Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: A Graff

piątek, 29 stycznia 2016

Ja uwielbiam Graff. Ona uwielbia Frej. Wszystko co najlepsze w nas spotyka się, gdy siadamy we dwie przy jednym stoliku lubianej przez nas knajpki. Ja Ją. Ona mnie. Wzajemność. Cudowna niecodzienność.

Gdy kilka dni temu zajrzałam do książek jednego z moich ulubionych wydawnictw, zobaczyłam wspólną książkę Graff i Frej. Musiałam ją mieć. Mam, ale już przeczytaną i obejrzaną. Kaan też ma, ale w papierze.

[A. G.] Zobaczyć wyzysk i niesprawiedliwość tam, gdzie dotychczas była tylko mowa o emocjach i niejasne poczucie, że coś jest nie tak — dla mnie to było wspaniałe, wyzwalające. Zobaczyłam pułapkę, niebezpieczeństwo, tam gdzie zwykło się widzieć „poukładane życie”.

*

 [M. F.] Strasznie mało jest książek dających dziewczynkom wzorzec silnej kobiety, która daje sobie prawo do szukania przygód i wiedzy.

*

[A. G.] Za każdą ważną opowieścią kryje się jakieś pytanie egzystencjalne, na przykład dotyczące tożsamości, autonomii czy granic wolności człowieka.

*

[M. F.] Nie mogę zrozumieć, dlaczego patriotyzm po polsku to hołdy dla symboli, nadęty, populistyczny sentymentalizm, ciągłe odwołania do szlacheckich korzeni (podczas gdy większość narodu wywodzi się od ciemiężonych chłopów pańszczyźnianych), a nie przekaz, że patriota to ktoś, kto płaci podatki, działa na rzecz społeczności lokalnej, segreguje śmieci, sprząta kupy po swoim psie…

*

[A. G.] Tak to już jest, że zanim się zrobi smutno, przez chwilę musi być gniewnie. Prawdziwa żałoba zawsze zaczyna się od ataków, zaprzeczeń i gniewu.

*

[A. G.] Wkurzenie na patriarchat jest czasochłonne i ryzykowne, bo jego przedstawiciele mają realną władzę. Zdecydowanie łatwiej wkurzać się na feministki.

*

[A. G.]  Współczesna polska homogeniczność to żadna wartość. To efekt ludobójstwa i polityki mocarstw, które poprzesuwały nam granice wedle własnego widzimisię.

*

[A. G.] Feminizm powstał po to, by kobiety mogły „mieć wszystko”, by miały wybór i wolność. Dziś powszechne odczucie jest takie, że każda z nas musi mieć i robić wszystko.

*

[A. G.] […] nie chodzi o to, kto ma rację, bo racje są różne. Chodzi o to, kto komu będzie życie urządzać, ile sobie nawzajem zostawimy wolności.

*

[A. G.] Staś przegląda książkę, siedząc na dywanie. Nagle podnosi głowę i pyta: „Mamo, chcesz kupić ode mnie buziaka?”.
     „A ile kosztuje?” — pytam roztropnie.
     „Dwa buziaki.”.

Agnieszka Graff, Marta Frej, Memy i graffy. Dżender, kasa i seks,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.

*

(rys. Marta Frej, źródło)

sobota, 14 lutego 2015

Już można kupić ją w papierze. Gdy ja o niej myślałam, był tylko e-book, więc pierwszy nieśmiały i tylko w wyobraźni krok w stronę elektronicznych książek wtedy zrobiłam. Teraz bojkotuję książki, które choć mogłyby wyjść jako e-booki, wychodzą tylko w papierze.

W kolejności odpowiedniej książeczki ustawiają się nawet na wirtualnej półce. Przyszedł czas i na lubianą bardzo przeze mnie Agnieszkę Graff.

Znów w zadziwieniu pozostałam, że Matka feministka jest książką konserwatywną — dla mnie nie jest, dla mnie to książka o projekcie „normalność”, który wciąż na realizację czeka.

Znów, nadal i wciąż, nie mogę się nadziwić, że Graff — przebystra, doświadczona osoba — naprawdę nie spotkała nigdy „wózkowej”. Zazdroszczę, po prostu zazdroszczę. Nie ma już takiej wózkowej, co na łeb mi wejdzie, a tylko ja wiem, ile czasu zajęło mi nauczenie się obsługiwania tego modelu społecznej nadmuchanej najważniejszości.

Poza wszystkim, ta książka ożywia, dotyka istoty człowieczeństwa, budzi marzenia, rozgrzesza z optymizmu i wiary w ludzi, popycha do szaleństwa, by nie ustawać, by rozwijać się, by pomagać rozwijać się innym.

Odkryłam śmieszną dość cechę elektronicznych książek. Książka Halber ma 4042 jednostek. Książka Agnieszki Graff ma ich 6799. Ha, ha, a mi to nic nie mówi. Dziś widziałam w księgarni pierwszą z nich. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona jej grubością. Myślałam, że to książczyna, w kategoriach objętości. Z przyjemnością uśmiechnęłam się do półki na regale z książkami, nie przybył ani jeden centymetr. Duma mnie rozpiera.

 [...] psychika ludzka jest bytem językowym, jesteśmy tym, co sobie opowiemy, a to, co sobie opowiemy, jest zrobione ze słów — w związku z tym, jeżeli nabierzemy pewnego dystansu do swojej opowieści, zaczniemy ją opowiadać na przykład ironicznie, jakoś inaczej, wchodząc w dialog z inną opowieścią, to możemy zmienić samych siebie.

*

[...] tożsamość tej samej osoby, jeśli zostanie opowiedziana innym językiem, będzie czym innym. To nie są puste gry intelektualne, tylko rzeczywistości psychiczne, samoistne ludzkie światy.

*

Po to się czyta, żeby zrozumieć, kim się jest.

*

Wiemy, że świat jest opowieścią, ale skoro tak, to tym bardziej musimy zadbać o to, żeby nasza opowieść o świecie była sensowna. Innymi słowy, sens nie przychodzi z zewnątrz, sens jest zawsze produktem ludzkiego wysiłku. Więc nasza odpowiedzialność jest gigantyczna, bo musimy sobie ten świat sensownie opowiedzieć tak, żeby dało się w nim żyć.

*

Problem z kobiecością polega na tym, że ona jest zdefiniowana w opozycji do władzy, kompetencji, samowystarczalności — jako podległość i opiekuńczość. Że to nie ma nic wspólnego z biologią, za to wiele z systemem władzy, który się legitymizuje poprzez odniesienie do biologii.

*

A mówiąc serio, nigdy nie wstydziłam się tego, że moje poglądy ewoluują, że się rozwijam intelektualnie. Nieustannie rewiduję moje poglądy na tematy, które mnie interesują, co jakiś czas sprawdzam, co myślę.

*

 [...] wiara w dobro człowieka i głębokie poczucie, że różnorodność, w tym różnice w światopoglądowe, są czymś dobrym, że z różnic rodzi się coś ciekawego, nowa całość.

*

Zakładam, że jak ludzie mają różne poglądy to jest dobre i ciekawe, i należy to zgłębiać. W Polsce tak się nie rozmawia. Jak wygłaszam pogląd inny niż przedmówca, to następnie ten przedmówca albo usiłuje mnie zglanować, żeby mnie przekonać, uświadomić, że się mylę i jestem nedouczona albo się na mnie obraża. Albo oskarża o zdradę. Czy tak trudno wytrzymać, że się różnimy?

*

Łatwość, z jaką w Polce odrzuca się wszelkie kontrargumenty, piętnując rozmówcę jako przygłupa, faszystę, komucha, Żyda, wszystko jedno, jest dla mnie przerażająca; ja pod tym względem jestem nie stąd.

Agnieszka Graff, rozmawia Michał Sutowski, Jestem stąd,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

piątek, 22 sierpnia 2014

Wydana po raz pierwszy w 2001 roku. Do moich rąk trafiło wydanie drugie z 2008. Staroć na starociami i, niestety, stare, ale jare. Nawet prof. Chazan pojawia się nie jako duch. Kończąc książkę, patrzyłam na przechodzące obok mnie kobiety i pomyślałam: to absolutny cud, że jeszcze chce nam się w tak urządzonym kraju mieszkać. A teraz czekam na swój pierwszy raz...

Dobrze jest być po stronie dobra, kiedy ma się kilkanaście lat [...] Zdziwiło mnie słowo na „f”. Nie znałam żadnych feministek, zwłaszcza wojujących, ale sama nazwa miała w sobie coś groteskowego. Nie pasowało do mnie. Sugerowało pretensje do całego świata, zwłaszcza do mężczyzn, a ja chłopców lubiłam, i to bardzo. [...] Wspomnienie wróciło po latach, kiedy w kobiecym gronie snułyśmy opowieści o „tym pierwszym razie”: jedną z nas nazwano feministką jeszcze w dzieciństwie, kiedy odmówiła prania skarpetek swoim braciom, inną, gdy w podstawówce marzyła o grze w piłkę nożną, jeszcze inną, gdy zwierzyła się matce, że nie zamierza zakładać rodziny, dopóki nie skończy studiów. Straszne słowo na „f” pojawiało się jak znak „stop” — ostrzeżenie dla grzecznych dziewczynek, że posunęły się o krok za daleko.

*

Rzecz jednak w tym, że gdy mowa o kobietach, logika absurdalnych uogólnień ma swoją moc. Stereotyp przywołuje piękną fantazję o rzeczywistości idealnie symetrycznej i dwoistej: panie na prawo, panowie na lewo. Tu mamy krawaty, tam apaszki. Mężczyźni myślą, kobiety czują. Stereotyp porządkuje świat i sprawia przyjemność: utwierdza nas bowiem w przekonaniu, że wiedza potoczna jest słuszna, a rzeczywistość nas nie zaskoczy, odbiegając od naszych przyzwyczajeń. W kwestii płci okazujemy się ekspertami — wszak każdy z nas jest kobietą lub mężczyzną i „swoje wie”. [...] stereotyp ma to do siebie, że zwalnia z obowiązku myślenia.

*

Tam, gdzie chodzi o mit i rytuał, fakty nie mają nic do rzeczy.

Agnieszka Graff, Świat bez kobiet. Płeć w polskim życiu publicznym,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Cztery lata z hakiem. Prawie 1100 wpisów.
Ten. Szczególny. Podzielny nie tylko przez dziesięć, ale również przez sto.
Będzie o zmianie perspektywy.

Dawno, dawno temu napisałam, a potem Syrriusz przynajmniej raz w komentarzach powołał się na „tak, tak, pamiętam, Ty płacisz za karmę”. No i przyszedł dzień, że horyzont szerszy, niż rodzinne dwie mega-wypasione-wózkowe — co dziećmi wszystko w rodzinie wymusić potrafiły — stał się moim udziałem. Odszczekuję przynajmniej częściowo. Widzę szerzej, dalej, mniej hop-do-przodu.

I znów, ciut smutno, że stara książka jest wciąż tak bardzo na czasie...

I znów, ciut rozumniej, skąd niektórzy ludzie z tak niebywałą precyzją i pewnością, wiele razy mówili mi, że powinnam się wstydzić swoich wyborów, a już na pewno przestać pisać bloga, że to wszystko wbrew naturze. Uodporniłam się. Uparłam się na swoje żyje. Teraz rozumiem tło, kontekst ludzkich ciasnych horyzontów, że sami tego nie wymyślili. Miłe to rozumienie. Ale i straszne.

Milczenie to normalność, a niebezpieczeństwo ściągają ci, którzy o nim mówią.

*

Rzecz polega na tym, że klasyczna ekonomia zajmuje się podażą, popytem i zyskiem... a ludźmi wyłącznie jako autonomicznymi jednostkami podejmującymi racjonalne decyzje. Tymczasem opieka — tradycyjnie uznawana za kobiecą sferę działań — potrzebna jest właśnie tam, gdzie autonomii nie ma, a racjonalność nie wystarcza. Opieka — nad dzieckiem, chorym czy ludźmi starymi — z pozoru wydaje się po prostu „usługą”, czynnością, którą kupujemy od drugiego człowieka. W istocie jest także czymś więcej. To forma kontaktu, która wymaga fachowości, ale także zaufania, empatii, troski. Jeśli trwa to długo, powstają realne więzi, a to już wymyka się logice rynku.

*

Opieka kiepsko się mieści w neoliberalnym modelu ekonomicznym z jego ścisłym podziałem na prywatne i publiczne, z twardymi regułami wymiany. Sprawne funkcjonowanie sfery opiekuńczej — w tym publicznej opieki zdrowotnej — wymaga wyjścia poza te ramy. Wymaga przyznania, że zdarzają się rzeczy kosztowne, a zarazem nie w pełni podlegające logice zysku; intymne, a jednak niedające się zamknąć w domu.

*

[...] siatka pojęć dotyczących seksu i płci — „prawdziwej męskości”, „prawdziwej kobiecości”, a także „normalnej” i „zdrowej” rodziny — nakłada się na wizję państwa i narodu, postrzeganych jako swoiste przedłużenie rodziny. Stąd bliskie sąsiedztwo wyobrażeń dotyczących męskiej wspólnoty i prawdziwej polskości, macierzyństwa i ojczyzny; stąd też w warstwie wizualnej częste sąsiedztwo flag i embrionów.

*

Terlikowski odpowie pewnie, że jest u siebie, że Polska to kraj katolicki. Zgoda, ale ja też jestem u siebie. I bezrobotny z popegeerowskiej wsi, para lesbijek z dzieckiem czy ekolodzy. Istotą demokracji jest ochrona praw mniejszości — przed presją większości, dyskryminacją, napiętnowaniem, pogardą.

*

[...] można wręcz mówić o swoistej głębokiej strukturze stygmatyzacji i wykluczenia, opartej raczej na lęku niż na głęboko zakorzenionym poczuciu wyższości. W obu narracjach — antysemickiej i homofobicznej — kluczowy jest wątek podstępnego „lobby”, które „zagraża naszej cywilizacji”, a także tendencja do usprawiedliwiania przemocy wobec wykluczonej mniejszości jako rzekomych „prowokatorów”, którzy „narzucają się” większości.

*

Przyjmuje się, że kultura podlega przemianom, jednak określenie „tradycyjna polska rodzina” używane jest w sposób sugerujący coś ponadczasowego, odwiecznego, całkowicie na zmiany odpornego.

*

Okazuje się, że „gej” czy „feministka” ucieleśniają te wartości, które prawica, Kościół i znaczna część społeczeństwa uważa za „obce” polskiej tradycji. [...] Nie żyjemy w czasach „transformacji ustrojowej”, lecz w epoce odrodzenia pełnej resentymentu i agresji mentalności endeckiej, zarazem megalomańskiej i zakompleksionej.

Agnieszka Graff, Rykoszetem,
Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2008.
(wyróżnienie własne)

czwartek, 14 sierpnia 2014

Często bywa, że w jednych książkach znajduję znanych i cenionych przez siebie Autorów innych książek. W książce Cacho echem odbija się sposób pracy Güntera Wallraffa. W Magmie, którą właśnie przygotowuję do wyjścia z domu, jest przepiękny cytat z manifestu feministów napisanego przez prof. Wiktora Osiatyńskiego (poniżej). Ciasny mam umysł i nie mogę sobie wyobrazić, że można nie być feministką czy feministą.

pozwolę sobie przytoczyć kilka zdań z tego pięknego, mądrego tekstu:

Jestem feministą, ponieważ wiem, iż nierówność i dyskryminacja płci są tak powszechne, że niemal niedostrzegalne. [...] Jestem feministą, ponieważ wiem, że w większości kultur współczesnego świata małżeństwo sprowadza się do tego, iż kobieta wobec wybranego mężczyzny wyrzeka się tych środków ochrony przed przemocą i gwałtem, jakie przysługują jej wobec obcych ludzi. [...] Jestem feministą, ponieważ marzy mi się świat ludzi prawdziwie równych, bez względu na płeć, rasę, wyznanie, orientację seksualną lub jakąkolwiek inną przyczynę. Jestem feministą, ponieważ wiem, że nierówność płci czyni mnie samego gorszym i odziera także mnie z godności. Wierzę zatem, że jeśli będziemy się traktować z równym szacunkiem, to będzie lepiej nie tylko kobietom, ale także mężczyznom.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

środa, 13 sierpnia 2014

Dawno, dawno temu. Dwie kobiety. Dziś dobry kawałek po sześćdziesiątce z jednym bądź dwójką dorosłych synów. Niezależnie od siebie, w różnych punktach czasoprzestrzeni powiedziały:
     — Nie wyobrażam sobie, że mogłam urodzić dziewczynkę.

Jako kobieta poczułam się dziwnie. Taaaak, feminizm to potworny wymysł.

*

Nie tak dawno. Był taki czas, gdy zaglądałam na ten blog z przeogromną przyjemnością. Lekki dysonans miałam, bo był Pietruszka, ale była Zochacz. Czytałam, śmiałam się, przechodziłam obok tej lingwistycznej nierówności z przymkniętym okiem. W re-komentarzach na swoim blogu zawsze pisałam MamoPietruszki&Zosi, bo Zochacz mi przez gardło i palce nie przechodziło. Oczywiście, rzuciła mi się na mózg lingwistyczno-psychologiczna maniera, przerost tkanki myślowej, ale nikt mi nie wmówi, że to czułe czy słodkie. Przelało mi się i przestałam czytać, gdy Autorka uznała, że gender to wymysł — cóż, ślepota na te kwestie wśród heteronormatywnych ludzi to efekt przywileju przynależności do większości (najczystsza psychologia w praktyce).

Oczywiście, mam nie po kolei w głowie, skoro dziwuję się nazwie:

Pietruszka, Zochacz i Jaś

i mam to samo dziwne poczucie, że nikomu nie przyszłoby do głowy, bym zobaczyła:

Pietrucha, Zosieńka i Jachu

Relacja matki z córką to jedna z najtrudniejszych. Córkom bardzo trudno wyjść obronną ręką. Taaaak, feminizm to potworny wymysł.

*

Gdy wróciliśmy z weekendu z Bliźniaczym Małżeństwem, ze stosiku książek wyjęłam kolejną Graff, a po cichutku zamówiłam resztę. No prawie resztę, bo ostatnią trzeba było przez Sadownika na Allegro nabyć.

Po raz kolejny dziękuję Agnieszce Graff i dziwuję się, że tak późno otworzyłam jej książki. Ze mną naprawdę wszystko ok! Mierzyć się ze światem byłoby mi chyba ciut łatwiej, gdybym te książki przeczytać dziesięć lat temu mogła, ale wtedy ich jeszcze nie było. A feminizm to ważna rzecz. Może najważniejsza, gdy matki córkom ucinają skrzydła. Niestety, choć ta książka całkiem stara, to wciąż tak bardzo aktualna.

Przemoc wobec kobiet, niszczenie ich godności, ograniczanie ich swobody odbywają się bowiem w poczuciu, że kobiety to nie obdarzone niezbywalnymi prawami jednostki, lecz coś w rodzaju zasobu naturalnego, własność wspólnoty. Kobiety okazują się zawsze czyjeś, zwłaszcza podczas wojen czy konfliktów. Naszych się pilnuje, ogranicza ich wolność, okrutnie karze za przejawy autonomii. Cudze się gwałci. W imię wartości religijnych, narodowych, kulturowej tradycji z „naszymi kobietami” mężczyźni robią rzeczy urągające ludzkiej godności.
     Warto tu podkreślić, że zagrożeniem dla praw kobiet nie jest religia jako taka, lecz religia podporządkowana polityce. Zwłaszcza religia uwikłana w nacjonalizm. Bóg nie ma tu nic do rzeczy. Wiedzą to katoliczki, muzułmanki, protestantki, żydówki, ateistki i agnostycy. Gdy podważa się zasadę rozdziału instytucji państwowych i religijnych, gdy prawa grupy stawia się ponad prawami jednostki, kobiety są szczególnie zagrożone.

*

Żeby odnieść sukces, trzeba go sobie najpierw wyobrazić jako coś możliwego. A naszą wyobraźnię kształtują podsuwane nam obrazy tego, co wyobrażalne. [...] Że nastała era ambitnych kobiet, które „nie czują się dyskryminowane”? Cóż, może i się nie czują. Chodzi jednak o to, że dyskryminacja jest faktem społecznym, a nie uczuciem.

*

Patrzę na te ich zmagania, na rozdarcie między ambicją, a tym, co uważają za „kobiecość”, i wiem, że to nie są osobiste dylematy Kaśki, Oli czy Agaty. To są skutki uboczne bycia inteligentną, ambitną kobietą w społeczeństwie, które ambicję uważa za niekobiecą, a na inteligencję nam co prawda pozwala, ale pod warunkiem, że mamy też inne, bardziej kobiece zalety. Osiągając sukces, mężczyzna podkreśla i podbudowuje swoją męską tożsamość. Robiąca dokładnie to samo kobieta stawia swoją kobiecość pod znakiem zapytania. Kobiecość jest od wieków definiowana jako uległość, łagodność, opiekuńczość, nadmierna emocjonalność, a zatem — powiedzmy to sobie otwarcie — jako przeciwieństwo sukcesu zawodowego, o który trzeba rywalizować, wierząc w siebie, stawiając sobie cele i wymagania. Sukces to niemal zawsze władza. A my boimy się, że władza nas „odkobieci”. Żyjemy w patriarchalnym społeczeństwie i obawiam się, że w jakimś stopniu wszystkie — nie wyłączając feministek — mamy po trosze patriarchat w głowach.

Agnieszka Graff, Magma,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

piątek, 01 sierpnia 2014

Zaczęło się w czerwcu. Co Sadownik kupuje gazetę w sklepiku-kiosku, staję przy odpowiedniej półeczce i podczytuję. Nie kupię przecież, bo mnie to nie dotyczy. Gdy któregoś razu Sadownik stwierdził, że zostawił portfel w samochodzie, byłam w siódmym niebie — poleciał na parking a ja w spokoju ducha wertowałam.

Aż nadarzyła się okazja. Bliźniacza Liczba musi to mieć — zawyrokowałam. Miesiąc temu kupiłam w pakiecie innych, zaliczonych jako wartych podarowania. Leżała sobie książeczka spokojnie czekając na swój czas i swoją nową właścicielkę. Wyjęłam wczoraj, by spakować. I zatrzymała mnie na kolejnych trzydzieści stron. Czytałam ledwo uchylone stronice, by nie zagiąć, odgiąć i nie wypuścić zbyt dużo drukarnianego zapachu, co dla czytających jest niebywałą rozkoszą.

Słyszałam o kobiecie, która, gdy kupi komuś prezent książkowy, musi go przed podarowaniem osobiście przeczytać od deski do deski. No i masz, dziewictwo straciłam w tej kwestii, zrobiłam sama tak dziś. Nie mogłam się już oderwać. Przeczytałam do ostatniej literki. Kajając się doniosłam na siebie Bliźniaczej Liczbie o czynie tym haniebnym. I tylko jeden problem wciąż mam, że gdybym cofnęła czas i tak zrobiłabym to jeszcze raz! Muszę donieść o tym Bliźniaczej.

Książka doskonała i chciałoby się rzec... obowiązkowa. Lekko napisana choć o rzeczach niełatwych, mrożących krew w żyłach. W kilku miejscach ubawiłam się do łez. I tylko w dwóch z poruszanych kwestii zgodzić się z Agnieszką Graff nie mogę. Po pierwsze, w kwestii „wózkowych”, o których pisał Mikołejko — założę się, że Autorka udaje, że nie zrozumiała o co mu chodziło; bo nie o to, o czym wspomina Graff. Nie uwierzę, że nigdy choć jednej „wózkowej” nie spotkała. Po drugie, gdy pyta: „Czy rodzicom należą się od bezdzietnych podatników pieniądze?”  to krew mi się burzy na, chwilowe choćby, przeciwstawianie dzietnych bezdzietnym. Tak jak nie ma dwóch gatunków matek, tak nie ma dwóch gatunków kobiet (dzietnych i bezdzietnych) — wszystkie w tym kraju, wbrew pozorom, jedziemy na tym samym wózku obywateli drugiej kategorii.

Z jednej strony mamy rodzinne „ideolo”: wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie — jak wiadomo — dziecko. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym człowiekiem — czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym — czyni w Polsce pariasa.

*

W polskiej debacie publicznej przyjął się podział: po  jednej stronie prorodzinny konserwatysta, po drugiej — indywidualistyczny liberał, lewicowiec, gej i feministka. U nas kultura śmierci, u nich — kultura życia. My samotni i zgorzkniali, oni — otoczeni gromadą słodkich maluszków. Ten podział to bzdura. Najwyższy czas odebrać konserwatystom monopol na „rodzinność”.

*

Pewien mój znajomy dorzuca nieśmiało, że ta kobieca niezastępowalność i bezbrzeżna kompetencja przy dziecku to często także potężna broń w związku z mężczyzną, maszynka do produkowania w mężczyznach poczucia winy i bezradności. Zgoda. Dodajmy, że produkujemy też bezczynność oraz bezkarność. — bo przecież skoro ona zrobi przy dziecku wszystko, to dla niego zostaje... nic. Jeśli chcemy być w życiu nie tylko matkami, jeśli chcemy, by nasze dzieci miały ojców z prawdziwego zdarzenia, to musimy odrobinę odpuścić. Macierzyńska wszechwiedza i wszechkompetencja to broń obosieczna.

*

[...] Ale już tydzień to w życiu dwulatka bezkres. Mój czas i jego czas to tylko pozornie ten sam żywioł.
     W dzieciach jest coś, co wprawia nas w osłupienie, jeśli mamy odwagę (i czas), by się nad tym zastanowić. Niby to oczywistość, że rosną. Ale przecież także metafizyka. Dzieciństwo to płynna tożsamość. Nic tak nie uświadamia nieuchronności upływu czasu — i, nie czarujmy się, naszego starzenia się — jak obecność w naszym życiu małego człowieka. Jak to, to tego maluszka już nie ma? Może to właśnie metafizyczny lęk — tę obcość i bliskość, to mgliste wspomnienie własnego dzieciństwa, własnego przemijania i własnej śmiertelności — oswajamy durnym ględzeniem o tym, że dzieci rosną.

*

Mam jednak kłopot ze słowem „przedsiębiorczość”. To słowo zrobiło w Polsce zawrotną karierę, ale ja za nim nie przepadam. I wiem, że nie jestem w tej niechęci odosobniona. Podobno pewna duża stacja telewizyjna zrobiła ostatnio badania, z których wynika, że wielu Polaków czuje podobnie — na dźwięk tego słowa ludzie odruchowo zmieniają kanał. Dlaczego? Bo mają poczucie, że słowo „przedsiębiorczość” ich wyklucza, a może nawet obraża.
     To słowo premiuje indywidualizm, a deprecjonuje wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne. Kult przedsiębiorczości zawiera też w sobie lekceważenie tych, którzy okazali się „za mało przedsiębiorczy”. Sugeruje, że sami są sobie winni, jeśli nie wygrali w rynkowej grze. Nie zarabiasz — zdychasz. Od lat słowo „przedsiębiorczość” służy w Polsce piętnowaniu ludzi biednych jako roszczeniowych nieudaczników, a jednocześnie zwalnianiu państwa od odpowiedzialności za biedę, za wyrównywanie szans.

*

Pierwsza ma awans, wizytówki i markowy ciuch w pepitkę, a przed domem wypasione auto. No tak, ale w oczach jakieś napięcie i żal. I dzieci smutne, już niemal wolą nianię. Druga siedzi w domu, pachnie mlekiem i proszkiem do prania. Na kolanach szczęśliwy bobas, baba drożdżowa rośnie w piecu. Ale jak się bliżej przyjrzeć, okaże się, że mama anioł ma coś bezmyślnego w twarzy, jakąś nudę i brak perspektyw. Znacie te dwa obrazki?
     Oba są podszyte niechęcią do kobiet. Panią Ambitną otacza aura nowoczesności i poczucie winy. I słusznie, bo suka jedna, dziecko zaniedbuje. Pani Mamuśka słodka jest i czuła, ale w głębi pastelowego raju czai się wąż: oskarżenie o lenistwo i pytanie, co z nią będzie, gdy dzieci podrosną, a mąż (odpukać) wymieni ją na nowszy model. I słusznie wymieni, kwoka rozlazła, trzeba było pracować.

     [...]
     Nie ma dwóch gatunków matek. Jest pęknięcie w świecie, który się z macierzyństwem nie liczy. Przepaść między prywatnością i pracą. I rozdarcie matek: być nie tam, gdzie się akurat jest. Być tu i tam jednocześnie. Poczucie, że coś ucieka, coś przegrałaś, na coś się nieodwołalnie spóźnisz. Tu i tam.

*

Nie chodzi o kolory. Chodzi o pisane z góry życiowe scenariusze. „Dziewczynka? Ojej, jaka śliczna, a jakie długie ma te rzęsy! Jaka łagodniusia i jak zalotnie patrzy”. „Chłopczyk? Od razu wiedziałam! Jaki duży! Widać, że urwis”. Oba opisy padały wielokrotnie z ust życzliwych pań w parku, a dotyczyły pary bliźniąt, których mamę poznałam przy piaskownicy. Dzieci są prawie nie do rozróżnienia.

Agnieszka Graff, Matka Feministyka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

*

| < Lipiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...