Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?

Wpisy z tagiem: bele-trele-fiction

niedziela, 15 lipca 2018

Autorkę wyjęłam z tej audycji (27:12) osiem dni temu. Na próbę nabyłam pierwszy tytuł. Chwilkę poczekała ta książka i dała się pochłonąć dziś w jeden ranek przy kawie i jeden popołudnio-wczesny-wieczór.

Ta powieść daje szansę na kontakt z nieużywaną już przez nas (długo dorosłych) nastoletnią samotnością, ale też przypomina, że wiele dzieci i nastolatków boryka się z bardzo poważnymi dorosłymi problemami, które fundują im rodziny pochodzenia.

Po tej książce pomyślałam:

w kontakcie z dziećmi i nastolatkami bądź człowiekiem,
jakiego Ty chciał(a)byś spotkać na swojej drodze.

A jak wejdzie nam to w krew, pójdźmy dalej i bądźmy tacy dla każdego spotkanego człowieka. Wszyscy zyskamy, daję słowo.

Czasem trzeba pogrążyć się w ciemności, by zacząć widzieć wyraźnie. W ten sposób doszłam do następujących wniosków:
     1. Szkolni dręczyciele to żałosna hołota.
     2. Rodzina powinna być gotowa do pomocy, jeśli będziesz tego potrzebować.
     3. Jestem słaba. Zasługuję na to.

*

Ponadto zrozumiałam też, że:
     d. Dręczyciele też mogą się zmienić.
     e. Rodzina nie zawsze Cię rozumie.
     f. Cierpienie nie jest oznaką słabości. Prawdziwą siłę człowiek odnajduje w sobie, gdy postanawia zmienić własne życie.

*

W mojej głowie roi się od rzeczy, które chcę jej przekazać. Chcę opowiedzieć jej o wszystkich złych myślach, które w sobie tłamszę. Chciałabym jej powiedzieć, jak trudno jest być mną.
     Spoglądam w jej zmęczone oczy i nie otwieram ust.

*

[…] stąpam ostrożnie, próbując uniknąć wszelkich pęknięć w chodniku. Kiedyś mama opowiadała mi, że mieszkają w nich krokodyle, które mogą złapać mnie zębami za palce u stóp. Ale to głupie. Jak ja mogłam w to wierzyć? Jak niby miałyby się tam pomieścić? Jak mogłyby przeżyć między płytami chodnikowymi? No dobra, ale mam czternaście lat i nadal nie lubię stąpać po szczelinach. Tak na wszelki wypadek. Chyba nadal wierzę w to, że coś złego się stanie, jeśli choć musnę którąś stopą.

*

Wszystko się posypało jak kopnięty zestaw Lego. Ktoś musi znaleźć instrukcję i pokazać, jak to wszystko poukładać. Ale co zrobić, gdy elementy są popsute? Co zrobić, gdy niektóre zgubiły się na zawsze? Czy wszystko da się jeszcze jakoś poskładać?

*

     — Pamiętaj, że ja też byłam kiedyś nastolatką — mówi. — Wiem, jak to jest.
     — Też była pani gruba?
     — Nie, ale zawsze coś się znajdzie. Ludzie zawsze znajdą jakąś słabość.

*

     — Wznieś się ponad to wszystko, Jess. Nie toń — szepcze mama. — Jesteś piękniejsza niż ci się wydaje.

*

Moja mama zawsze powtarza, że nie ma betonu, którego nie da się skruszyć.

Eve Ainsworth, 7 dni, przeł. Marcin Mortka,
Wydawnictwo Zielona Sowa, Warszawa 2015.
(wyróżnienie własne)


sobota, 14 lipca 2018

Okładka, w stylu okładek podręczników do matematyki wyższej wydawanych na początku XXI wieku, nie zachęca, straszy i sugeruje, że nie warto. Sugeruje źle.

Recenzja Autora Komisarza Mortki dopadła mnie gdzieś i jakoś ponad tydzień temu. Zaznaczyłam ten kryminał do upolowania. Dwa dni temu upolowałam i delektowałam się smaczkami ukrytymi w tej książce. Wątki motoryzacyjny i komunikacyjny urzekające — fantastycznie czyta się o tkwieniu w korkach. Wątek społeczny i okoliczności „przyrody”, w której dzieje się historia pierwotnie były powodem, dla którego zdecydowałam się sięgnąć po tę książkę — nie zawiodłam się.

To chyba łatwy kryminał dla wyjadaczy morderczych książek, bo ja (bez wprawy w czytaniu kryminałów) zgadłam, kto pociąga za sznurki. Nie popsuło mi to ogromnej przyjemności czytania, która towarzyszyła mi od pierwszego akapitu.

To pierwsza część trylogii. Już czekam na drugą i trzecią.

Nie wiedziałem, jakiej marki samochód powinienem kupić. Jak nie wiesz, to pytasz. A jak pytasz, to ci zamieszają w głowie.
     […]
     Wreszcie zagadkę rozwiązał za mnie Fanis.
     — Kup seata ibizę.
     — Dlaczego? — zdziwiłem się.
     — W geście solidarności. Hiszpanom i Portugalczykom wiedzie się teraz równie kiepsko jak nam. Na nich, na nas i Włochów mówią „świnie”, Portugal, Italy, Greece, Spain, czyli PIGS. Tak nas nazywają w Unii. Świnia winna pomagać innej świni, a nie biegać za rekinami finansjery. Jeszcze niedawno prowadziliśmy życie rekinów i poszliśmy na dno, ponieważ świnie nie umieją pływać. Dlatego powinieneś kupić seata.
     I tak podjąłem decyzję.

*

Czasem, kiedy węzeł zaczyna się rozsupływać, a kolejne elementy układanki trafiają cię w głowę jak obuchem, zaczynasz się zastanawiać, jak to się stało, że byłeś ślepy na rozmaite wskazówki, które leżały ci tuż przed nosem. Zdarzyło mi się to i teraz.

*

Milczy chwilę, potem zadaje mi pytanie, które zadajemy sobie wszyscy, kiedy nie chcemy uwierzyć w to, co oczywiste.
     — Jesteś pewien?

*

     — […] Grecy mają eurowalutę, ale nie mają euroczasu. Używają tych samych pieniędzy co my, ale czas dla nich płynie inaczej.
     Obaj odwracamy się do niego w jednej chwili. Wygląda na to, że skoordynowaliśmy nie tylko czas, ale i mordercze spojrzenia, bo Shiffel natychmiast się wycofuje.
     — Przepraszam. To był żart.
     Zaletą Europejczyków jest to, że zawsze mają pod ręką „przepraszam”, czy to po krwawej masakrze, czy po drobnej gafie.

*

Kładzie mi czule dłoń na ramieniu.
     — Wiedziałam, że zrozumiesz.
     — Tak, ale następnym razem mów mi o takich sprawach wcześniej, wolałbym wiedzieć, co się dzieje.
     — Masz rację, będę ci mówić — zapewnia, choć i tak wiem, że nic mi nie powie.

*

     — […] Ja bym poszedł na emeryturę choćby dzisiaj, gdybym mógł. Zacząłbym uprawiać pole dziadka, znalazłbym spokój ducha. Niczego więcej w życiu nie chcę.
     — Masz rację, Nikosie. — Wlasopulos wzdycha smętnie. – Rozumiem ciebie i wszystkich kolegów.
     Połowa Greków marzy, by pójść na emeryturę i uprawiać ziemię po dziadku. Może i te marzenia spełniałyby się częściej, gdyby pole dziadka dało się przenieść bliżej miejsca zamieszkania. Ale niestety musi zostać tam, gdzie jest.

*

Dla człowieka bez pojęcia o piłce nożnej mecz jest interesujący, gdy zajęci są bramkarze. Ktoś próbuje strzelić gola i bramkarz rzuca się rozpaczliwie: wtedy jest to ciekawy spektakl. A jak piłka przechodzi od jednej pary nóg do drugiej, jest po prostu nudno.

*

Jeśli zbłądzisz, szukasz po omacku, żeby znów odnaleźć światło.

*

     — Nie możesz odpuścić sobie tych lewackich obsesji, Sotiropulos? Jeszcze chce ci się powtarzać „Dlaczego prześladujecie czarnych?”. Nikt tu nie prześladuje czarnych. A wiesz czemu? Ponieważ po ostatnich cięciach my wszyscy jesteśmy czarni.

*

Wsiadamy wszyscy do samochodu Gikasa i ruszamy w kierunku Katechaki. Milczymy, każdy z innego powodu.

*

Robi delikatną pauzę i dodaje z ledwo wyczuwaną goryczą: – Jednak nigdy nie słyszałam, by szef podnosił na pana Billa głos.
     To logiczne, mówię sobie. Gdy u Greka chłopskiego pochodzenia pracuje butler, kompleksy ma chłop, a nie butler.

Petros Markaris, Niespłacone długi, przeł. Przemysław Kordos,
Oficyna Literacka Noir Sur Blanc,  Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


sobota, 16 czerwca 2018

We wtorek, gdy zbieraliśmy się na sor, Sadownik zaproponował wzięcie książki. Odmówiłam. Mój umysł odmówił nie tylko czytania, ale również wycieczki na sor — został w ulu, a w zasadzie chyba gdzieś polazł, bo wrócił dopiero w piątek wieczorem i zaproponował: skończmy tę książkę, malutko nam zostało.

Skończyłam. To przypowieść o wewnętrznym narcystycznym świrze godnym XXI wieku. Świrze, z którego można wyjść tylko poprzez gruntowne wycofanie i zwykłe codzienne czynności, których większość domowników nawet nie zauważy. Ładna metafora, choć męcząca chwilami. Jednego tej książce nie można odmówić — choć chce się ją rzucić w cholerę nieraz, to ciekawość jak-to-się-skończy pcha człowieka na kolejną stronę, choć język lub scena brzydzą ciut swym dnem. W ten sposób na promocyjnym stosiku została mi już tylko jedna książka.

A nie ma większej wolności niż ta spowodowana brakiem strachu.

*

Milczenie […] jest przepełnione głosami.

*

Tak właśnie rozświetliło mi umysł i ujrzałem, że w końcu każda myśl zajmuje w nim swoje, właściwe jej miejsce.
     — To brzmi jak doświadczenie mistyczne — stwierdził Gabilondo wciąż ironicznym tonem, który Damián zignorował.
     — Może pan to nazwać, jak chce. Najważniejsze, co wtedy właśnie zrozumiałem, że, poza wszelkimi wątpliwościami, znajduję się na swoim miejscu
.

*

     — Dotarłeś już.
     — Dokąd? — zapytał.
     — Tam, gdzie szedłeś — odpowiedział głos.
     I to było wszystko
.

*

Podobnie jak hałas, woda zawsze szuka najprostszej drogi, która wcale nie musi być logiczna.

Juan José Millás, Z cienia, przeł. Karolina Jaszecka,
Czarna Owca, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)


czwartek, 07 czerwca 2018

Miała premierę w tym samym dniu co Paddy & Gordon i książka Mroza dla Sadownika i Białego Kruka. Wiedziałam, że się ukaże, tydzień wcześniej. Przykuła mnie muminkowa kreska na okładce i jeden z cytatów w podczytniku:

To, że żadna z was w żadnym momencie nie spytała mnie o moją historię, wywoływało we mnie i nadal wywołuje wielki smutek.

Była „oczywistością” po Recepcie, choć nie wiem dlaczego. Gdy tylko spojrzałam na okładkę, otwierając książkę, zobaczyłam inaczej słowo „spadek”: po każdej relacji coś nam zostaje, coś zostaje w nas. Pomyślałam o człowieku, którego nie widziałam ponad ćwierć wieku. Pomyślałam o osobie, o której nie myślałam kilkanaście lat. Pomyślałam o ludziach, których od lat nie chcę widzieć w swoim życiu. Po każdej z tych osób coś mam — (odpowiednio) wdzięczność, za to, czego mnie nauczył; niesłabnące zadziwienie, że mogłam dać się tak wkręcić; niechęć i świadomość, że razem nam nie po drodze, choć „powinno” być po drodze, bo więzy krwi.

Po raz pierwszy w życiu żałowałam, że nie umiem norweskiego, by móc czytać komentarze, przyglądać się dyskusjom, które przetoczyły się w kraju powieści. To bardzo ważna książka odsłaniająca pewien mechanizm funkcjonowania w rodzinie.

Choć w książce wielki lej po jeszcze większym bum, w życiu nie musi wydarzyć się nie wiadomo co, by zostać wykluczonym z rodzinnego łona, a potem oskarżonym, że „gdybyś tylko inaczej”  i obarczonym odpowiedzialnością za „kiepski” stan rzeczy. Każdy, kto tego doświadczył, znajdzie siebie w tej książce i mam nadzieję, że mu ulży, bo choć według Tołstoja każda nieszczęśliwa rodzina jest nieszczęśliwa na swój sposób to mechanizm zamiatania pod dywan jest dziwnie ten sam. Możliwość konfrontacji z tym, co jest, nie zawsze jest dostępną opcją dla wszystkich członków rodziny — wymaga odwagi i zmusza do podjęcia decyzji, a to wymaga pewnej dojrzałości, a nie tupania nóżką w rytm refrenu „bo tak musi być”. Czasem po prostu lepiej odejść, co nie znaczy, że będzie łatwiej. Czasem trzeba odejść, by nie porzucić siebie.

Wszystko łączy się ze wszystkim. Żadne zdanie nie jest niewinne dla tych, którzy nastawiają uszu, żeby zrozumieć.

*

Bo krzywo patrzył. Bo widział z innej strony. Bo nie tylko mówił: to jest prawda. Ale pytał: co jeszcze jest prawdą.

*

[…] dla tych, którzy stają do konfrontacji ze swoimi ojcami i rodzinami, nigdy nie kończy się to dobrze.

*

[…] nie ma rozwiązania, gdy nic nie następuje we właściwej kolejności. Ten, kto zawiódł, nie może być chwalony za przyznanie się do winy, dopóki cierpienie, smutek i wściekłość osoby zawiedzionej nie zostaną zaakceptowane. Bez tego skrucha trafia jak kulą w płot. To prawo natury, mamy to zapisane w samym rdzeniu, ta kolejność jest nie do przeskoczenia.

*

Nie jest problemem, kiedy sympatyzujesz z jedną stroną konfliktu, powiedział Bo, problem jest wtedy, kiedy sympatyzujesz z obiema. Problem jest wtedy, kiedy obie strony są ofiarami i identyfikują się z rolą ofiary, potrzebują jej i wykorzystują ją na wszelkie sposoby, i nie chcą z niej zrezygnować.

*

[…] myślałam, że umrę, ale nie umarłam, jakoś to wytrzymałam, bo człowiek jest tak mądrze skonstruowany, że to, co wyparte, przerażające, nieznośne, wyłania się w chwili, kiedy jesteś w stanie sprostać takiej konfrontacji.

*

Roland Barthes powiedział do przyjaciela, że uczucie przemija, ale smutek zostaje. Przyjaciel odpowiedział: nie, uczucie powraca, tylko poczekaj.
     Uczucie powraca
.

*

[…] czy naprawdę sądzili, że można zacząć wszystko od nowa, jakby historia nie istniała, jakby historię można było usunąć, wymazać, mimo że wszystkie wojny na ziemi pokazywały, że historii nie da się pominąć, zamieść pod dywan, a jeżeli chce się uchylić destrukcyjne znaczenie historii dla przyszłości, należy wyłożyć na stół wszystkie wersje historii i je zaakceptować.

*

Kim ty jesteś, pytałam siebie, kim chcesz być i jaką miarą chcesz siebie mierzyć.

*

[…] chciała wyrazić swoje zdanie, ponieważ jeśli ludzie nie wyrażają swojego zdania, jeśli nie stawiają na swoim, jeśli nie są wierni swoim przekonaniom, tylko po prostu dają sobą manipulować, nie protestując przed całym światem, świat zejdzie na psy, bo ludzie będą połykać żaby, aby przypodobać się innym, aby uniknąć nieprzyjemności będących następstwem powiedzenia nie, i dlatego świat schodzi na psy, a ona nie chciała dłużej przykładać do tego ręki […].

Hjorth Vigdis, Spadek, przeł. Elżbieta Ptaszyńska-Sadowska,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)


piątek, 25 maja 2018

Przeszło miesiąc temu Zalo zapytał mnie o książkę, o Tę książkę. W ten sposób zaczął nas łączyć sekret i tajemnica, a wszystko po to, by uszczęśliwić Bliźniaczą Liczbę. Trudne było tylko trzymanie języka za zębami — w kwestii cieszenia się książkami trud ten u mnie graniczy z niemożliwością, ale podjęłam się zadania i dałam radę.

Zamówiłam bliźniaczo dwie sztuki. Odebrałam. Egzemplarz dla Bliźniaczej Liczby Sadownik zaniósł na pocztę. Osiem dodatkowych dni i mogłam usiąść do swojego egzemplarza.

Dziś, przy pierwszej kawie od siedemdziesięciu godzin, delektowałam się potrójnie: smakiem, dotykiem i patrzeniem. Ilustracje, papier, format — porywające. A treść? Ciekawe, jakie wrażenie ta książka robi na dzieciach? Ja czytałam, zachwycając się co chwilę historią, ponieważ czytałam ją jako opowieść o procesie indywiduacji — opowieść, która zachęca do znalezienia swojego miejsca na świecie, które jest zupełnie innym miejscem, niż to, w którym przyszliśmy na świat. Zachęca do poszukiwania swojego Wolnego Plemienia oraz do poznania wewnętrznych figur Pantery Bagheery, Niedźwiedzia Baloo, Matki Wilczycy, Ojca Wilka, Węża Kaa, Sępa Chila — którzy ci sprzyjają — i Tygrysa Shere Khana, z którym przyjdzie się zmierzyć, by stać się tym, kim masz być. 

Widząc, że niedźwiedź nie nadąża, Bagheera wróciła do niego i powiedziała:
     — Nie możemy czekać! Jeśli trudno ci za nami nadążyć, idź w swoim tempie. Zobaczymy się w Zimnych Ruinach
!

*

Siłą watahy jest wilk, a siłą wilka jest wataha!

*

*

*

Rudyard Kipling, Księga dżungli, ilustr. Quentin Gréban,
przeł. Michał Goreń, Wydawnictwo Olesiejuk, Ożarów Mazowiecki 2017.

czwartek, 24 maja 2018

Wczoraj nie żyłam. Dowiedziałam się, że są na świecie antybiotyki-chemioterapeutyki. Jedna saszetka została zapisana na mój pesel. Odżyłam około dwudziestej pierwszej, by dotarła do mnie informacja o premierze świeżej książki Barnesa. Nie patrzyłam, klik, klik, a potem zasnęłam.

Wczoraj premiera. Dziś przeczytane. Szybko, bo Barnes. Szybko, bo o miłości. Niebanalnie.

Może miłości nie da się uchwycić w definicji, może można ją uchwycić jedynie w historii.

*

 […] każdy ma swoją historię miłości. Nawet jeśli zakończyła się fiaskiem, nawet jeśli się wypaliła, jeśli nigdy nic z niej nie wynikło, jeśli od początku rozgrywała się tylko w wyobraźni: nic nie czyniło jej ani trochę mniej prawdziwą. I to była jedyna historia.

*

Bo są takie rzeczy, które zamieszkują w tobie i nigdy tak naprawdę nie znikają.

 *

Chodziło o coś więcej: o twoje ja i o to, gdzie je przechowujesz, i komu — o ile komukolwiek — wolno je zobaczyć w pełnej krasie.

*

Tego, co zniknęło, nie można przywrócić; teraz to wiedział. Ciosu, raz zadanego, nie można cofnąć. Słów, raz wypowiedzianych, nie można wymazać. Możemy żyć dalej, jakby nic nie przepadło, nic się nie stało, nic nie zostało powiedziane; możemy twierdzić, że o wszystkim zapomnieliśmy, ale serce nie zapomina, bo to nas zmieniło na zawsze.

*

[…] wzywała mnie reszta życia, takiego, jakie jest i jakie będzie.

*

I tak siedzieli w milczeniu, paląc, i może właśnie brak sztucznej rozmowy zachęcił mężczyznę, żeby odwrócić się i oznajmić spokojnym refleksyjnym tonem:
     — Powiedziała, że chce spocząć na moim ramieniu jak ptak. Pomyślałem, że to brzmi poetycko. Oraz że to świetnie, że tego mi właśnie trzeba. Nigdy nie lubiłem takich, co się uwieszą.
     Mężczyzna przerwał. Paul zawsze chętnie służył podpowiedzią.
     — Ale nic z tego nie wyszło?
     — Dwa problemy. — Mężczyzna zaciągnął się, po czym wypuścił dym w aromatyczne powietrze. — Po pierwsze, ptaki zawsze odlatują, prawda? To leży w ich ptasiej naturze, prawda? A po drugie, zanim odlecą, zawsze nasrają ci na ramię.
     I z tymi słowy zgasił papierosa, skinął głową i ruszył plażą ku łagodnym falom
.

*

I teraz rozumiał lepiej, czemu pary kurczowo trzymają się swojej historii — często każde innej jej części – długo po tym, jak ich uczucie ostygło, nawet wtedy, kiedy nie są już pewni, czy mogą się nawzajem znieść. Zła miłość nadal zawiera ślad, wspomnienie, dobrej miłości — gdzieś w głębi, gdzie nikomu nie chce się już kopać.

*

Może i dobrze czasem przypomnieć sobie, że niektórzy mężczyźni mylą prostactwo ze szczerością. Tak jak inni mylą pruderię z moralnością.

*

Fotele były te same, tylko starsze; osoby, które je zajmowały — te same, tylko starsze.

*

     — To nie jest kwestia ponownego wciągnięcia. Wciąż w tym siedzisz.
     — Jak to?
     — Wciąż w tym siedzisz. Zawsze będziesz siedział. Nie, nie dosłownie. Ale w głębi serca. Nic się nigdy nie kończy, jeśli zaszło tak głęboko. Już zawsze będziesz żyć z ranami. Po jakimś czasie to jedyny wybór. Żyć z ranami albo umrzeć
.

*

[…] sama miłość nigdy nie jest absurdalna, absurdami nie są też ci, którzy jej doświadczają. Pomimo surowych norm w dziedzinie uczuć i zachowań, które może chcieć narzucać społeczeństwo, miłość się im wymyka. Czasem na wiejskim podwórzu widywało się nieprawdopodobne formy więzi — gęś zakochaną w ośle, kocię bawiące się bezpiecznie między łapami uwiązanego mastifa. Na ludzkim podwórzu też istniały formy więzi, które były równie nieprawdopodobne, a mimo to ich uczestnikom nigdy nie wydawały się absurdalne.

*

Nie zastanawiasz się, ile czasu kalendarzowego minęło, bo liczy się to, jak ten upływ czasu odczuwa serce.

*

Kiedy razem uciekaliście, powiedziałam, że oboje macie jaja. Macie jaja i macie miłość. Jeśli to nie jest dość dobre dla świata, to świat nie jest dość dobry dla was.

Julian Barnes, Jedyna historia,
przeł. Dominika Lewandowska-Rodak,
Świat Książki, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


poniedziałek, 14 maja 2018

Drugi tom miał premierę w środę w środku marca. Ten — trzeci — też w środę, prawie dwa miesiące później. Ostatnia środa obrodziła premierami — wśród nich podejrzanie dużo książek, na które ostrzę sobie zęby. Majowy środowy kryminał towarzyszył mi przy kilku porannych kawach. Nie śpieszyłam, ale i tak się skończył.

Paddy i Gordon — myślę i uśmiecham się natychmiast. Pang! W tym szwedzkim dziecięcym kryminale wciąż zadziwia mnie delikatność, z jaką wplatana jest w opowieść dydaktyczna nitka — zero smrodku.

I tylko z jednym w tej książce nie zgadzam się wcale: będziesz głupi i zły w swoim życiu jeszcze nie raz i całe Twoje szczęście! Bo to jedyny sposób, by się rozwijać, by stawać się tym, kim masz być, by lepiej rozumieć siebie, innych i świat.

     — On, ona albo oni to rozlazłe i okropne typki — powiedziała Paddy.
     — Ach tak — chrząknął Gordon.
     — To wygląda naprawdę przerażająco — mówiła dalej Paddy. — Może on, ona albo oni chcą mnie przestraszyć?
     — Ach – odparł Gordon i poczerwieniał.
     — Albo może on, ona albo oni chcą coś powiedzieć? — ciągnęła Paddy.
     — Używaj słowa „Duch” — zaproponował Gordon. — Jak mówisz on, ona, oni, bardzo komplikujesz... Duch!
     — Uch — westchnęła Paddy, która bardzo nie lubiła duchów. — Ale jeśli Duch chce straszyć, to on, ona albo oni nie powinni tak po prostu odchodzić…

*

Gordon pachniał świeżą pościelą, ciastkami i wesołą książką. Chociaż na posterunku pozostał tylko zapach dawnego Gordona

*

To najgorsze, co może się zdarzyć. Najstraszniejsze. Wszystko inne to właściwie głupstwa.
     No bo co się dzieje, kiedy ktoś kradnie orzechy? Chodzi tylko o to, żeby je zwrócił.
     Co się dzieje, kiedy ktoś dokucza? Chodzi tylko o to, żeby przeprosił.
     Co się dzieje, kiedy ktoś tajemniczo drapie? Chodzi właściwie tylko o to, żeby poprosić tego Ducha, żeby poszedł do domu spać.
     Ale dwoje zaginionych dzieci? To jest tak straszne, że aż chce się płakać
.

*

To dobrze, że tak się różnią [Paddy i Gordon].

*

Muszę teraz zapisać ważną rzecz.
     Przez chwilę mruczał coś pod nosem, a potem przeczytał na głos to, co napisał.
     Jest tyle rzeczy, których się boimy. Ale jest tylu miłych i dobrych, którzy chcą nam pomóc. I wcale nie jest pewne, że jest ktoś złośliwy

*

[…] ktoś, kto nie wie, co się stało, niewiele z tego zrozumie.
     — Ale my rozumiemy, moja najlepsza przyjaciółko Paddy — powiedział Gordon. — I z całą powagą obiecuję, że nigdy więcej nie będę głupi i zły
.

*

*

Wszyscy mają spać spokojnie.
Dobranoc! Dzień dobry!

Ulf Nilsson, Komisarz Gordon. Jeszcze jedna sprawa,
ilustr. Gitte Spee, przeł. Barbara Gawryluk,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)


środa, 02 maja 2018

Antenka bardzo lubi pisanie tego Autora. Z tego też powodu przymierzam się od miesięcy do jego najnowszej książki, ale wciąż jest na cyfrowym stoliczku. Nadarzyła się urlopowa okazja upolować (za grosze?) i machnąć (przewertować?), to upolowałam (w cenie, która uwzględnia, że czasem zgniłki trafić się mogą, bo mogą) i machnęłam (przeczytałam), i zachwyciłam się nawiasami w środku zdań montowanymi, które na wiele sposobów czytać można (należy?).

To była granica, której nie można było po prostu przekroczyć.
     Ona wymagała podjęcia decyzji
.

*

     — Cud — patriarcha zignorował zaczepkę. — Zdarzył się cud. I ten cud nie może wymknąć się nam z rąk.
     — Cud, Pawełku — odezwała się smutno — łatwo jest zacząć, a bardzo trudno skończyć.
     — Wiem. Sam byłem orędownikiem kilku cudów, z których nic nie zostało
.

*

Ala nie wiedziała, co szmuglowała ani w którą stronę (ze snu w jawę?) (z jawy w sen?).

*

[…] to nie miało prawa się udać. To zaprzeczało zdrowemu rozsądkowi. Pokazywało, że wiara w zdrowy rozsądek jest złudzeniem, mozolnie wypracowanym na przestrzeni wieków.

*

[…] zgromadzony tłum już przypomniał sobie o miejscu (Polska) i czasie (XXI wiek) zgromadzenia. Odnalazł się w kulturowym prądzie. Prawdopodobnie, pomyślała Anna, znowu osiadł na mieliźnie.

*

Że z każdą łzą i smarkiem upływają cenne minerały, że ma równowaga elektrolitowa stoi nad przepaścią, a może i w nią już zstąpiła.

*

     — Mamo – powtórzyła.
     Nigdy wiele nie rozmawiały. W zasadzie obywały się bez słów. Zamknięte we własnym kobiecym mikrokosmosie, do którego inne osoby nie miały dostępu. Był to mikrokosmos sprzed nazwania rzeczy po imieniu, a może nawet pozbawiony rzeczy
.

*

Anna potrafiła zidentyfikować tylko kilka gatunków, zależnie od zwisających atrybutów: z żołędziami — dęby, z szyszkami — sosny, z lampkami świątecznymi — choinki, z gruszkami — wierzby. Ostatecznie nie była dendrologiem, tylko neurologiem. Drzewa liściaste przypominały jej przerośnięte neurony. Oparła się, według własnej terminologii, o omszały akson, a pomiędzy rozłożystymi dendrytami uwijały się ptasie mamy.

*

A może, pomyślała, ta historia nie została zamknięta? Nie zapadły jeszcze decyzje, co będzie prawdą, a co kłamstwem? Żeby wiedzieć, co się zdarzyło, trzeba znać zakończenie.

Ignacy Karpowicz, Cud,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2013.
(wyróżnienie własne)


piątek, 30 marca 2018

Kaan widziała ekranizację tej książki i stwierdziła, że warto ten film obejrzeć dla dwóch dialogów w końcowej części. Drzewko woli najpierw czytać. Polowałam, a gdy upolowałam, napędzała mnie ciekawość poznania wspomnianych przez Kaan dialogów.

Delikatna, subtelna, z łatwością odnajdująca w naszym ciele drogę do osobistego doświadczenia z okresu niepewności. Wprawia w drżenie. I właśnie to drżenie jest najcenniejsze podczas czytania tej książki.

[…] nie zniżę się też do poinformowania cię, że dwie noce temu dołożyłeś kolejny roczny słój do mojej duszy.

*

[…] komory serca, jak zapadnie żądzy, tunele czasoprzestrzeni i szuflada z podwójnym dnem, nazywaną przez nas tożsamością, rządzą się uwodzicielską logiką, zgodnie z którą najkrótsza droga z prawdziwego do wyobrażonego życia, z tego, kim jesteśmy, do tego, kim chcemy być, prowadzi krętymi schodami zaprojektowanymi z szelmowskim okrucieństwem M.C. Eschera.

*

Zawiąż mi oczy, weź mnie za rękę i nie żądaj, abym myślał — zrobisz to dla mnie?

*

Każdy przechodzi okres traviamento — kiedy wybieramy w życiu inny kierunek, inną via. Dante przeżył coś takiego. Niektórzy się potem odnajdują, niektórzy udają, że się odnaleźli, niektórzy nigdy nie wracają, inni tchórzą, jeszcze zanim skręcą, a jeszcze inni boją się zejść z dotychczasowej drogi i do końca żyją niewłaściwym życiem.

*

Chcę poznać twoje ciało, chcę wiedzieć, co czujesz, chcę poznać ciebie, a za twoim pośrednictwem siebie.

*

[…] nawet jeśli w dłuższej perspektywie ludzie mogą się okazać trudni we współżyciu, większość z nich ma dobre intencje i coś pozytywnego do przekazania. Nikt nie jest samotną wyspą, nie możesz odgradzać się od innych, ludzie potrzebują ludzi, blablabla.
     Pomyliłem się jednak w swoich przewidywaniach.
     — Jesteś zbyt mądry, aby nie wiedzieć, jak rzadkie i wyjątkowe było to, co was łączyło
.
     […]
     — Nie bój się, to do ciebie przyjdzie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Przyjdzie w najbardziej nieoczekiwanym momencie. Natura ma sprytne sposoby na znajdowanie naszego najsłabszego punktu. Pamiętaj, że zawsze możesz na mnie liczyć. Rozumiem, że w tej chwili nie chcesz niczego czuć. Może nigdy nie chciałeś. Może nie ze mną masz ochotę rozmawiać o tych sprawach. To wszystko nie zmienia faktu, że coś czułeś. […] — W takim razie powiem jeszcze jedno, żeby nie było niejasności. Może byłem blisko, ale nigdy nie miałem tego, co ty. Zawsze mnie coś powstrzymywało albo stało na przeszkodzie. To twoja sprawa, jak pokierujesz swoim życiem, ale pamiętaj, że nasze dusze i ciała są nam podarowane tylko raz. […] Byłbym fatalnym ojcem, gdybyś pewnego dnia chciał ze mną o tym porozmawiać i miał poczucie, że drzwi są zamknięte albo za mało otwarte.

André Aciman, Tamte dni, tamte noce, przeł. Tomasz Bieroń,
Wydawnictwo Poradnia K, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


piątek, 16 marca 2018

Mój ulubiony szwedzki kryminał — to co, że dla dzieci. Po skończeniu pierwszej części, zaczęłam od razu czekać na drugą. Miała premierę, podobnie jak Chyłka, w środę. Z przyjemnością udałam się do świata komisarzy Gordona i Paddy, złapać oddech na chwilę. Pang!

Karkołomne zadanie sobie zadałam tydzień temu: każdego dnia wypatrywać choć jednej chwili radości — może być króciutka, bardzo ulotna, prawie niezauważalna dla postronnych, ale mam ją znaleźć i już! Dla własnego zdrowia. Co dnia. Trochę w lewo, trochę w prawo, pang!, bo wczoraj znalazłam wiele radości wędrując z Paddy po lesie.

Tymczasem wrona nagle zaczęła płakać. Paddy nigdy dotąd nie widziała płaczącej wrony. To było kraczące łkanie, połączone z chrapliwym kaszlem. Wielkie łzy płynęły po błyszczącym dziobie.

*

Paddy nie bardzo wiedziała, co to znaczy: iść całkiem zwyczajnie. Jak to się robi? Czy lepiej mieć łapki wyprostowane, czy ugięte? Czy patrzeć w niebo w taki niewinny sposób? Może to właśnie wyglądałoby bardzo podejrzanie?
     […]
     […] i poszła dalej w całkiem zwyczajny sposób. Czy łapki powinny się kołysać do przodu i do tyłu? Trochę czy bardzo? Nie mogła sobie teraz tego przypomnieć.
     […]
     […] i dalej szła całkiem zwyczajnie. Czy kiedy idzie się całkiem zwyczajnie i stawia się długie kroki, to idzie się wolno? — zastanawiała się. Dziwne, że naśladowanie zwyczajnego kroku było takie trudne.
     […]
     I po chwili powiedziała do siebie:
     — Ech, muszę przestać myśleć o tym, jak idę
.

*

Jest wiele sytuacji, które nie są miłe, ale nie są złe. Wolno przecież zjeść za dużo ciastek i spać cały dzień. Może powinienem użyć słowa „niemądre”. Takie spanie jest niemądre. Ale jest też całkiem niezłe — pomyślał.

*

     — Czasem mówi się coś niemiłego, mimo że wcale się tak nie myśli — zauważył Gordon. — Ale czasem mówi się okropne rzeczy, bo się chce, żeby komuś było przykro.
     — Aha — odpowiedziała Paddy.
     — Kiedy byłem mały, dokuczałem pewnej gęsi i żartowałem sobie z jej długiej szyi. Mówiłem, że ładniej wygląda się w ogóle bez szyi...
     — Może mówił pan tak dla żartu?
     Gordon powoli pokręcił głową.
     — Nie, zazdrościłem jej, że potrafi i pływać, i latać
.

*

Tyle odwagi mieściło się w piersi ropuchy.
     — Jeśli chcesz mnie powstrzymać, musisz mnie najpierw zjeść — powiedział Gordon
.

*

Westchnęli oboje.
     — Jesteśmy bardzo dzielnymi policjantami — powiedział Gordon. — Chociaż jesteśmy też zwykłymi zwierzętami. Przestraszonymi. Zmęczonymi. Albo głodnymi
.

Ulf Nilsson, Komisarz Gordon. Ostatnia sprawa?,
ilustr. Gitte Spee, przeł. Barbara Gawryluk,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)


*

(tamże)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:



*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...