecie niczego, co byłoby tylko zmyśleniem.

*

Nie ma nikogo, kto wiedziałby, jak naprawić to, co popsute. Stało się jasne, że froterowanie podłóg, odkurzanie chodników, polewanie asfaltu wodą w upalne dni, a nawet malowanie ścian olejną farbą nie wystarcza. Lecz mieszkańcy tego miasta nie umieją zrobić nic więcej.

*

[…] dla nas bowiem kamienie mają tylko powierzchnię. Lite wnętrze kamienia należy już do innego świata.

*

Życie kamieni jest całkowicie wolne od przymusu. Kiedy tracą oparcie, po prostu spadają. Gdy upadną, leżą. Nie mają wprawdzie wpływu na formę, jaka zostanie im nadana, ale też przyjmują ją z największą obojętnością. Z takąż obojętnością trwają lub rozsypują się. Cokolwiek się dzieje, nigdy nie dodadzą do tego nic od siebie. Nie wkładają nawet najmniejszego wysiłku w żadne przedsięwzięcie.

*

Rozróżnienia! Życie i śmierć, drzewo i maszyna, początek i koniec! Każda nazwa, tak jak moneta, ma swój awers i rewers. Płacąc monetą nie można wydać jej połowicznie, zatrzymując dla siebie orła lub reszkę. Wszystko, co wielkie, jest także małe, i odwrotnie. Dwuznaczność jest skutkiem nazywania rzeczy po imieniu.

*

Nie ma na świecie rozwiązań tak złych, że nikt ich nie wybiera. Nawet najgorsze wyjście dla kogoś może okazać się najlepszym.

*

[…] bez miłości śniący nie mają dość sił, by dalej śnić.

*

Przez ten pośpiech nikt na nic nie patrzył dość uważnie, by dostrzegać również tła i drugie plany. Toteż myśl kierowała się pozorami i trudno było naprawdę rozpoznać każdą rzecz, na której spoczęło oko.

*

W każdym tkwi pestka, w pestce zawiązek drzewa i przeciwdrzewa, korona i korzeń. Wszystkie przyszłe sezony wegetacji czekają na swój czas w pestkach, w zawiązkach, w zawiązkach zawiązków. Owoc należy do drzewa, lecz mieści w sobie całe przyszłe drzewo razem z owocami, jakie na nim wyrosną.

*

Kiedy myślimy o świecie jak  o drzewie, widzimy drzewo, kiedy myślimy o nim jak o maszynie, staje się maszyną. Nie jest opatrzony żadnym napisem, który rozstrzygałby tę kwestię, żadną sentencją, do której można by się odwołać. Kto tylko powie „jest drzewem”, z miejsca pomyśli o maszynie, kto powie „jest maszyną, pomyśli od razu o drzewie. Dlatego słowa „jest drzewem” i „nie jest drzewem” znaczą w istocie to samo.

*

Cokolwiek stanie się jakieś, nie może już być inne.

* 

Magdalena Tulli, Sny i kamienie,
Wydawnictwo OPEN, Warszawa 1996.
(wyróżnienie własne)

*

Paul Klee, In the Beginning, 1916.

niedziela, 15 października 2017

Ostatni akapit napisany przez Dicka zaczyna się tak:

Bo ja, wiecie, jestem zwyczajnym facetem. Koszę trawę przed domem, odśnieżam podjazd i zmieniam olej w naszych samochodach. Robię zakupy i gotuję większość kolacji w naszym domu. Jestem taki sam jak każdy inny facet w Ameryce.

Ze słów Ricka z listu do Ojca umieszczonego na końcu książki:

Nie dlatego, że muszę, ale dlatego, że chcę.

„Wyjęłam” Ricka i Dicka z książki Jorneta. Kliknęłam tu i tam. Ibuka nie było. Klik, klik, portal aukcyjny, klik, klik i szła do mnie ich historia. Dziś rano kończyłam na akord, bo wiedziałam, w czyje ręce musi trafić już dziś! Ta książka jest jedną z najważniejszych książek mojego roku 2017.

Ale najpierw było tak: szła książka kilka dni, troszkę odbierała się z poczty, potem ratowała mnie przy czytaniu betrojerinek — ibuk w komunikacji miejskiej, papierz w hamaku. W sumie, zamyśliłam się teraz,  dwa tygodnie minęły… Studentkom i studentom zaordynowałam semestralny eksperyment na ludziach, optymistycznie nazywając go zaproszeniem do przygody… od środy zauważam, że zmieniło się we mnie coś zasadniczego… ja sama ruszyłam w podróż, przygodę…

*

Mój najstarszy syn, Rick, był przykuty do wózka inwalidzkiego od ponad dziesięciu lat, kiedy po raz pierwszy poprosił mnie, żebym założył buty do biegania i popchał go w biegu. To był rok 1977. Miałem wtedy trzydzieści siedem lat i od szkoły średniej niczego na poważnie nie trenowałem.

*

Nie miewam złych dni, ponieważ zawsze pamiętam, że życie toczy się dalej, a my musimy jedynie wyciągnąć wszystko, co najlepsze, z sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy.

*

Dasz radę!

*

[…] jeden z magistrantów zadał pytanie, które — to było widać — chcieli zadać oni wszyscy: „Skąd wiecie, że wasz syn jest inteligentny?”. Judy, która rozpaczliwie pragnęła, aby tym razem nie odesłano nas z kwitkiem, powiedziała: „Opowiedz mu jakiś dowcip”.

*

[…] Rick ciągle marudził, że chciałby spróbować. Naprawdę nakręcił się na ten wyścig. Poza nieuniknionym wyzwaniem, jakim było znalezienie sposobu, aby posadzić Ricka na rowerze czy wodzie, ja sam nie siedziałem na rowerze od szóstego roku życia i nie umiałem pływać. To [triatlon] byłoby największe przedsięwzięcie, jakiego kiedykolwiek się podjąłem, ale Rick nie dawał za wygraną.

*

[…] wszystko jest możliwe, jeśli tylko włożysz w to swoje serce.

*

To naprawdę niezwykłe, że kiedy się z kimś dzieli podobne troski i przeżycia, od razu tworzy się  szczególny rodzaj więzi.

*

Znaczymy więcej niż nasze kalectwo. Kiedy będziemy w stanie w pełni je zrozumieć i zmotywować innych, aby je zrozumieli, to znajdziemy w życiu cel inny niż ciągłe rozpatrywanie własnych słabości i niedoskonałości. [z listu Karen White]

Dick Hoyt, Don Yaeger, Oddany. Opowieść o miłości ojca do syna,
przeł. Edyta Stępkowska, Wydawnictwo św. Stanisława BM, Kraków 2011.
(wyróżnienie własne)


*

*

Nie udało mi się ustalić Autorki/Autora zdjęcia, ale
powód, by wrócić do Bostonu jest.

*

środa, 04 października 2017

Rok temu z hakiem trafiliśmy z Sadownikiem tam po raz pierwszy. Magiczne miejsce i znana mi kreska. Wtedy po powrocie do ula, szukałam książki, z której tę kreskę znam. Nie znalazłam.

W tym roku kilka razy z Georginią oddawałyśmy się tam smakom i rozmowie. Wtedy zrobiłam to zdjęcie, ale nie zrobiłam z nim nic do dziś.

Wczoraj w przerwie między zajęciami — fantastyczni młodzi Ludzie mi się dostali — weszłam do biblioteki przywitać się z Antenką. I? I oniemiałam. Na stosiku książek podarowanych bibliotece przez pewnego profesora zobaczyłam… tę książkę! Tę, którą w ramach kapitału kulturowego poznałam w rodzinnym domu. Tę, którą zabrałam w swoje dorosłe życie. Tę, która opuściła ul w nieznany mi sposób. Właśnie tę książkę pożyczyłam wczoraj i „przeczytałam” dziś przy porannej kawie dwa razy.

*

[Peynet] Na pytanie od jak dawna sam jest żonaty, odpowiada: „od zawsze”. [ze wstępu T. Polanowskiego]

Raymond Peynet, Zakochani,
wybór i opracowanie: Tadeusz Polanowski,
Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne RSW „Prasa”, Warszawa 1958.

niedziela, 03 września 2017

Pierwsza (I), druga (II), to trzecia książka, która wypadła ze zbioru urlopowego. Zostawiłam ją na międzyurlopowy czas, czyli na dziś.

przenosi swój dom
      coraz to dalej w jesień
            ślimak na ścieżce

*

uśmiech mędrca
                  zmarszczki
                        w kamieniu

*

dobranoc
      Herr Gutenberg
                  dzięki za światło

*

a kot do mnie
            bezczelnie

                        per ty

*

kot
    się starzeje
            powoli

*

lek
   na serce i pamięć
                  krople deszczu

*

pies pozostaje
            odchodzi    wraca w snach     na
                                                              dobre i złe

*

bogowie
      odeszli
            ślady wśród kwiatów

*

dom
      nad urwiskiem
                        język ojczysty

*

zdążył pogłaskać
                        po głowie psa    którego
                                                     wśród nich nie było

*

nie wszystko da się
                  od razu zauważyć
                              kasztany w trawie

*

grudki
      bycia i czasu
            koniec grudnia

Leon Leszek Szkutnik, Stąd do nicości. Haiku,
Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

sobota, 26 sierpnia 2017

Dziś. Dokładnie jedenaście lat później. Sobota — wtedy i dziś. Wtedy Murakami pisał. Dziś — gdy moje doświadczanie życia przegląda się w jego słowach — ja odnotowuję, że trafia w punkt.

Przy wodospadzie. Pokój obok tego, który gościł nas dziewięć lat temu — bez bloga bardzo trudno było się ich doliczyć. W tym samym miejscu my, choć nie tacy sami. No i z Heniutką! Na tarasie tuż obok, dziewięć lat temu czytałam pierwszą w swym życiu książkę Murakami'ego — pamiętam od kogo ją dostałam, pamiętam okładkę. Kto by wtedy pomyślał, że dziś? Ja, my, tu? Tak. Szczęśliwsi.

Ale w rzeczywistości nie wszystko idzie tak gładko. W pewnym momencie życia, gdy naprawdę są nam potrzebne proste rozwiązania, osobą pukającą do drzwi bywa najczęściej posłaniec ze złymi wiadomościami. Nie zawsze się tak dzieje, ale z mojego doświadczenia wynika, że złowieszcze doniesienia są znacznie częstsze od innych. Posłaniec dotyka daszka czapki i widać, że jest mu przykro, ale to w żaden sposób nie zmienia treści wiadomości. To nie sprawka posłańca. Nie ma co go obwiniać, nie ma co chwytać go za kołnierz i mocno nim potrząsać. Posłaniec wykonuje sumiennie pracę zleconą mu przez szefa. A szef? Szefem, a raczej szefową jest nikt inny, jak tylko nasza dobra znajoma Rzeczywistość.

*

Chodzi mi o to, że nie zacząłem biegać dlatego, że ktoś mnie poprosił, żebym został biegaczem. Podobnie jest z pisarstwem […]. Pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, zachciało mi się napisać książkę. A innego dnia, ni stąd, ni zowąd, zacząłem biegać — tylko dlatego, że chciałem. Zawsze robiłem w życiu to, na co miałem ochotę. Ludzie mogą mnie zatrzymywać, przekonywać, że popełniam błąd, ale ja się nie zmienię.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

piątek, 25 sierpnia 2017

Ta książka też wypadła ze zbioru urlopowego.
Pobyłyśmy razem sto stron i ta literkowa piękność zostaje w domu.

Huśtawki w deszczu
    wiatr dotyka    potrąca
        jesienne struny.

*

ktoś spóźniony
        na skraju łąki
    październik

*

czas leczy
        długo
    pada śnieg

*

podnosi łapę
        na mrozie    patrzy    czeka
    na ciepło dłoni

*

mgła
    ustępuje    żal do świata
wiosna

*

zgasły
        i dalej świecą
    miliardy lat

*

święta krowa
        na skwerze
    kępki trawy

*

ocean    nieba
            przypływ obmywa stopy
psie dziecko    uśmiech

*

ślady na śniegu
        do furtki prawie    potem
    ktoś zmienił zdanie

*

hala odlotów
    przejście    pasy startowe
        ziemia zostaje

*

kamień
    pod górę
    od zawsze    w drodze

*

 już bez tornistra
        codziennie
    bez przerwy


*

zegar słoneczny
    w dni pochmurne    godziny
                                niepoliczone

Leon Leszek Szkutnik, Krótsze o całą wieczność. Drzwi haiku,
Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2012.
(wyróżnienie własne)

Miałam kilkanaście lat, gdy dostałam wytartą od używania książkę Thinking in English. Wiele lat później podałam ją dalej. Potem kupiłam sobie kolejne jej wcielenie już pod innym tytułem. Gdy do niej wróciłam, coś mnie tknęło, zajrzałam i odkryłam, że Pan Leon poszedł dalej. Natychmiast zamówiłam i liczyłam, że dostanę te książki przed wyjazdem. I tak się stało. Wczoraj.

Pod pręgierzem słów Sadownika: książki nosisz sama, wyeliminowałam, połykając ich treść, dwie z paczuszki książek „w papierzu”, które muszę-mieć-ze-sobą-na-urlopie. Mogę wrócić do 2/3.

ona i on   i
namiot nieba    miliardy
lat przygotowań

*

zajezdnia starych
lokomotyw    wszystko na
złom    kolej rzeczy

*

żwir i kamienie
kompozycja ogrodu
oblicze pustki

*

ogród chryzantem
czas niedomknięty    wietrzny
sam się zatrzaśnie

*

antyczny zegar
odmierza krople czasu
na ból wszelaki

*

wilgotny kasztan
obok kolce    łupina
dobry upadek

*

ten sam elektron
tu i tam jednocześnie
na łąkach myśli

*

wśród innych śmieci
tomik poezji w lesie
mrówki wnikają

*

przyjazd
i wkrótce znowu
ruchome schody

*

w szkole jak wtedy
przed upadkiem w dorosłość
hałas na przerwie

Leon Leszek Szkutnik, W konwencji haiku,
Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2011.
(wyróżnienie własne)

niedziela, 06 sierpnia 2017

Kupiona świeżutko po premierze, przeleżała na półce, czekając na swój u mnie czas. Przyszedł ten właściwy.

Czytając pierwszą — wtedy nie wiedziałam, że pierwszą — napisałam, że eklektyczna, głównie w formie. Czytając tę, z wciąż japońskim numerowaniem (WTF pozostaje w mocy), ale z zadbaną stroną graficzną, wciąż należy napisać: eklektyczna, tym razem w treści. Bo.

Nie utrzymał się autor na linie, którą osobiście sobie rozpiął między drzewami twórczego uniesienia. A dobrze szło — pomysł z dziobakami fantastyczny. Ale nie doszło do końca. Osiem baśni — smaczki wydłubałam, niczym rodzynki z ciasta, z przyjemnością ogromną. Potem jedno nie wiadomo co, które rozczarowało całą moją ciekawość, jak autor wybrnie z tego, o czym w swoim doświadczeniu pojęcia nie ma lub ma tyci, tyci — nie wybrnął, nie udźwignął. Na koniec posłowie, którego styl bełkotem dla wielu będzie, mądrym, ale bełkotem. Przebrnęłam przez ten ostatni element, by mieć prawo powiedzieć: nie. Ale brnąc, uśmiechałam się też, widząc w tych ostatnich akapitach początek innego już pisania autora, innej perspektywy, która już wtedy w nim była, wykluwała się właśnie.

Szłam przed siebie, doznając po raz pierwszy w życiu niezwykłej lekkości. Czułam, że zostało podjęte we mnie — albo za mnie — jakieś ważne postanowienie, ale nie wiedziałam ani jaka to decyzja, ani też co ona dla mnie oznacza.

*

Gdy zapytałem Nornę, jak mogę się uwolnić od niewidzialnych więzów, dała mi dziwną i tajemniczą odpowiedź, która brzmiała mniej więcej tak: walka będzie skończona, gdy więzy w końcu staną się darem.

*

Czułem, że  jest to rzeczywiście „droga powrotna”, chociaż do czegoś, czego ten powrót początkowo wcale nie zakładał. I — jak z każdej ważnej podróży — przywoziłem ze sobą coś innego niż to, po co w nią wyruszałem.

*

     — Jeżeli nie uznajecie czegoś za istotne i nie będziecie tego prawdziwie kochali, to coś nigdy nie odsłoni przed wami swoich tajemnic. Dotyczy to wszystkiego, również snów — mówił.

*

Zrozumiałem, że walczyć z czymś czy temu czemuś ulegać to jedno i to samo, bo cały czas to „coś” rządzi naszymi zachowaniami.

*

     — Zupełnie nie rozumiem tego świata — mówił Harvey. — Wszystko staje się w nim towarem, a inność i różnorodność, która jest w końcu jedynym niezmiennym elementem życia, staje się przedmiotem kontroli i oceny, co ma trafić do więzienia, co do szpitala, a co na wystawę, i co gorsza, zaczyna podlegać to normalnym prawom rynku.

*

Jesteś zdolnym i ciekawym świata uczniem, ale pamiętaj, by nie brać do ust więcej, niż możesz przeżuć.

Tomasz Teodorczyk, Oświecenie dziobaków. Baśnie
o ważnych mechanizmach i niebezpieczeństwach rozwojowych
,
Eneteia, Warszawa 2015.

*

(tamże)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...