Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?

Wpisy z tagiem: bele-trele-fiction

piątek, 15 lutego 2019

Przyszła do mnie w zeszłym tygodniu w szpitalu. Zatrzymała przy sobie słowami z opisu: kiedy chcesz zmienić czyjeś życie, zmieniasz swoje, a kiedy prosisz o pomoc innych, sam im pomagasz. Ostatnich osiem słów przykuło mnie do niej. Na szczęście, odkryłam to po powrocie do domu, książka była w ibuku, więc zrobiłam tylko klik, klik, klik.

To powieść, ale i dziecinnie prosta konstrucja dla całkiem dorosłego dziecka w nas. To właśnie ono popędza: no citaj! Wstajesz wcześniej, nie przeszkadza ci okienko w harmonogramie dnia, nie masz problemu, że trzeba poczekać — citasz.

Można powiedzieć krótko: infantylnie opowiedziany banał z kilkoma realistycznymi (bardzo) scenami, sportretowanych kilka mechanizmów społecznych, w które z lubością (zbyt często) ludzie dają się wkręcać. To też prawda, ale.

Ten moment, najpiękniejszy, gdy chcesz już rzucić tę książkę w kąt, bo zrobiło się w niej zbyt tłumnie i nie możesz już dalej z tymi kreaturami, ale nie rzucasz, bo trzyma cię nadzieja, że bohater porzuci ten tłum, nim ty to zrobisz, tracąc zainteresowanie opowieścią.

     — Nie mam na myśli niczego religijnego. Myślę o ufności w coś, czego się nie zna, i o dążeniu do tego. O wierze, że można coś zmienić.

*

Prawda jest taka — tutaj włożył palec do ucha — że wszyscy mamy przeszłość. Wszyscy mamy coś, co chcieliśmy zrobić lub czego nie zrobiliśmy. Życzę panu powodzenia.

*

Początek może się zdarzyć więcej niż raz i na różne sposoby. Można pomyśleć, że zaczęło się coś od nowa, gdy tak naprawdę kontynuuje się to, co robiło się wcześniej. Stawił czoło swym słabościom i pokonał je, a więc prawdziwa wyprawa zaczęła się dopiero teraz.

[…] bezbronność ludzi, a także ich samotność, napełniały go podziwem i czułością. Świat składa się z ludzi, którzy robią krok za krokiem, a życie może wydawać się zwyczajne tylko dlatego, że ktoś tak żył przez długi czas. Harold nie mógł już przejść obok nieznajomego, nie uznając prawdy, że każdy był taki sam, a jednocześnie wyjątkowy, i że taki jest paradoks ludzkiej natury.
     Szedł tak pewnie, jakby przez całe życie czekał, by wstać z krzesła
.

*

Jeśli nie będę komplikował sobie życia, wiem, że dam radę tam dojść.

*

Aby mu się powiodło, musi pozostać wierny uczuciu, które zainspirowało go na samym początku. Nie miało znaczenia, że inni ludzie zrobiliby to inaczej, w rzeczywistości było to nieuniknione.

*

Bardzo pragnął jej dotknąć, a jednocześnie trząsł się ze strachu.

*

Jak o tym wszystkim opowiedzieć? Tu chodziło o całe życie. Mógł próbować szukać słów, ale nigdy nie będą one miały takiego samego znaczenia dla niej, jak miały dla niego.

*

Wstałeś i zrobiłeś coś. Ale jeśli próba znalezienia drogi, gdy nawet nie wiesz, czy możesz się tam dostać, nie jest małym cudem, to co nim jest?

*

[…] przez krótką wspaniałą chwilę piękno napełniło Maureen uczuciem, które wydawało się jej radością. Pomyślała, że jeśli nie potrafimy otworzyć się na to, czego nie znamy, to naprawdę nie ma już dla nas nadziei.

Rachel Joyce, Niezwykła wędrówka Harolda Fry,
przeł. Tomasz Macios, Wydawnictwo Znak, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)


wtorek, 12 lutego 2019

Bukowski Bukowskim. Naznaczony swoją płcią nawet nie otarł się o kobiecość, choć myślał pewnie, że zdarzyło mu się to miliony razy. I właśnie dlatego wiersze wierszami, ale to w tej książce znikałam szpitalnymi nocami.

Chodziła za mną latami, pojawiając się znienacka to tu, to tam. Argument miała mocny: czeski kawałek literatury. Lubię czeskie filmy, lubię czeskie książki, ostatnio uwielbiam jednego czeskiego neurologa. Wyjścia jakby nie było.

Dawno nie czytałam tak wspaniałej powieści — na początku toczy się wolno (prawie pożałujesz, że się za nią wzięłaś), potem nabiera tempa, ciarki są, przyspiesza, do ostatniej sceny dobiegasz, a potem już jesteś tylko ze sobą, w zamyśleniu, poruszeniu wewnętrznym i zadumie. I czekasz już tylko na siebie.

Ja wciąż czekam.

Mam ciarki ze strachu… Nic nie jest takie, jak wcześniej, bo ona nie jest taka, jak wcześniej.

*

Bo tak, jak jest teraz, wcale być nie musi.

*

Wciąż natykam się na kolejne kawałki układanki. Ale nie mają sensu, nie łączą się w całość. A ja nie mogę tak dalej, mam tego dość. Nie chcę już przypadkowo trafiać na strzępki informacji, chcę w końcu połączyć je ze sobą, posklejać tę kupkę skorup, przyjrzeć się temu i poczuć ulgę.

*

Nauka kończy się tam, gdzie zaczyna się  j a.

*

Wszystko się toczy tak, jak żeś chciała, swoim tempem… Ino pamiętaj, życia nie da się zaplanować, uporządkować, co do dnia, co do tygodnia, tak samo, bez przerwy. Żyjesz, jakbyś już martwa była. Tak nie można, nie można.

*

Za murami obronnymi ładu i namacalnych, jednoznacznych spraw czuła coś jeszcze. Coś, co tliło się poza granicami niezaprzeczalnie logicznego świata.

*

[…] coś w niej pękło i zaczęło wibrować, nie była pewna, czy to uczucie przerodzi się w płacz, czy w rozpaczliwy wrzask.

*

 […] sama wisz, że tak to już jest z wróżbami, trzeba ich po prostu wysłuchać, boć sens otwiera się pomału, stopniowo, tak jak kwiat, aż się cały rozwinie, a i to zależy od tego, czy człowiek umi dobrze przyglądać się światu. I jak bardzo chce dotrzeć do celu.

*

Nagle się przestraszyła. Nie wiedziała dokładnie czego, nie wiedziała, z jakiego powodu, wiedziała tylko, że narodziło się w niej coś nowego, coś, czego już nie stłumi i co nie pozwoli jej żyć, jak dotąd żyła.

*

[…] wstaje, podchodzi i obejmuje ją od tyłu. Dora czuła jej przesycony wypalanką gorący oddech na swoim karku. Zamknęła oczy i skuliła się, jakby chcąc utonąć w rozłożystych ramionach Janigeny. Właśnie tego potrzebowała. Czyjegoś zaangażowania. Nie chciała już zawsze polegać tylko na sobie.

*

Nagle nie stał już przed nią człowiek, który bezczelnie nadużywał swojej pozycji w społeczności niewykształconych górali, ale samotny, niespełniony mężczyzna, niemający odwagi wziąć losu we własne ręce i żyć według własnych przekonań.

Kateřina Tučková, Boginie z Žítkovej, przeł. Julia Różewicz,
Wydawnictwo Afera, Wrocław 2014.


niedziela, 03 lutego 2019

Panie Bukowski, rano było rano. Pakując się, zdecydowałam, że listonosz nie idzie ze mną planowo do szpitala. Twoje wiersze — te, które pokazał mi Smoku — idą, a listonosz nie. Trzeba było z nim skończyć dziś.

Rano było rano, a ja wciąż żyłem.
     Może napiszę powieść — pomyślałem.
     A potem to zrobiłem
.

Panie Bukowski, dobrze, że pan to zrobił nieraz. Pierwszy kawałek pana prozy za mną — umiem już pana czytać. Klucz, według którego bardzo ostrożnie wybierałam tytuł (miłość do pana literek młodziutka), był dość prosty.

Po pierwsze, Listonosza pożyczyłam od Gepardzicy i Smoku, a w zasadzie od Smoku przez Gepardzicę, jakieś dwa lata temu — pamiętam, że było ciepło. Pożyczyłam na tyle dawno, że Smoku uzupełnił swój „papierzowy” zbiór o nowe wydanie — widziałam (!), panie Bukowski, całą półkę, na której pan stoi.

Po drugie, uciekłam się do następującej sztuczki. Uwielbiam pana wiersze, już pan to wie… gdy pierwsze rozdziały Listonosza połamać na wersy i strofy… są to wspaniałe wiersze… wie pan o tym?

I tu zaczyna się znana opowieść o tym, jak kobiety zwalają się człowiekowi na kark. Myśli, że ma trochę wytchnienia, aż tu patrzy i zjawia się kolejna.

*

Było to jedno z moich najlepszych przeżyć w łóżku. Słyszałem szum wody, słyszałem wędrujące fale. Miałem wrażenie, że niesie mnie ocean, że to się nigdy nie skończy. Potem zsunąłem się na bok.
     — O Jezu Chryste — jęknąłem. — Jezu Chryste!
     Nie mam pojęcia, jakim cudem Jezus Chrystus zawsze wdawał się w takie sprawy
.

*

     — Słuchaj, chłopcze. Może zrezygnujesz z tej roboty? Idź do siebie i pisz. Popracuj nad tym.
     — TO MOŻE ZROBIĆ TAKI GOŚĆ JAK TY — odparł — BO MASZ WYGLĄD PIJACZYNY. LUDZIE BĘDĄ CIĘ ZATRUDNIAĆ, PONIEWAŻ MYŚLĄ, ŻE NIGDZIE INDZIEJ NIE DOSTANIESZ PRACY I ZOSTANIESZ U NICH. MNIE NIE ZATRUDNIĄ, BO PATRZĄC NA MNIE, DOSTRZEGAJĄ MOJĄ INTELIGENCJĘ I MYŚLĄ: NO CÓŻ, TAKI INTELIGENTNY CZŁOWIEK JAK ON NIE ZOSTANIE U NAS, WIĘC NIE MA SENSU GO ZATRUDNIAĆ.
     — Mimo to radzę ci, idź do siebie i pisz.
     — ALE JA MUSZĘ MIEĆ ZAPEWNIONY BYT!
     — Dobrze, że inni nie myśleli w ten sposób. Dobrze, że van Gogh tak nie myślał.
     — BRAT KUPOWAŁ MU FARBY! — odparł chłopak
.

*

     — Bracia i siostry! — mówiłem.
     — Bracie Hank!
     — Cześć, bracie Hank!
     Toczyliśmy ze sobą grę, grę czarnych z białymi, a oni lubili w niej uczestniczyć. Boyer podchodził do mnie, dotykał mojej ręki i mówił:
     — Człowieku, gdybym miał twoją karnację, byłbym milionerem!
     — Na pewno, Boyer. Tylko tego ci trzeba: białej skóry
.

*

     — O cholera — odparłem. — Mogę mu załatwić pracę.
     — Gdzie? Jak?
     — Przyjmują do pracy na poczcie, we wszystkich działach. Nieźle płacą.
     — NA POCZCIE! ROBBY JEST ZBYT WRAŻLIWY, BY PRACOWAĆ NA POCZCIE!
     — Przepraszam, myślałem, że warto spróbować. Dobranoc
.

*

     — Jak mogę pracować w nocy przez dwanaście godzin, wyspać się, umyć, zjeść, dojechać i wrócić z pracy, odebrać pranie, zapłacić czynsz i za gaz, zmienić opony, załatwić wszystkie te drobne sprawy i jeszcze uczyć się do egzaminu? — zapytałem jednego z instruktorów w sali ćwiczeń.
     — Zrezygnuj ze snu — poradził.
     Spojrzałem na niego. Nie robił sobie jaj. Ten cholerny głupiec mówił zupełnie poważnie
.

*

     — Co facet taki jak ty robi w takim miejscu?
     — Wszystkie dziewczyny zadają mi to pytanie.
     — To naprawdę szczurza nora.
     — Nie pozwala mi zadzierać nosa
.

*

     — Historia jest po naszej stronie, dziecinko. Nie możemy być w błędzie!

*

Postawiłem klatkę na ziemi, otworzyłem drzwiczki i usiadłem na schodach.
     Ptaki spojrzały na drzwi klatki. Nie mogły tego zrozumieć, i mogły zarazem. Czułem, jak ich ptasie móżdżki próbują zaskoczyć. W klatce miały jedzenie i wodę, ale czym była ta otwarta przestrzeń
?
     Zielono-żółta papużka pierwsza ruszyła w nieznane. […]
     Potem nadeszła kolej na tę czerwoną z zieloną piersią. Wyglądała na o wiele bardziej niezdecydowaną. Nerwowo chodziła po dnie klatki. Piekielnie trudna decyzja. Muszą je podejmować ludzie, ptaki, wszystkie istoty. Ciężka sprawa.

Charles Bukowski, Listonosz,
przeł. Marek Fedyszak, wydanie czwarte,
Oficyna Literacka Noir sur Blanc, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)


     — Dlaczego nie możesz się uczyć?
     — Właśnie dlatego tu przyszedłem. Żeby pana o to zapytać. Pewnie jestem stuknięty, ale wszystkie te ulice przecinają się w różnych miejscach. Proszę spojrzeć.
     I wręczałem mu schemat podziału na sześciu zszytych u góry kartkach, zapisanych z obu stron drobnym drukiem.
     Psychiatra przerzucał kartki.
     — I masz to wszystko zapamiętać?
     — Tak, doktorze.
     — Cóż, mój chłopcze — rzekł, oddając kartki — nie zwariowałeś, nie chcąc uczyć się tego. Byłbym raczej skłonny uznać, że zwariowałeś, gdybyś chciał się tego nauczyć. Należy się dwadzieścia pięć dolarów.
    Tak więc dalszej psychoanalizie poddałem się sam i zachowałem forsę dla siebie
.

*

No cóż, wziąłem schemat podziału na rejony i skojarzyłem wszystko z seksem i wiekiem. […]
     Jestem pewien, że egzaminatorzy nie wpuściliby mnie do tej szklanej klatki, gdyby wiedzieli, o czym myślę, patrząc na otrzymane karty. Wszystkie wyglądały dla mnie jak starzy znajomi.
     Mimo to w paru orgiach coś poplątałem. Za pierwszym razem trafiłem dziewięćdziesiąt cztery razy.
     Dziesięć dni później, gdy tam wróciłem, dokładnie wiedziałem, kto komu co robi.
     W ciągu pięciu minut rozdzieliłem bezbłędnie sto procent kart.
     I dostałem list gratulacyjny od Naczelnika Poczty Miejskiej
.

(tamże)

czwartek, 06 grudnia 2018

Z kronikarskiego obowiązku, ale też jako efekt czyszczenia buforów pamięci i wrażeń, nim z tu wyląduję w tam. Skończyłam pierwszą.

Bardzo angielska książka. Należy czytać powoli i nie spodziewać się nagłych zmian akcji. Subtelna. Mocna w wymowie; w tym, co nie zostało w niej powiedziane, przeżyte.

     — […] Tymczasem nie mogę nawet powiedzieć, że popełniałem własne błędy. Doprawdy, nasuwa się pytanie, i jakaż w tym godność?
     — E tam, posłuchaj no pan. Nie całkiem rozumiem, o co panu chodzi, ale coś mi się zdaje, że nie podchodzisz pan do tego, jak należy. Po co cały czas oglądać się na to, co było? Nic dziwnego, że robi się panu żal. A że nie potrafisz pan już pracować tak jak dawniej? No i dobrze, każdego to czeka! Każdy kiedyś musi wreszcie odpocząć. […] A że obaj nie jesteśmy już młodzieniaszki? To i dobrze! Trzeba dalej patrzeć w przyszłość. — I zdaje się, że wtedy wyrzekł te słowa: — Baw się pan.

*

Przez całe przedpołudnie szczególnie prześladowało mnie jedno ulotne wspomnienie — wspomnienie pewnej chwili, której nie zapomnę nigdy. […] Stoję nie bezpośrednio naprzeciw tych drzwi, lecz lekko zwrócony w ich stronę, przygwożdżony niepewnością, czy mam zastukać, czy nie, przeświadczony, że tam, za tymi drzwiami, zaledwie parę kroków ode mnie […].

*

     — Słyszałam, że podobno właśnie wiele uczonych ksiąg zawiera fragmenty wielce pikantne, ale nigdy nie ośmieliłam się tego sprawdzić. No, panie Stevens, niechże pan powie, co pan czyta.

*

Wiedziałem jednak, że nic nie uzyskam, użalając się nad sobą, a tym bardziej marnując ostatnie chwile światła słonecznego.

*

     — Więc dlaczego, panie Stevens, dlaczego wtedy pan mi tego nie powiedział?

*

Jak już powiedziałem, nigdy dotąd nie myślałem w ten sposób o tej sprawie; być może jednak już tak jest, że podróż otwiera przed nami nowe, zdumiewające perspektywy, i to w sprawach, które, zdawać by się mogło, zostały już dawno i gruntownie przemyślane.

Kazuo Ishiguro, Okruchy dnia, przeł. Jan Rybicki,
Wydawnictwo Albatros, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)


piątek, 16 listopada 2018

Po papierzu, po Szczygle potrzebowałam czegoś — nawet jeśli na poważny temat — podanego w mniej realny i poważny sposób. Wybór, biorąc pod uwagę zawartość mojego kundla, wydawał się oczywisty.

Ponad sto dziesięć drobiazgów — zbudowanych słowem światów, w których ojcowie i synowie grają pierwsze skrzypce. Bawili mnie do łez. Być może dlatego, że ja sama synem nie jestem. Były te miniaturki bardzo skuteczne w odrywaniu mnie od rzeczywistości. Płakałam ze śmiechu. Gdybym była synem, być może byłby to śmiech przez łzy. Delektowałam się do samego końca jako córka.

Wszystkie dorosłe dzieci, bez względu na płeć, po tej książce staną przed potrzebą znalezienia własnej odpowiedzi na pytanie kontrolne: po czym poznaję, że żyję własnym życiem?

[…] umiał już obliczyć wartość netto takiej czy innej inwestycji, pić wstrzemięźliwie z akcjonariuszami z Korei oraz płynnie i przekonująco władać korporacyjnym żargonem swoich przodków.
     Ale syn nie miał prezencji ojca, jego majestatyczności, wzrostu, szerokich ramion, brzucha, a wszystko to wydawało się nieodzowne w piastowaniu stanowiska prezesa.
[…]
     Jednak pewnego popołudnia, w przededniu corocznego walnego zgromadzenia akcjonariuszy, ojciec wezwał go do gabinetu, kazał zamknąć drzwi, po czym, ciągnąc suwak ukryty za prawym uchem, rozpiął całe swoje ciało, a ze środka wyszedł niewysoki, sentymentalny, osiemdziesięcioletni malkontent.
     — Masz, włóż to — powiedział stary mężczyzna, podając młodzieńcowi rosłe, charyzmatyczne, barczyste ciało. — Nie, nie tak. O tak, w ten sposób
.

*

     — Niedobrze — odezwał się ojciec po deserze.
     — Fakt — przyznał syn.
     Obaj byli ludźmi uczuciowymi, więc zebrało im się na płacz, chociaż ojciec uważał, że napływające do oczu łzy są sprawą biochemii, podczas gdy syn uważał, że jego łzy są introspekcyjne
.

*

Bliżsi naszym czasom mędrcy z tej linii przekazu byli pijakami, narkomanami i lubieżnikami. Wybierali normalność, milczenie albo obłęd. Pisali dobre i złe wiersze. Trzej zrobili karierę w polityce, dwaj w finansach, dwaj w know-how, jeden przeprowadził się do Minneapolis-Saint Paul i słuch o nim zaginął […].

*

Oczywiście, myślał dalej Leonard, źródłem największej liczby tworzonych światów równoległych są ojcowie dyktujący synom, co mają robić w życiu — w ten sposób natychmiast tworzą świat, w którym synowie słuchają ojcowskich wyroków, oraz świat, w którym synowie się buntują, jak również nieskończone mrowie światów, w których synowie probabilistycznie wahają się między posłuchem a buntem. Lecz nie tylko ojcowie tworzą takie światy — każda interakcja między członkami rodziny powołuje do życia co najmniej jeden świat, przeważnie więcej, zwłaszcza interakcja, która niesie ze sobą wymagania; Leonard, zanim jeszcze odkleił czoło od szyby, doszedł do wniosku, że większe rodziny, jak również rodziny bardziej ze sobą zżyte, rodzą więcej światów równoległych, a zżyte ze sobą duże rodziny, stawiające przed swoimi członkami wiele wymagań, rodzą ich najwięcej.

*

W kategoriach fizyki nazwanie rozmowy z ukochaną osobą węzłem rozszczepiania wszechświata albo punktem nodalnym niekonieczne było wyrazem krytycyzmu, a gotowość do wkroczenia w taką relację powinna zależeć wyłącznie od chęci bycia probabilistycznie schwytanym między wszystkie możliwe rezultaty.

*

Staramy się (bez powodzenia) wyrwać z matczynych objęć tak samo, jak próbujemy (bez powodzenia) wyrwać się z ojcowskich uścisków.

*

To, co dawniej zdawało się niewytłumaczalne, teraz w ogóle nie wymaga wyjaśnienia. Albo docieram wreszcie do dna tej bezdennej otchłani, albo bezdenna otchłań przez cały czas była na powierzchni.

*

[…] robot, skonstruowany przez wynalazcę Shimurę — mający zapewnić dzieciom w sierocińcach ojcowską, choć tylko humanoidalną opiekę — okazał się fiaskiem. Na ogół zupełnie ignoruje dzieci. Co kwadrans podnosi rękę i gwałtownym gestem ucisza cały sierociniec. Pasjami czyta biografie tytanów biznesu, które — zgodnie z podręcznikiem obsługi — skanuje oczami i ściąga na pojemny twardy dysk.

*

Po czterdziestu latach mozolnych, samotnych, często obłąkańczych badań słoweński fizyk stwierdził, że siódma cyfra po przecinku w pewnej stałej fizycznej, którą odkrył i obliczył do szóstego miejsca po przecinku jego nieżyjący ojciec i którą wyryto na grobie nieboszczyka, wynosi dziewięć.

Adam Ehrlich Sachs, Po ojcu. Opowiadania, przypowieści i syndromy,
przeł. Robert Sudół, Czarna Owca, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)


niedziela, 28 października 2018

Eksperyment trwa. Nie czytam. W czwartek między zajęciami, skoro nie czytam programowo, postanowiłam rzucić okiem na to, co czytał Dudi. W ten sposób w ciągu kilku minut miałam tę książkę do tramwaju.

Casilda westchnęła. Gdyby nie westchnęła, uznałabym czas spędzony z dziewięćdziesięciolatkiem i burdelmamą za prawie stracony. Na szczęście Casilda westchnęła. Gdyby nie westchnęła, poza świadkowaniem kilku rozmowom, które rozbawiły mnie do łez, wzruszyły lub zadumały ciut, książkę uznałabym za obrzydliwą. Na szczęście Casilda westchnęła. Wciąż są w tej książce sceny, które wykręcają mnie na lewą stronę, ale jako całość jest ona warta grzechu, czasu i towarzystwa porannej kawy.

Gdyby jednak ta opowieść była dwa razy grubsza, nawet fakt, że Casilda westchnęła, nie pomógłby — rzuciłabym tę książkę w cholerę, nazwisko autora nie dawałoby żadnej taryfy ulgowej — won!

Ja jestem tą, której nie szukasz.

*

Wiesz, zaczynam się powoli starzeć, powiedziałem. Już jesteśmy starzy, westchnęła. Rzecz w tym, że człowiek nie czuje tego w środku, za to po człowieku wszyscy to widzą.

*

Uzmysłowiłem sobie, że i ta chwila jest swoistą okazją podsuwaną mi przez los, więc chwyciłem się jej i nie pozwoliłem uciec […].

*

Zacząłem od pytania, kiedy uświadomiłem sobie, że jestem starym już człowiekiem, i wydaje mi się, że stało się to właśnie tuż przed owym dniem. Gdy ukończyłem czterdzieści dwa lata, udałem się do lekarza, skarżąc się na utrudniający mi oddychanie ból w plecach. Zbagatelizował problem: to naturalny ból w pańskim wieku, stwierdził.
     — W takim razie — odpowiedziałem — rzeczą nienaturalną jest mój wiek
.

*

Dziś śmieję się z chłopaków z osiemdziesiątką na karku, którzy przerażeni nagłym niedomaganiem, bezzwłocznie szukają pomocy u lekarza, jeszcze nieświadomi, że po dziewięćdziesiątce jest jeszcze gorzej, ale staje się to zarazem nieistotne: wciąż żyjesz, więc coś za coś. Triumfem życia z kolei jest szwankowanie pamięci ludzi starych wobec błahostek, atoli rzadko owa pamięć niedomaga, gdy rzeczy mocno nas dotyczą.

*

[…] oświadczył: Świat idzie do przodu. Tak, odpowiedziałem, do przodu, ale nieustannie kręcąc się wokół Słońca.

*

[…] poczułem w gardle niemalże gordyjski węzeł tych wszystkich miłości, które mogły się stać, ale się nie stały.

*

Zacząłem uczyć się kota, tak jak niegdyś wkuwałem łacinę. […] Chciałem, by kot nauczył się jeść o stałych porach, korzystał z kuwety z piaskiem na tarasie, by nie wchodził na moje łóżko, gdy śpię, i  nie wąchał mojego jedzenia na stole, i nie potrafiłem dać mu do zrozumienia, że ten dom jest po prostu jego domem, a nie łupem wojennym. W rezultacie pozwoliłem mu robić, co mu się żywnie podoba.

*

Ma podwójne życie i podwójne szczęście i może zmieniać swoje przeznaczenie. Lubi wszystkiego próbować, z ciekawości, ale nigdy sobie nie wybaczy, jeśli nie będzie kierować się sercem.

*

Odkryłem, że nie jestem zdyscyplinowany z przyrodzenia, ale w wyniku reakcji na swe bałaganiarstwo; że wydaję się szczodry, ażeby skryć swoje sknerstwo, że jestem przesadnie ostrożny z powodu czarnowidztwa, że jestem pojednawczy, by nie ulec hamowanej złości, że jestem punktualny, bo nie chcę, by się ktokolwiek dowiedział, jak mało mnie obchodzi cudzy czas. Odkryłem wreszcie, że miłość nie jest stanem duszy, ale znakiem zodiaku.
     Stałem się inny
.

Gabriel García Márquez, Rzecz o mych smutnych dziwkach,
przeł. Carlos Marrodán Casas, Muza, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

(okładka z papierowego wydania z roku 2010,
bo ta z 2017 nie uruchamia pragnień)

czwartek, 25 października 2018

Skończył wreszcie tę przeklętą książkę donosi na początku listu. Bo książka ta zaczyna się i kończy wymianą listów. Początek epistolograficzny był dla mnie nie do przejścia za pierwszym razem. Ja, człowieka wychowana w i nasiąknięta patriarchatem, potrafiąca lawirować w wodach mizoginii, umiem czytać teksty z rodzajem męskim w roli głównej: czytelnicy, uważny czytelnik z łatwością zauważy, że… ty niegrzeczna dziewczynko!, ale miałam prawdziwy wielki error w głowie, gdy czytałam akapity z dominującym rodzajem żeńskim i rodzajem męskim, który zabiera głos na kolanach (przepraszając w tonie, że w ogóle czegoś chce): Napisałem też parę bulwersujących rzeczy o Matce Ewie... Ale przecież wszyscy wiemy, jak to jest! Nikt chyba nie powinien poczuć się urażony... Zresztą dzisiaj każdy mówi, że jest ateistką. […] niegrzeczny chłopczyku!

Podobnie jak Autorka wyrażam wdzięczność Margaret Atwood, która uwierzyła w tę książkę. Jeśli Jej wiara była potrzebna do ukończenia tej książki, to nigdy dość dziękuję!

Przewrotna powieść (dystopia, mniam, mniam) pokazująca w fantastyczny sposób mechanizm siły, władzy i wynikającej z nich przemocy — to dzieje się w realu wciąż, tu i teraz, w odwróconym porządku, który niektórzy nazywają z przekonaniem naturalnym. Pozostaję poruszona celnością w konstruowaniu dynamiki zachowań ludzi. Jeśli pozostałam z niedosytem, to polega on na tym, że chciałabym usłyszeć zdanie na temat tej książki wyrażone przez mężczyznę.

Teraz toczy się debata: ilu mężczyzn w ogóle potrzebujemy? Trzeba to przemyśleć.
     
Mężczyźni stanowią zagrożenie. Są sprawcami większości przestępstw. Są mniej inteligentni, mniej pracowici, mniej obowiązkowi, myślą penisem. Częściej zapadają na różne choroby i stanowią obciążenie dla budżetu. Oczywiście potrzebujemy ich do płodzenia dzieci, ale ilu jest naprawdę niezbędnych w tym celu? Na pewno mniej niż kobiet. Dobrzy, porządni, posłuszni mężczyźni — oczywiście, dla nich zawsze znajdzie się miejsce. Jednak ilu takich jest? Może jeden na dziesięciu.

*

Moim zdaniem to wina ruchów walczących o prawa mężczyzn mają zbyt radykalne poglądy i sprowokowali taką reakcję.

*

     — Ale wiesz, czym to się skończy — mówi Roxy. — Spuścimy na nich bombę, oni spuszczą na nas bombę i to zacznie się rozszerzać coraz dalej i dalej, aż zaangażuje się Ameryka, potem Rosja, potem Bliski Wschód... Ewka, kobiety będą cierpieć tak samo jak mężczyźni.
     
Zginie tyle samo kobiet co mężczyzn. Wylądujemy z powrotem w czasach kamienia łupanego.
     — Więc będziemy żyć w czasach kamienia.
     — Aha. Jasne.
     — A potem nastąpi pięć tysięcy lat odbudowy, pięć tysięcy lat, kiedy będzie się liczyło tylko jedno: czy jesteś silniejsza, jak wiele możesz zniszczyć, jak wielki wzbudzasz strach
.

*

     Nawet kamień różni się od innych kamieni.
     Wszystko ma tylko swój własny kształt, nie ma innego.
     Każda nazwa, jaką sobie nadajemy, jest nieprawdziwa.
     Nasze sny są bardziej prawdziwe niż nasza jawa
.

*

Kształt mocy jest zawsze taki sam: nieskończony, splątany, wiecznie rozgałęziający się. Moc żyje niczym drzewo i ciągle rośnie; zamyka się w swoich granicach, lecz jest wielością. Nieodgadnione są jej kierunki; przestrzega tylko swoich własnych praw. Nikt, kto widzi żołądź, nie może przewidzieć rysunku żyłek na liściach w koronie dorosłego dębu.

*

Pierwszym błędem jest założenie, że są dwie możliwości i trzeba między nimi wybierać.

*

Kto jest zły, a kto dobry? Kto kogo namówił do zjedzenia jabłka? Kto ma siłę, a kto jej nie ma? Te pytania nie mają sensu. Kochanie, rzeczy są bardziej skomplikowane. Zawsze o wiele bardziej, niż sobie wyobrażasz. Nie ma dróg na skróty, jeśli idzie o pojmowanie i o wiedzę. Nie da się nikogo łatwo sklasyfikować. Nawet zwykły kamień różni się od innych kamieni, więc naprawdę nie rozumiem, skąd u was ta skłonność do szufladkowania ludzi za pomocą prostych określeń, i przekonanie, że wiecie wszystko, co trzeba. Mówi się, że tylko wyjątkowi ludzie potrafią przekraczać granice. A prawda jest inna każdy to potrafi, w każdym jest potencjał. Ale tylko wyjątkowi ludzie umieją spojrzeć prawdzie w oczy.

*

     — Jak nie spróbuję — odpowiada Roxy — to i tak nie będę już sobą.

*

Słychać szmer, całkowicie różny od krzyku rozpaczy. Rozpacz woła, zawodzi z głębi serca, rzuca w niebo krzyk jak płacz dziecka wzywającego matkę. Rozpacz ma w sobie nadzieję. Wierzy, że wszystko można naprawić, że może nadejść pomoc. Ten szmer jest inny. Dzieci zbyt długo pozostawione w samotności przestają płakać. Leżą cicho i nieruchomo. Wiedzą, że nikt nie przyjdzie.

*

Gdy dotarły na miejsce, została już tylko ona, pijana, zataczająca się po chodniku, przeklinająca na cały głos. Chłopaka znalazły ukrytego w schowku pod schodami i chociaż starały się być dla niego miłe, Roxy myślała sobie: Dlaczego jej nie oddałeś? Dlaczego nie próbowałeś walczyć? Mogłeś złapać patelnię i jej przywalić. Mogłeś chwycić szpadel. Co niby miało wyniknąć z tego chowania? A teraz sama jest tu, gdzie jest. Sama się chowa. Jak mężczyzna. I nie jest pewna, czym się właściwie stała.

*

Jedno z nich pyta:
     — Dlaczego to zrobili
[…]?
     A drugie odpowiada:
     — Bo tak. Bo mogli.
     I nie ma lepszej odpowiedzi
.

*

     On mówi: „Zrobiłem coś strasznego”, a ona mówi: „Uratowałeś mi życie”.
     Ona mówi: „Stary, nie uwierzyłbyś w niektóre rzeczy, jakie ja robiłam. Złe, złe rzeczy”, a on mówi: „
Uratowałaś mi życie”.

*

[…] biła się znacznie częściej niż on, zna się na tym. […] Zaczynają się śmiać, jak dzieci, do utraty tchu, w samym środku szalejącej burzy. Ciała mają odmienione cierpieniem. Nie ma w nich miejsca na agresję. W tej chwili nie umieliby określić, które ma być kim. Są gotowi na nowy początek.

*

Sposób, w jaki rozumiemy przeszłość, wpływa na nasze poglądy w teraźniejszości, na to, co uważamy za możliwe. Jeżeli będziemy powtarzać utarte opinie na temat przeszłości, podczas gdy istnieją wyraźne dowody, że kiedyś cywilizacje mogły funkcjonować na innych fundamentach… odbieramy sobie możliwość dokonania zmian.
     […]
     Takie są pułapki zajmowania się historią. Nie możemy zobaczyć tego, czego nie ma. Możemy oczywiście zauważyć puste miejsca i dojść do wniosku, że czegoś brakuje, ale nie dowiemy się, co to było.

*

Za każdą historią jest inna historia.

*

Takie rzeczy dzieją się naraz. Są częściami jednej całości. Nieuniknioną konsekwencją wszystkiego, co działo się wcześniej. Moc szuka sobie ujścia. Takie rzeczy zdarzały się w przeszłości i będą wydarzać się dalej. One zawsze się wydarzają.

*

     — To nie w twoim stylu — mówi. — Ty taka nie jesteś.
     —
 Przyjacielu, nie jestem już tym, czym byłam.
     — Nie możesz przestać być sobą
.

*

Prawda była łatwiejsza na kartce niż w rzeczywistości.

Naomi Alderman, Siła, przeł. Małgorzata Glasenapp,
Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)



piątek, 28 września 2018

Napisałam tydzień temu, że z audycji o thrillerze wyjęłam tytuł innego thrillera. Ten inny thriller według Autora Kobiety w oknie to jeden z najlepszych thrillerów psychologicznych ostatnich czasów. Początek — tragedia, nie mogła się do mnie przykleić ta opowieść; nie mogłam przylgnąć do niej. Trwało… ale jak chwyciłam haczyk, to już nie puściłam. Puentę mogła napisać tylko kobieta. Gdyby mężczyzna napisał tak szczere rozwiązanie, należałoby mentalnie ukamieniować taką szowinistyczną, mizoginiczną świnię, bo jak on mógł!, przecież to nieprawda, nigdy. Jestem kobietą, więc mogę napisać: ha, ha!, wcale nie jestem zdziwiona, życie! — fikcyjne, a jak obrzydliwie realne.

Krocz uważnie, Nick, bardzo rozważnie stawiaj kroki.

*

     — Wiesz, żałośni mężczyźni od wieków znęcają się nad silnymi kobietami, które zagrażają ich męskości — mówi Desi. — Mają taką kruchą psyche, potrzebują tej kontroli… Ja myślę o innym rodzaju kontroli. Tej pod płaszczykiem opieki: Tu masz sweterek, który ochroni cię przed zimnem, kotku, włóż go i dopasuj się do mojej wizji.

*

Stanowcze pukanie do drzwi. […] Bum bum bum. Rozumiem teraz, dlaczego w tak wielu horrorach stosuje się ten chwyt — tajemnicze pukanie do drzwi — bo to ma moc koszmaru. Nie wiesz, co jest na zewnątrz, ale wiesz, że otworzysz. Pomyślisz to co ja: przecież źli nie pukają.

*

W telewizji leci reklama odświeżacza powietrza.
     Kobieta rozpyla odświeżacz, żeby jej rodzina była szczęśliwa. Potem reklama bardzo cieniutkich podpasek stworzonych po to, by kobieta mogła nosić sukienkę, tańczyć i spotkać mężczyznę, wokół którego będzie później rozpylać odświeżacz powietrza.
     Czyść i krwaw. Krwaw i czyść
.

*

Nie rozumiem, dlaczego niby to ma być komplement, że ktokolwiek może cię polubić. Nieważne.

*

Bardzo długo Fajna Laska działała mi na nerwy. Widziałam różnych facetów — przyjaciół, współpracowników, obcych — którzy dostawali bzika na punkcie tej udawaczki. Korciło mnie, by usadzić tych kolesiów i spokojnie powiedzieć: Nie jesteś na randce z prawdziwą kobietą, jesteś z kobietą, która widziała zbyt wiele filmów; ich scenariusze napisali nieporadni społecznie mężczyźni, pragnący wierzyć w to, że taka kobieta istnieje i mogłaby ich pocałować. […] A Fajne Laski są jeszcze bardziej żałosne: one nawet nie udają, że są kobietami, którymi chcą być, one udają kobiety, jakich pragną mężczyźni. […]
     Czekałam cierpliwie — wiele lat — na to, by wahadło wychyliło się w drugą stronę: mężczyźni zaczynają czytać Jane Austen, uczą się robić na drutach, udają, że kochają wszechświat, organizują przyjęcia, na których robi się albumy z wycinków, oraz obściskują się wzajemnie, podczas gdy my się temu pożądliwie przyglądamy. A potem mówimy: „Tak, to Fajny Facet”.
     Tak się nigdy nie stało. Zamiast tego kobiety w całym kraju zmówiły się, by popierać naszą degradację. Wkrótce Fajna Laska stanie się standardem. Mężczyźni uwierzyli w jej istnienie — nie jest tylko wymarzoną dziewczyną, jedną na milion. Każda ma być taka, a jeśli ty nie jesteś, to znaczy, że z tobą jest coś nie tak
.

*

     — Jesteś staroświeckim facetem, tak? Ja też. Cały czas mówię żonie: nie umiem prasować, nie umiem zmywać. Nie mam pojęcia o gotowaniu.
     A więc, kochanie, zróbmy tak, że ja będę łapać złych facetów, to akurat potrafię, a ty od czasu do czasu wrzucisz rzeczy do pralki. Rhonda, jak miałaś męża, to zajmowałaś się domem?
     Boney wyglądała na autentycznie wkurzoną.
     — Ja też łapię złych facetów, ty idioto
.

*

     — Kurwa, nie pogrywaj sobie ze mną, Lance. „Och, dziewczyny zawsze przesadzają”. Bzdura. Jesteś w fatalnej sytuacji, przyjacielu. Wyjmij wreszcie głowę z dupy i zacznij pomagać mi to wszystko naprawić.

*

Myślałem sobie: Miłość sprawia, że chcesz być lepszym człowiekiem — tak, jasne.
     Ale może miłość, prawdziwa miłość, daje ci również przyzwolenie, byś był taki, jaki jesteś
.

*

Zatrzymała na mnie wzrok ciut za długo, potem zadrżała, jakby strząsała z siebie jakąś myśl.

*

Nie czuję się dobrze. Będzie dobrze, ale teraz nie jest.

*

Większość pięknych, dobrych rzeczy jest tworzona przez kobiety, którymi ludzie pogardzają.

*

Kiedy Marybeth pytała „jak się masz?”, nie był to zwrot grzecznościowy, lecz pytanie egzystencjalne. Studiowała moją twarz i wiedziałem, że studiuje również mnie i będzie nadal zwracać uwagę na każdą moją myśl i zachowanie.

*

Sen jest jak kot: przychodzi tylko wtedy, kiedy go ignorujesz.

*

Zrób to teraz, a tamto, jak będziesz mógł, czyli teraz.

Gillian FlynnJulian , Zaginiona dziewczyna, przeł. Magdalena Koziej,
Świat Książki, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)



Wreszcie moja gromadka. […] Facet, który pozwala zadawać mi przeróżne natarczywe, niewłaściwe, nachalne pytania na temat tego, jak to jest być facetem. Facet, który czytał i czytał ponownie, a potem czytał jeszcze raz, i znów czytał moją książkę, i nie tylko udzielał mi rad, lecz również robił drinka z bourbonem. Jesteś świetny, kochanie. Dziękuję, że się ze mną ożeniłeś.
     Dwa słowa, zawsze
.
// z podziękowań

(tamże)



piątek, 21 września 2018

Z audycji o thrillerze wyjęłam tytuł innego thrillera, nie do zdobycia w ibuku. Sześćset pięćdziesiąt stron w papierzu — mowy nie ma! Coś mnie tknęło, Sadownikowi szybki rys okoliczności przedstawiłam. I… zdobył dla mnie ibuka. Czy jest jeszcze jakaś książka, której zdobyć nie mogę? Jest. To znaczy była, bo Sadownik — niczym student, który nie wie, że coś jest niemożliwe — dał radę. W ten sposób nie miałam wątpliwości, że thriller (ten nowy) musi poczekać, bo… Barnes.

Jeszcze dziś rano, będąc w środku przedostatniego opowiadania, na spacerze z Heniutką zastanawiałam się: ale dlaczego cytrynowy stolik… Barnes! Cały Barnes! Cytrynowy stolik wjeżdża w ostatnim opowiadaniu, gdy te wcześniejsze są już poznane, własnym czuciem dotknięte i przeżyte do cna. Barnes… jak zwykle… spostrzegawczy, zabawny w niezabawnych sytuacjach, chwilami obrazoburczy (może?), delikatny i niebywale wrażliwy — uwielbiam.

Muzyka zaczyna się tam, gdzie nikną słowa.

*

Ja nie wybieram ciszy. To ona mnie wybiera.

*

Ja tylko powtarzam z uporem: zgoda, „nie rozumcie” mnie, ale „nie rozumcie” mnie dobrze.
     […] W sumie — proszę mi wybaczyć, jeśli zabrzmi to zbyt pewnie siebie – prawdę można wyrazić na więcej niż jeden sposobów.

*

Nie porzuca się tego, czego się pragnie.

*

Dlaczego mamy zakładać, że serce przestaje działać razem z genitaliami? Bo chcemy — jest nam to potrzebne — widzieć w podeszłych latach czas spokoju? Teraz myślę, że to taka zmowa, taki spisek młodości. Nie tylko młodości, również wieku średniego, każdego kolejnego roku aż do chwili, kiedy sami przyznamy, że jesteśmy starzy. Spisek ten zatacza jeszcze szersze kręgi, bo starsi ludzie nas w tym umacniają. Siedząc w fotelu, otuleni pledem, pokornie przytakują, że czas uciech się dla nich skończył. Wolniej się ruszają, krew w żyłach płynie coraz rzadsza. Ogień wygasł — lub przynajmniej przyrzucony został potężną szuflą żużlu przed długą nocą, która nadchodzi. Z tym że mój ojciec odmówił dalszego grania w tę grę.

*

[…] klękał na kilka minut i przyciskał palce do czoła. Nie wiem, czy to była modlitwa, jakiś jej świecki ekwiwalent, czy też zwyczaj pozostały z dzieciństwa. Może wyrażał w ten sposób szacunek albo chciał okazać, że jest otwarty na różne możliwości?

*

Na początku naszej znajomości powtarzał mi: „Życie to tylko przedwczesna reakcja na śmierć”.

*

Oczywiście nie myśli tak naprawdę. Albo raczej nie myślał. Albo kiedyś by tak nie pomyślał. Któreś z tych zdań jest prawdziwe.

*

Czy siedemdziesiąt lat temu przegapiliśmy swoją szansę? Czy też wręcz przeciwnie, mieliśmy farta? […] Jest Pan zbyt młody na takie pytania, ale im bardziej człowiek głuchnie i robi się stuknięty, tym coraz częściej je sobie zadaje. Ciekawe, co działoby się ze mną teraz, gdybym dwa lata przed pierwszą wielką wojną popatrzyła w inną stronę?

*

Gdy częstowano go na deser winogronami, odsuwał je od siebie, mówiąc: „Nie mam zwyczaju zażywać wina w postaci tabletek”.

*

     — Małżeństwo to jedyna przygoda dostępna dla tchórzliwych.
     — Cóż, pan szanowny jest ode mnie bardziej wykształcony — odpowiedział fryzjer tonem wcale nie takim pełnym szacunku. — Pewnie pan był na uniwersytecie.
     Gregory znowu tylko chrząknął.
     — Oczywiście, nie mnie sądzić, ale zawsze mi się wydawało, że studentów uczy się pogardzać wieloma rzeczami, zupełnie niepotrzebnie
.

*

     — Pan Bóg — mówił do Allie. — Ja to załatwię. — W progu stała przeważnie schludnie ubrana i bardzo grzeczna para […] i na początek wrzucali zdanie typu: „Chodzimy po domach i zadajemy pytanie, czy nie niepokoi państwa stan dzisiejszego świata”. Sztuczka polegała na tym, żeby nie odpowiedzieć zgodnie z prawdą „nie” ani po kołtuńsku „tak”, ponieważ wtedy mieli punkt zaczepienia; należało się uśmiechnąć, dając do zrozumienia, że są na twoim terytorium, i od razu przejść do ataku: „Chodzi o religię?”. I nim się zdecydują, czy „tak”, czy „nie” jest właściwą odpowiedzią na tego rodzaju obcesowe postawienie sprawy, zakończyć szybkim: „Życzę szczęścia u sąsiadów”.

*

Rzeczy, o których się nie wie albo nie powinno się wiedzieć, przeważnie potem okazują się nieprzyzwoite. […] Wszystko może być nieprzyzwoite, jak się człowiek uprze. Tę wielką prawdę o życiu odkrył niedawno. Specjalnie mu to nie przeszkadzało.

Julian Barnes, Cytrynowy stolik, przeł. Joanna Puchalska,
Świat Książki, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)



sobota, 15 września 2018

Audycja. Przez przypadek oczywiście — jej powtórki jakiś czas temu słuchałam trupem, dochodząc do siebie po rehabce. Z każdym kolejnym pytaniem, z każdą kolejną odpowiedzią dojrzewałam do decyzji: muuuuuszę to przeczytać!

Mylimy się, ignorując świadectwa kobiet i że one mogą mieć rację. […] Kobiety przez lata musiały radzić sobie bardziej z nadużyciami, z uprzedzeniami, podczas gdy mężczyźni nigdy nie mieli takiego problemu. Poza tym, to straszne, ale kobiety są przyzwyczajone do życia w patriarchalnym społeczeństwie. Są przyzwyczajane do widzenia mężczyzn na szczytach list bestsellerów, do tego, że to mężczyźni cieszą się uwagą krytyków, wygrywają nagrody. […] Kobiety są bardziej szczodre w społeczeństwie niż mężczyźni, ale też mają więcej władzy, dlatego że muszą znosić to wszystko. […] Ale ponieważ kobiety musiały przez lata radzić sobie z tymi nadużyciami, to mają szersze perspektywy niż mężczyźni.

*

[…] w czytaniu uwielbiam to, że to jest indywidualne doświadczenie.
Moje doświadczenie z książki jest wyłącznie moje
.
Oczywiście, autor zaprosił mnie do uczestnictwa,
ale to, co ja z tego wyciągam, to jest wyjątkowe i tylko moje
.

// Daniel Mallory w rozmowie z Agnieszką Lichnerowicz.

Potem polowałam, święcie przekonana, że poluję na kryminał. Zaczęłam czytać jako kryminał i dopiero pod koniec zaczęłam zadawać sobie pytanie: to jest kryminał? na pewno? Okazało się, że straciłam thrillerowe dziewictwo. Nie mogłam się oderwać. Czy można napisać książkę o rangach (znaczący termin w psychologii procesu), nie używając słowa ranga? Można! To jest książka o przywilejach, jakie mają mężczyźni, zdrowi ludzie, i trudnościach, które są doświadczeniem tych, którzy nie są mężczyznami lub nie są zdrowi.

     — Świat to piękne miejsce — oświadcza i mówi to poważnie; poznaję po głosie. Chwyta moje spojrzenie i nie wypuszcza go. — Nie zapominaj o tym. — Odchyla się na krześle i gasi papierosa w miseczce. — I niech ci nie umyka.

*

     — A za czym konkretnie tęsknisz? — pyta po chwili.
     Tego się nie spodziewałam.
     — Za… — zaczynam, licząc, że zdanie samo się skończy.
     I wtedy wylewa się ze mnie jak potok, jak woda z pękniętej rury albo przerwanej tamy
.
     […] — Za twoimi bajkami na dobranoc. – Bohaterki dawały książętom kosza, bo wolały robić doktorat.

*

Dwa dni zbierał się, żeby do mnie oddzwonić. Szuka drogi ucieczki.

*

Przypomina mi się doktor Brulov z Urzeczonej: „Moja droga, nie możesz wciąż uderzać głową o rzeczywistość i powtarzać, że wcale jej tu nie ma”.

*

Sztuka polega na oddychaniu. Oddychaniu cały czas.
     Oddycham. Cały czas
.

*

     — Wiem.
     — Nie wiesz
.
     — No to wyobrażam sobie
.

*

     — Tatusiu, zaśpiewasz? — poprosiła. Zawsze tak miała, że wolała prosić, niż rozkazywać. Niezwykłe u dziecka. Myślę czasem, że w ogóle niezwykłe, u każdego.

*

     — Niesamowite, prawda? — zauważa Bina. — Kiedy Internet mówi, że ktoś nie istnieje.

*

Stoję i się waham, drżę jak płomień. Czy ufam samej sobie?
     Mimo wszystko tak
.

*

     — Nie wydaje ci się, że reagujesz paranoicznie?
     Chce coś dodać, ale mu nie pozwalam.
     — Nie można mówić o paranoi, jeśli coś dzieje się naprawdę
.

*

     — Nie to, że ci nie wierzę. Tylko że…
     — Masz pojęcie, jakie to frustrujące?! — krzyczę.
     Milknie.
     — Widziałam, co się stało
.

A.J. Finn, Kobieta w oknie,
przeł. Jacek Żuławnik, W.A.B., Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)



Przeciskam nazwę ulicy przez gardło, jąkając się. […] Sylaby potykają się w ustach, jakby mój język był progiem zwalniającym. […] Nic mi nie jest. — Starannie składam słowa jak origami. […] Popijam wodę spływającą mi do gardła, przemywając słowa, które wzbierają we mnie i wylewają się między wargami. […] Słowo rozpycha się łokciami wśród innych słów i wytacza się z ust. […] Imię pęcznieje mi w ustach i wypływa z nich, zanim zdążę je połknąć. […] Zegar szafkowy zbiera się w sobie i bije trzy razy. […] Rzucam mięsem. Klnę po raz pierwszy od kilku dni. Badam fakturę przekleństwa, delektuję się jego smakiem.

(tamże)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 23
| < Luty 2019 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:




*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...