Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?

Wpisy z tagiem: litera faktu i myśli oraz reportaż

środa, 14 listopada 2018

Wiedziałam, że wyjdzie. Wiedziałam kiedy. Nie wiedziałam, aż do dnia premiery, że zostanę mile zaskoczona, że wersja elektroniczna pojawi się bez dodatkowego opóźnienia czasowego w stosunku do wersji papierowej.

Prawie wszystkie reportaże mnie zachwyciły. Prawie wszystkie, bo jeden zdruzgotał (ponownie), a inny zmęczył okrutnie — sprawiał bowiem wrażenie, jakby swoją obecnością w tej książce załatwiał dofinansowanie z prawego i sprawiedliwego ministerstwa małej kultury.

Świeżutkie książki Autora mają zawsze tę samą wadę — po ich skończeniu, wiesz, że na kolejną… będziemy musieli poczekać.

Pamięć to kurwa. Lub: kurwa, pamięć.
     Tak powiedzielibyśmy sobie z Violą przy czerwonym winie. A może nie, może ona nie potraktowałaby tego tak poważnie. Powiedziałaby: ech, ta pamięć, kurwanoga

*

Nasze stare dewotki nie mają tej radości w sobie, kościół ją zabija.
     W tym momencie moja myśl przystaje i nie wie, w którą stronę się udać, bo tata, w Polsce radiomaryjny, w Czechach ewidentnie się demoralizuje.
     Żałuje, że nie mówi po czesku, choć zdarza mu się wyrecytować trzy słowa. Kiedy ma dobry humor, staje na baczność i mówi
: Vstupenka! Jizdenka! Letenka! Czyli powiedz mi jeszcze raz: vstupenka to bilet do teatru, jizdenka — bilet na tramwaj, a letenka — na samolot? Nie może się nadziwić, że bilet może mieć trzy nazwy. Tłumaczę, że Czesi cywilizacyjnie stoją wyżej od wielu narodów, rozwijają język i mają jedno słowo tam, gdzie inni mają ich ze trzy, na przykład: bilet, na, samolot.

*

     — Bo po każdym końcu świata — tłumaczy — musi być jakiś początek.

*

[…] zapisał […]: „Jestem tajemnicą swego domu. Swojej rodziny. Milczą całe zdania wielokrotnie złożone z wątpliwości, z lęków, z wzajemnych pretensji, przeciwstawnych wyobrażeń dwóch pokoleń. Miałem być jak oni, a nie jestem. Miałem być bardziej przewidywalny i łatwy, nie jestem. Miałem być bardziej przytulny i miły, nie jestem. Bardziej ha, ha, hi, hi. Bardziej wygodny. Mam nie być sobą. A jestem”.

*

I okazało się, że nie ma rzeczy niemożliwych! Trzeba tylko dać im jakiś początek. To chyba najlepsze na pragnienie życia.

*

Jest jasne, że mężczyzna nie będzie pytał nikogo o zgodę na to, co robi. Pozostawia w mieście ślady tam, gdzie ma ochotę. Wtyka w jego zakamarki, co mu się podoba.


fot. Norbert Piwowarczyk, źródło.

Tomasz [Górnicki] przysyła mail z uwagą: „Czy wyobrażasz sobie, aby w domach nad drzwiami wisiał człowiek w agonii na krześle elektrycznym? Aby dzieci dostawały na komunię małe złote krzesło elektryczne jako medalik? Jezus na krzyżu to obraz makabryczny, ale ta przemoc nikogo nie razi. Kolejny Jezus na krzyżu jest już tylko odbitką, nad którą nikt się nie zastanawia. Trywializacją cierpienia. Nic się lepiej nie sprzedaje niż seks i przemoc, może stąd sukces religii chrześcijańskiej?

*

Rozpłakał się dopiero w domu.
     Płakał każdego dnia. Naliczył, że trzydzieści dni z rzędu.
     Wiem, to dziwne, mężczyzna i tak dalej...
     W pracy pytali go, dlaczego jest taki smutny.
     Dopadła mnie dorosłość, mówił.
     Że co? Masz przecież czterdzieści lat.
     Dorosły stajesz się dopiero, gdy stracisz to, co naprawdę kochasz, tłumaczył. A to mi się przydarzyło pierwszy raz. Ale już nie dodawał informacji, kogo stracił, bo wydało mu się to trochę wstydliwe.
     Wracał więc do domu i nie było rady — płakał
.

*

Na wszystko w życiu musi przyjść odpowiedni moment. To zdanie mogłoby być refrenem mojej życiowej piosenki.

*

Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej.
     (Hanna Krall właśnie do mnie napisała, żebym był czujny i nie formułował zbyt łatwo złotych myśli. A jeśli już, to z powątpiewaniem, zastanowieniem, znakiem zapytania, z bezradnością i jakby prosząc o radę).
     Kiedy już wiem, że nie jestem nieśmiertelny, żyję inaczej
?

*

Nigdy” i „zawsze” mogłyby w słowniku nie istnieć. Robią więcej szkody niż pożytku. W ogóle robią same szkody.
     A „na zawsze” to jest związek wręcz przestępczy.
     Jacek M. jeszcze o jednym słowie: — Wiem, że moi księża profesorowie z seminarium ekskomunikowaliby mnie za to. Jednak do tych słów, które robią więcej szkody niż pożytku, czyli do „nigdy” i do „zawsze”, dodałbym również słowo „Bóg
”.

*

Mieć na koncie w rodzinie zabójstwo i z dumą pisać o sukcesach rodziny i jej katolickości? Mieć na koncie zakatowanie dziecka i bez oporów zostać ekspertem MEN? Mieć taki grzech na sumieniu i bez oporów pisać w internecie, że tylko katolicki PiS może zrobić porządek w Polsce? Zaskoczony? […]
     […]
     Rodzina T.: patriotyzm, powściągliwość, praca, prawda, poświęcenie, posłuszeństwo, przepisy, pryncypia, prawo i sprawiedliwość.

Mariusz Szczygieł, NIE MA,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


niedziela, 04 listopada 2018

Nie mam odpowiedzi na pytanie: od czego zacząć spotkanie z Martinem Pollackiem, od tej rozmowy czy może od Jego książek (I, II, III)? STOP. Wiem tylko, że każde z tych spotkań jest jedynym w swoim rodzaju. STOP. Rozmowę zostawiłam sobie na deser, co okazało się strzałem w dziesiątkę. STOP.

Mądrych ludzi warto słuchać, warto czytać, warto zauważać, co z nami robią ich przemyślenia, doświadczenia i refleksje. STOP. Martin Pollack z pewnością do tych ludzi należy. STOP. Wybrane cytaty podzieliłam na dwie grupy: dla nas jako jednostek oraz dla nas jako wspólnoty. STOP. Każdy z tych cytatów wciąż mnie zatrzymuje, zamyśla, porusza, choć skończyłam tę książkę wczoraj rano. STOP.

#1: (poziom indywidualny)

Moje podejście do życia jest takie, że wszystko jedno, co się zdarzy, przeżyję, dam sobie radę.

*

[…] został we mnie brak zaufania do instytucji rodziny, nie wierzę w nią.
     Naprawdę blisko jestem tylko z żoną, z nią mogę rozmawiać o wszystkim, z synem czy z bratem już nie.
     Ale nie siedzę i nie zastanawiam się: Cholera, dlaczego jestem taki, a nie inny? Po prostu taki jestem i już
.

*

Jestem dosyć towarzyskim człowiekiem, sama widziałaś, że wczoraj, kiedy przyszedł elektryk, piliśmy razem wino.
     Trochę cię przymusił, mówiąc: Ostatnio dostałem tutaj lampkę wina”.
     A bo on lubi dobre wino i wie, że u mnie dostanie. Nie jest tak, że mi tylko przeszkadza, jak ktoś przyjdzie, czasami nawet to lubię, w szczególności kiedy, jak w tym wypadku, wiem, że nie potrwa to dłużej niż dwadzieścia minut
.

*

Słuchaj, czy ty, lewicowiec, jesteś feministą?
     Bo ja wiem… chyba tak, ale zapytam żony.
     Kręci głową, że nie, mówi, że tylko teoretycznie.
     No tak, na pewno wielkim feministą to ja nie jestem. Żona ma chyba rację…
     Co tak wzdychasz?
     No bo próbuję normalnie, partnersko traktować kobiety, ale zdaję sobie sprawę, że zostałem wychowany w innym duchu. To nie jest dla mnie naturalne, odruchowe, muszę wcześniej pomyśleć
.

*

Mówiłeś kiedyś, że chciałbyś umrzeć w górach.
     Czasami tak myślę. To jest takie marzenie sentymentalne.
     Ale ciągle potrafię się cieszyć życiem.

*

[…] powiedziała od razu: „Porozmawiajmy o pana strachu, lękach”. A ja: „No to będzie krótka rozmowa, bo ja się nie boję”.
     […]
     Mój lekarz onkolog zawsze pyta, co mnie bolało ostatnio, gdzie i jak silnie, ale nie umiem jasno odpowiedzieć, wiem, że w kręgosłupie, ale nie wiem dokładnie, w którym miejscu. On mówi, żebym określił siłę bólu w skali od jednego do dziesięciu, ale ja nie wiem, jaki to jest ból dziesięć. Albo czy to, co na przykład w tej chwili czuję, to jest ból.
     Opowiadasz, jakbyś nie miał kontaktu z samym sobą.
     No, może nie mam, nie wiem.
     Lekarz w końcu zawsze pyta moją żonę, bo ona wie lepiej. Powiedział, że to jest częste u mężczyzn
.

*

Kiedy coś opisuję, muszę wcześniej tego dotknąć, powąchać. To dla mnie bardzo ważne.

Katarzyna Bielas, Tropiciel złych historii. Rozmowa z Martinem Pollackiem, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018
(wyróżnienie [czerwone] własne)


#2: (poziom społeczny)

Pamiętam dobrze pierwszą falę emigracji z Polski, to była na ogół emigracja zarobkowa, często niezbyt ciekawa, różne złote rączki, sprzątaczki. Po prostu chcieli pracować w Austrii. Dlatego jestem trochę zdziwiony, że teraz tak łatwo Polakom powiedzieć: „Nie, „nie chcemy u siebie uchodźców, a już na pewno nie ekonomicznych”. A kim Polacy wtedy byli? A polska emigracja zarobkowa w Irlandii, w Anglii, w Holandii…

*

Wróćmy do początków transformacji, mówiłeś, że nie podobało ci się to powszechne handlowanie.
     Na pierwszy rzut oka to może być ciekawe czy śmieszne, że wszędzie, nawet w centrum Warszawy, stoją łóżka polowe i tak zwane szczęki, ale dla mnie to był nieprzyjemny widok.
     Wydaje mi się, że taka pogoń na forsą psuła i psuje naród, bo za tym idzie myślenie, że ten, kto najwięcej i najszybciej zarobi, jest najlepszy. To dziki kapitalizm. Jedynymi wartościami są pieniądz, zysk, a ktoś, kto nie potrafi szybko się wzbogacić, jest głupi
. […] W Polsce wtedy ujawniła się mentalność spryciarzy, cinkciarzy. W kontaktach z takimi ludźmi zawsze masz uczucie, że to, co proponują, jest trochę nieuczciwe.

*

Trzeba jednak pamiętać, że zainteresowanie literaturą jest koniunkturalne, wzrasta, kiedy kraj budzi ciekawość z powodów politycznych.
     Pamiętam, jak w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych w Polsce ludzie pytali mnie: „Jak to możliwe, że »Spiegel« zamknął biuro w Warszawie?”. Byli wręcz obrażeni. Mówiłem im: „Powinniście się cieszyć, bo to znaczy, że Polska jest na dobrej drodze, żeby stać się normalnym krajem, który obsługuje się z Berlina, Hamburga, Wiednia, do którego można w godzinę dolecieć samolotem. Biura otwiera się tam, gdzie jest kryzys, rewolucja, wojna”.
     Nie wykluczam, że niedługo Polska znowu stanie się popularna. Niestety
.

*

Teraz stałeś się ofiarą PiS-owskiej „dobrej zmiany”. W 2016 roku Instytut Polski w Wiedniu zlikwidował twój cykl spotkań z polskimi pisarzami Martin Pollack poleca za krytykę rządów PiS w austriackiej prasie.
     To prawda, ale nie czuję się specjalnie ofiarą. Oczywiście mógłbym siedzieć cicho jak większość autorów, tłumaczy. Dla mnie jednak to nie jest wyjście, przecież nie po to całe życie zajmuję się Polską, żeby teraz spokojnie patrzeć, jak wszystko tam niszczą.

*

Dla mnie największym zagrożeniem jest dziś powrót nacjonalizmu, może nie powrót, tylko przebudzenie się. A myśleliśmy wszyscy, że mamy to już za sobą! Pochodzę z rodziny, w której nacjonalizm był bardzo silny, ważny, zostałem wychowany przez nacjonalistów i wiem, jakie to groźne. Ponieważ jednak wszyscy już umarli, sądziłem, że to koniec, zabrali swoje poglądy do grobu. Niestety

*

Ja wiem, że mam rację przynajmniej w jednym: przestrzegam przed czymś, co już było, czymś bardzo groźnym, czego konsekwencje znamy, historia je pokazała.

*

[…] postanowiłem pojechać z żoną na Litwę samochodem. Po drodze w Sejnach odwiedziliśmy Krzysztofa. Przyjął nas herbatą, potem pyta: „A gdzie ty teraz jedziesz?”. Mówię, że na Litwę, a on przerażony: „Autem?! Z rejestracją austriacką? Wykluczone”. To był ten okres, kiedy nagminnie kradli samochody, zdarzały się niebezpieczne sytuacje. Powiedział: „Poderżną ci gardło, bo ci Litwini od razu mordują, tam jest mafia”. Żona siedzi, pije herbatę i nic nie rozumie, bo mówimy po polsku. Mimo to oczywiście pojechaliśmy.
     Stało się coś?
     Nic. Zamówiłem w Wilnie pokój w świetnym, małym prywatnym hotelu
. […] Cała ekipa stała przed hotelem, czekała na gościa z Austrii, który jedzie taksówką z lotniska, a tu nieoczekiwanie zajeżdża mój brudny czerwony golf. Myśleli, że przyjechałem bezpośrednio z Austrii. Właściciel chciał odprowadzić auto, więc mu tłumaczę, że tutaj jest jeden alarm, tu drugi, jeszcze inne zabezpieczenie. On patrzy na mnie zdziwiony: „A po co panu te alarmy?”. Mówię: „No jak to, przecież pracuję w Warszawie, jeżdżę po Polsce”. A on: „A… to rozumiem, tam strasznie kradną auta, mogą nawet zabić”.

(tamże)

wtorek, 11 września 2018

Wybrać cytaty z drugiej. Wybrać z trzeciej. Sprzyjające warunki: w końcu ciut chłodniej, wieje i popaduje. Druga, trzecia, bo… świeżutki Tochman już skończony i czeka na swoją kolej.

Świeżutki? Nie tak bardzo. Część reportaży wyjęta z Bóg zapłać (Czarne, 2010). Dokładnie nie sprawdzę, bo do ula setki kilometrów, a sama pamięć, gdzie książka w papierzu stoi nie pomaga zbyt mocno. To jeszcze jeden argument za ibukami.

Świeżutki? Nie bardzo. Lekki niesmak, że w podczytniku informacji na ten temat brak.

Świeżutkie za to obrzydzenie do polskiego katolicyzmu, którego wyznawcy sprawiają wrażenie jakby cierpieli na religijną wersję syndromu sztokholmskiego — ot taka nasza narodowa innowacja. Brzydzę się dziś katolikami, a szczególnie katoliczkami… Dlaczego? Bo kobiety mogą zmienić czarną mentalność, której wiara myli się z władzą… wystarczy, że wyjdą z kościołów — jest ich więcej niż piotrowiczów, biskupów zamiatających pod dywan i betonowo-marmurowych janów pawłów, pomników patrona polskich pedofili w koloradkach. Zbyt wielu ludziom wpojono, że ksiądz to synonim słowa książę.

Czy branie odpowiedzialności za osiemnastolatka oznacza podejmowanie za niego decyzji: nie idź! Czy można kogoś w takiej decyzji wyręczyć? Powiedzieć: stój, nie ratuj!
     […]
     Tamten ranek wraca nocami? Jeść trudno? Uczyć się? Modlić? Nie wolno o tym mówić? Czuć? Nazywać spraw po imieniu?
     Ani słowa. Cisza
.

*

Świat istnieje, co niektórych irytuje, budzi w nich złość.

*

Następni wychodzą? Ze strachu? Słowa nie zakażają. Nic wam nie grozi. Stójcie! Mam pytanie: czy każdy z waszych bliskich mógłby przyjść do was i powiedzieć o swojej największej tajemnicy?

*

Seks innych to przecież moja sprawa. Będę oceniał, sądził, brzydził się. Brzydzisz się, to dlaczego dupy innych tak cię obchodzą? Jakże skwapliwie ludzie badają cudze życie — pisze Święty Augustyn – a jak opieszale zabierają się do naprawiania swojego. Dlaczego ocenianie innych, sądzenie ich, tak ci jest, człowieku, potrzebne? Cóż warte byłoby twoje życie, gdybyś nie osądzał innych?
     Wy, dobrzy katolicy, patrząc na człowieka z piętnem, myślicie o sobie: jesteśmy od niego lepsi, poukładani, moralni, uczciwi, czyści. My, dobre żony, kochający mężowie, troskliwe matki, ojcowie — wszyscy gotowi jesteśmy na zbawienie. Panie Jezu, bierz nas prosto do nieba! Hurtem nas weź!

*

Pchają się wam do głów stereotypy, gotowe schematy, matryce, już zajmują ustalone z góry pozycje, już są gotowymi argumentami do oceny, sądu, skazania?

*

Chrystus dałby mu zapewne numer swojej komórki. Biskupia komórka jest tajna.

Wojciech Tochman, Wściekły pies,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)



*

Trzeba dbać o siebie, nawet gdy jest już z tobą całkiem źle. Im bardziej się zaniedbujesz, tym bliżej ci do śmierci.

(tamże)

Wszystko zaczęło się od przypadku. Wpadłam na audycjęprzepadłam. Sześć dni po premierze trzeciej wydłubałam cytaty i zaczynam czekać na czwartą — będzie za dwa lata?

Po tych książkach polska zima nie wydaje się groźna, nawet jeśli będzie bardzo mroźna.

     — Dlaczego wracasz? — zapytam.
     — Bo nigdy naprawdę nie wyjechałam — odpowie
. — […]  Wszystkie dzieci stąd wiedzą, że jak Ann za czymś stoi, to wszystko się uda. Ona potrafi być tym dorosłym, któremu się ufa. Ja też jej ufam. Ta kobieta nie pracuje w domu dziecka. Ona jest domem dziecka.

*

Nigdy nie mam gotowego planu. Nie daję się zranić, czekam, nigdy się nie narzucam.

*

A jeśli nie mogłeś być dzieckiem, to skąd masz wiedzieć, kim jesteś jako dorosły? […] Ciężko oczekiwać od rodziców, że będą dobrzy w swojej roli, skoro od pokoleń nie mają żadnego wzorca. Dzieci potrzebują pomocy, to jasne, ale szczególnie potrzebują jej dorośli.

*

Tu każde imię coś znaczy. Dzieci nazywane są na cześć zmarłych, którym w ten sposób przedłuża się życie. Zapomnieć imię to zaprzeczać, że ktoś istniał.

*

Mówienie o tym, co się stało, to ważny element procesu dochodzenia do siebie.

*

     — Całe życie byłaś uparta? — zapytam.
     — Tak. Dzięki temu wygrałam własną wojnę
.

*

Nierówności mają ogromne znaczenie, ponieważ lepiej czuję ciało, panuję nad nim, zachowuję równowagę. Kiedy przyjeżdżam do dużych miast, gdzie wszędzie jest asfalt, w ciele pojawia się niepokój, bolą mnie kości i stopy, nie mogę chodzić tam, dokąd chcę, tylko tam, gdzie wolno.

*

[…] nie umiałabym rozmawiać o uczuciach w obcym języku, bo czuję po grenlandzku. My myślimy obrazami. Nie widzimy słów, ale sceny, widzimy wszystko dosłownie, więc często jeden komunikat jest dla nas wieloznaczny. Niektórych rzeczy nie jesteś w stanie wyrazić po duńsku, dlatego że słowa masz w sercu.

*

Przez nadmierny racjonalizm tracisz kontakt z własnym otoczeniem. Im bardziej usuwasz siebie z ciszy, tym bardziej wyrzekasz się swojego zbiorowego ja.

*

     — Zawsze powtarzam, że jeśli w kogoś celujesz — mówiąc to, układa dłoń jak pistolet, z jednym palcem wymierzonym w moją stronę — pamiętaj, żeby trzema palcami mierzyć w siebie.

*

Teraz jestem bardzo szczęśliwy. Ale przeszedłem piekło, żeby tu dotrzeć.

*

     Jesteśmy cisi, ale to nie oznacza, że jesteśmy słabi. Po prostu mówimy z innego miejsca w ciele.

*

Silni będziemy tylko wtedy, gdy nauczymy się wykorzystywać różnice w dobrej wierze, nie działając na oślep.

*

Na początku lód przeraża. Chodzi się po nim jak najlżej, starając się unosić nad wkładkami w butach, żeby nie naciskać, mimo że obok przejeżdżają samochody. Później dociera do ciebie, że w tym krajobrazie jesteś tylko martwym pikselem, że morze nawet cię nie zauważa, więc przestajesz się bać. Po kilku tygodniach chodzenie po wodzie staje się obsesją nieumiejącego pływać. Na lód wraca się szukać szczelin i grzebać w nich palcami.

*

Rozmawiamy mieszanką języków, mróz dodatkowo przeciąga zdania, skleja z zimna morfemy, dzięki czemu nie wytraca się ciepła na przecinki. Dużo w tej rozmowie pożytecznej ciszy.

Ilona Wiśniewska, Lud. Z grenlandzkiej wyspy,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.
(wyróżnienie własne)



Są książki lekkie, łatwe i przyjemne. Są trudne, wymagające, które czytam długo i na raty. Są takie, które we mnie wsiąkają lub w które ja wsiąkam. Są również takie, które muszą się we mnie ułożyć, poruszenie wewnętrzne, które wywołują, potrzebuje zagospodarować się, są przeżywane dużo dłużej niż dzień bądź dwa po przeczytaniu ostatniego zdania. Do takich książek należą te Ilony Wiśniewskiej — każda inna, ale efekty działania podobne: obcujesz z tajemnicą i ciszą w sobie — zazdroszczę ci, jeśli te książki są przed tobą.

Tę skończyłam w zeszłym tygodniu, trzecią też już przeczytałam — wciąż we mnie są, zamyślają mnie.

Nie ufamy tym, którzy krzyczą. W naturze człowiek jest cicho.

*

Badania potwierdzają, że zdrowie nie pochodzi z kwasów omega-3 czy z antyoksydantów, ale z tego, jak się człowiek ma sam ze sobą, ze swoimi przekonaniami, językiem i wierzeniami.

*

[…] czytam w książce, że najbardziej oszałamiającym doświadczeniem w naturze jest dla niej niespodziewany widok klucza wędrownych ptaków i ich odgłos. Nie widzi ich w momencie, kiedy przelatują, a kiedy już je dostrzega, są daleko. To wtedy czuje, jakby dotykała jakiejś tajemnicy, i za każdym razem upuszcza wszystko, co akurat trzyma w dłoniach. To właśnie dlatego, żeby zatrzymać to wrażenie, Regine Juhls robi biżuterię.

*

Regine uważa, że poznanie tundry wymaga tysięcy kroków w samotności i pokory, której szczęśliwymi posiadaczami są tylko zwierzęta.
     […] Zima jest dobra, mimo że trwa osiem miesięcy. Trzeba się jej po prostu nauczyć.

*

W języku saamskim jest osiem pór roku. Przedwiośnia i podjesienie mają tu swoje pełnoprawne nazwy, jak zaklęcia wyszeptywane przez noaidich w krwawiące rany. Giđđadálvi — przedwiośnie, giđđa — wiosna, giđđageassi — wczesne lato, geassi — lato, čakčageassi — podjesień, čakča — jesień, skábma (albo w innej wersji čakčadálvi) — przedzima, noc polarna, dálvi — zima.

*

Mari [Boine] wie, że jej matka do końca życia nie mogła się pogodzić z tym, że córka joikuje. Ojciec potępiał wszystko, co robiła, i do śmierci nie zmienił zdania. […] Życie bez rodziców było wyzwoleniem. Po śmierci stali się jej o wiele bliżsi.

*

[…] kończy słowami: „Oddychamy […]. To jest tchnienie naszego życia. Nie wierz dłużej, że jesteś gorszy. Nie wierz dłużej w kłamstwa, które kradną ci życie”. Mari powtarza często, że wściekłość to wspaniała siła napędowa.

*

Pod koniec lat siedemdziesiątych Boine […] nagle zaczęła zadawać sobie pytania, czego się wstydzi i czy rzeczywiście musi.

*

Tradycyjnie wierzono, że w zorzy tańczą po śmierci stare niezamężne kobiety, wysuszone dziewice, które nie zaznały w życiu lepkiej przyjemności. „Ona jest już tak stara, że niedługo skończy w zorzy” — mawiało się.

*

ELLEN ANNE: To jest czczenie. Nie czci się kogoś, kogo się nie kocha. Dobre emocje nie mogą być grzechem.
     PRZYJEZDNA: Czyli teoretycznie można by joikować Jezusa?
     ELLEN ANNE: Nie. Joik to joik. Wychwala się to, co widać
.

*

[…] jeszcze ktoś inny napisał wielkimi, białymi literami IT’S NOT DOWN ON ANY MAP. TRUE PLACES NEVER ARE, a na tylnej ścianie Husegårdenu, tam gdzie coś tłucze od miesiąca, jest biały mural EVERYTHING IS A STORY.

*

Svein Harald wierzy, że to domy znajdują ludzi.

*

W fazie przygotowań zamiast opowiadać każdemu, co chciałby zrobić, Pøbel po prostu to zrobił.

Ilona Wiśniewska, Hen. Na północy Norwegii,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016.
(wyróżnienie własne)



*



Arvo Pärt, Fur Alina, 1976.

*



Mari Boine, Idjagiedas (In the Hand of the Night), 2009.

środa, 05 września 2018

Okładki pierwszej i drugiej przez lata obijały mi się o oczy — nie porwały, nie przyciągnęły, odepchnęły na potem. Przez przypadek trafiłam na audycję à propos trzeciej i już wiedziałam, że muszę — przez wiele emocjonalnych ‘u’ — przeczytać wszystkie trzy, że potrzebuję je czytać w kolejności, jak powstawały.

Pierwszą, tę książkę, skończyłam w niedzielę, ale pracowała we mnie, nie pozwalając zająknąć się na jej temat, bo jak. Musiałam poczekać, aż wyklaruje się klucz, według którego można wybrać cytaty (nie przepiszę przecież połowy książki!). Ta książka jest piękna, wspaniała i magiczna. Spotkacie w niej niesamowitych ludzi, ale jest również jedną z niewielu książek, przy której jesteście ciekawi również tej osoby, która czyta tę książkę, jej reakcji, marzeń, postanowień, pozostaniecie w głębokim i delikatnym zadziwieniu, co uśmiecha ją w środku — pozostaniecie na długo.

Jestem w połowie drugiej. Trzecią, dziś była jej premiera, już mam na czytniku.

Wiedziałam, że muszę na północ, a Longyearbyen — największa osada na wyspie — leżało możliwie najdalej. Arktyczne lato było chłodniejsze od tego europejskiego o jakieś trzydzieści stopni, więc dało się zebrać myśli.

*

Czy bez problemu kupujesz produkty w Svalbardbutikkenie?” Nie.
     „Czy możesz łatwo czytać norweską prasę?” Nie. No, może z wyjątkiem prognozy pogody i nekrologów.
     „Czy swobodnie oglądasz główne wydanie wiadomości w norweskiej telewizji?” No nie. To znaczy oglądam swobodnie, tyle że w tym czasie słucham Trójki
.

*

Grzbiet lodu oddycha jak żółw zmęczony dźwiganiem świata. W górę i w dół. Śpi mocno, bo co jakiś czas drga bezwiednie. Skuter pędzący mu po karku osiemdziesiąt kilometrów na godzinę to nie więcej niż lekkie swędzenie.

*

Koniec świata to dobry początek.

*

Z psami jest łatwiej, bo nie zadają zbędnych pytań.

*

Marcela nie marnuje czasu na strach. Jest tu i teraz. Nie przewiduje złych scenariuszy.

*

[…] to bezpieczne ciepło w hytcie, które Norwegowie nazywają kos, a wymawiają „kus”. Kus oznacza wszystko, co kojarzy się z domem, ciszą, smacznym jedzeniem i miłością. Jak uczucie, kiedy się wchodzi z zimnego do domu, gdzie pachnie kąpielą i miękką skórą. To jest o wiele więcej niż przytulnie. Trudno to w ogóle przetłumaczyć. Kus i hytta są nierozłączne, a im dalej od cywilizacji, tym to nieprzetłumaczalne odczuwa się mocniej. Kus wyklucza samotność. Wyklucza więc też strach.

*

Jak sobie odgryziesz ogon, to przeżyjesz, ale na zawsze pozbawisz się równowagi.

*

I tak siedzimy w milczeniu. To jest jedna z tych chwil, kiedy buduje się swoje najlepsze wspomnienia.

*

Wystarczy, że coś postanowi. Reszta dzieje się sama.

Ilona Wiśniewska, Białe. Zimna wyspa Spitsbergen,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
(wyróżnienie własne)



czwartek, 23 sierpnia 2018

Lubię proste pytania, które stawia Autor w przejmująco ludzki sposób. Proste pytania, na które często nie ma odpowiedzi, jest zaduma i zadziwienie. Podziwiam drogę, jaką przeszedł Autor w drodze do siebie. Podziwiam Jego ciekawość, przytomność i nieustępliwość w dotarciu do prawdy.

Z historii jestem absolutnym betonem — gdy więc w pełnym zdziwieniu raportowałam Sadownikowi, że właśnie przeczytałam, że Watykan po wojnie pomagał nazistom w emigracji do Ameryki Południowej, ten równie zdziwiony zapytał: nie wiedziałaś? Nic, tylko muszę pogratulować znajomym-katolikom wytrwałości w wierze.

Ta książka jest w pewnym sensie kolejnym przypomnieniem-ostrzeżeniem: na faszyzm chorują nie tylko łyse, testosteronowe, impregnowane na wiedzę młode byczki, ale również wykształceni, zacni obywatele, którzy w obecnych czasach mieliby znak Polski Walczącej na ramieniu lub tylnym zderzaku samochodu.

[…] próbowałem rozszyfrować coś, co na zawsze pozostanie fragmentaryczne. Wtedy zrozumiałem, że nigdy nie znajdę odpowiedzi na dręczące pytanie, jak to możliwe, że akurat mój ojciec „na mocy swoich kompetencji” kazał popełniać takie czyny, być może sam sięgał po broń. Ojciec, sturmbannführer, któremu dziesiątki lat później jeden z jego ludzi miał wystawić świadectwo niezmiennie humanitarnego postępowania. Humanitaryzm — co oznaczał w języku sprawców?

*

Zastanawiam się, czym tłumaczyła swoją nieobecność w domu. Mówiła mężowi, mojemu ojczymowi, szczerą prawdę? Czy znajomi coś o tym szeptali, robili jakieś uwagi? Linz nie był wielkim miastem, raczej nie udałoby się utrzymać romansu w tajemnicy — w dodatku romansu z szefem gestapo, którego wielu znało.
     […] SS miało się składać z samych najlepszych nie tylko pod względem „rasowym”, lecz także obyczajowym. Zakon niemieckich mężczyzn. Poza tym Himmler żądał od swoich „braci zakonnych”, aby w miarę możności między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia zakładali rodziny.

*

O życiu prywatnym ojca, o tym, jaki był, co myślał, wiem niewiele, właściwie nic. Do dziś pozostał dla mnie postacią z mroku, kimś o ledwo rozpoznawalnych konturach.

*

Ojczym musiał go znać, jednak nigdy nie przeszłoby mu przez usta jakieś nieprzychylne słowo. Milczał, a ja nie pytałem. Panowała między nami głęboka cisza, którą długo uważałem za rzecz normalną.

*

Dlaczego akurat on?
     To pytanie towarzyszy mi od wielu lat jak posępny cień, o którym wiem, że nigdy się go nie pozbędę.

*

W określonych warunkach pamięć historyczna bywa zdumiewająco krótka. Dziesięć lat okazuje się wtedy długim okresem, który zaciera wiele wspomnień.

*

„Decyzje i sprawy Tajnej Policji Państwowej nie podlegają czynnościom sprawdzającym ze strony sądów administracyjnych”, zapisano w ustawie o gestapo z lutego 1936 roku. Gestapo było państwem w państwie, jego czołowi funkcjonariusze czuli się światopoglądową elitą, wojskiem walczącym z wewnętrznym wrogiem narodowego socjalizmu, ze zdrajcami narodu, Żydami, marksistami, Kościołami.

*

Zabójstwo nie równało się zabójstwu. Masowa zbrodnia należała do obowiązków, zabójstwo wskutek niedbalstwa było oznaką słabości. A słabości w SS nie tolerowano.

*

Włosi — mówił [dziadek] — to zdrajcy. Tak jak Czesi. To już dopowiadała babcia; a może też stryj, brat ojca. Wszyscy oni upodobali sobie lakoniczne, nieznoszące dociekliwości sądy, za pomocą których objaśniali świat. Amerykanie to świnie. Francuzi – świnie. Nie mówiąc o Żydach. Takie to proste.

Martin Pollack, Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu,
przeł. Andrzej Kopacki, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.
(wyróżnienie własne)



niedziela, 19 sierpnia 2018

Koło mojej pierwszej podstawówki był park. Wracając do domu z mojej trzeciej podstawówki, przechodziłam obok parku, w którym lubiłam zbierać kasztany. Na skraju, w głębi pierwszego parku znajdowały się zniszczone groby — jako dziecku nie przyszło mi do głowy, że cały on mógł być kiedyś cmentarzem. O tym, że  drugi park był wcześniej cmentarzem dowiedziałam się dopiero kilka lat temu, jakoś przez przypadek. Próbując wczoraj dowiedzieć się, jakiego wyznania był to cmentarz, okazało się, że nie miałam pojęcia, że na skrzyżowaniu obok tego drugiego parku, za kioskiem, w którym do swoich dziecięcych kolekcji kupiłam wiele pocztówek, za moich czasów był tam zielony teren, który… — teraz już to wiem — przed II wojną światową był cmentarzem żydowskim.

Tyle mogę dodać do książki, która na cyfrowym stosiku czekała na mnie dwa lata z hakiem. Pamiętam jak przez mgłę, że próbowałam do niej podejść, ale nie dałam rady za pierwszym podejściem. To druga z książek obowiązkowych na czas rocznic wojennych z oenerowcowami i wojskami obrony terytorialnej w tle.

Teraz koło zupełnie innej podstawówki chodzę z Heniutką na poranne zaspokajanie potrzeb fizjologiczno-plotkarskich. Mural podstawówka ma z powstańcem warszawskim — dziesięcio- lub jedenastoletnim chłopcem w mundurze, konkretne imię i nazwisko, data urodzin, data śmierci… uśmiechnięty chłopiec na ścianie, niczym świeżutko wyjęty z gry komputerowej. Wolałabym, by szkoły uczyły dobroci, zaufania, ciekawości do Innego (również w sobie). By uczyły, że wojna jest zawsze czymś strasznym, że nie ma wygranych — są wdowy, osieroceni, wspomnienia po zabitych i przetrąceni weterani, jest krzywda na wiele pokoleń, a nie chwała.

Liczne przykłady pokazują, że próby ukrycia raz na zawsze masowych grobów skazane są w większości wypadków na porażkę, mimo że odpowiedzialni za to ludzie, często wspierani przez władze, nie szczędzą starań, by zatrzeć ślady i utrudnić albo całkowicie uniemożliwić późniejsze poszukiwania, a zwłaszcza identyfikację ofiar.

*

Nasza mapa też powinna to sprawić – niewidoczne uczynić widocznym, a przez to zrozumiałym. Mapy nie pokazują jedynie, co gdzie leży, na jakiej długości i szerokości geograficznej, w jakiej odległości od danej miejscowości, lecz opowiadają również jakąś historię. Także bolesną.

*

Skażone krajobrazy są wszędzie. Europa Środkowa, Środkowo-Wschodnia, Południowa — niezależnie od nazwy wszystkie części naszego kontynentu są nimi pokryte […]. Odkopano tam kilka grobów, wydobyto resztki ciał, niektóre nawet zidentyfikowano, tu i ówdzie po latach postawiono dla upamiętnienia monumenty. Większość takich miejsc pozostaje jednakże nadal nieznana. Wiemy, że są, ale nie znamy ich dokładnego położenia. Te groby być może już nigdy nie zostaną odnalezione. Zmarli pozostaną zatem anonimowi, pozbawieni własnej twarzy i nazwiska, historii. Sterta kości, nic więcej.

*

Jednak nie o dokładne liczby tu chodzi, doświadczenie nauczyło nas, że okropności nie da się wyrazić w nagich cyfrach. Ważniejsze niż liczby są nazwiska ofiar, bo tylko dzięki nim można opowiedzieć pojedyncze losy, co stanowi niepodważalny warunek, by wyrwać tych ludzi z niepamięci, a ich historię przekazać ocalonym i potomnym.

*

„[…] A czy to, co się później działo, te morderstwa, te gwałty, to palenie, to zabijanie Żydów, czy to Bogu się podobało i czy ten na górze — wskazał palcem sufit — nie miał nic temu do zarzucenia?”

*

Rzeczywiście, z pytaniem o tożsamość ofiar łączy się nierozerwalnie drugie – o sprawców, o których w wielu wypadkach wiemy równie mało co o zamordowanych. Kim byli? Ilu ich było? Nosili mundury czy byli cywilami, może sąsiadami ofiar, którzy działali na własną rękę? Żeby się wzbogacić? Żeby wyrównać stare rachunki? Z rasowej nienawiści, która raptownie zamieniła się w żądzę krwi? Z innych powodów? Czy ich potomkowie mieszkają wciąż w skażonym krajobrazie, w pobliżu grobów?

*

Pod koniec 1944 roku strzałokrzyżowcy rozstrzelali w Budapeszcie tysiące Żydów. Zwłoki wrzucono do rzeki, która według relacji świadków zabarwiła się w tych dniach na krwisto czerwony kolor. Dzisiaj tamtą zbrodnię upamiętnia pomnik […] — sześćdziesiąt par metalowych butów tuż przy brzegu. W innych miejscach nie ma pomników, są co najwyżej pojedyncze opowieści, coraz to cichsze, powoli gasnące wspomnienia, które wkrótce całkowicie się zatrą.



fot. źródło.

Martin Pollack, Skażone krajobrazy, przeł. Karolina Niedenthal,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.
(wyróżnienie własne)



Dziadziuś, jak mawiałem o dziadku z miłością, był pasjonatem polowań i przede wszystkim miał wielki dar opowiadania. Był również z przekonania nazistą i antysemitą, który jak cała reszta rodziny ze strony ojca nigdy ani na jotę nie wyrzekł się swoich poglądów. Nie mówiąc o przyznaniu się do winy. Po grób. Ale równocześnie był cudownym dziadkiem, który otoczył mnie nieskończoną miłością.

(tamże)

sobota, 18 sierpnia 2018

Cytat-trivium: W Polsce nie ma wystarczającej pomocy dla niepełnosprawnych i ich rodzin. Reszta tej książki to doświadczenie i doświadczanie życia. Pięć kobiet, ale również czterech mężczyzn i rodzeństwo. Jedna (masakryczna) teściowa i sąsiedzi. Pięć kobiet — pięć Mam z innej planety.

Ta książka jest dla sprawnych i zdrowych, by choć otarli się o ułudę zrozumienia. Dla tych, którzy bezsilność mylą z brakiem charakteru i woli walki. Dla tych, którzy jeszcze nigdy w życiu nie byli w czarnej dupie.

Jak napisała jedna z mam na Facebooku: „Proszę, nie oceniaj mnie, nie mów mi, jak mam żyć, jak postępować, i postaraj się mnie chociaż w jednej setnej procenta zrozumieć”.
     Po to jest ta książka
.

*

Kobieta musi. W naszej kulturze ma tylko dwie możliwości: albo poświęci dla dziecka wszystko, albo zostanie okrzyknięta wyrodną matką.

*

Najbardziej mnie denerwuje, jak ktoś mi mówi, że Bóg tak chciał. Niby czego chciał? Żeby moja córka tak się męczyła? Rozumiem, że mnie mogło spotkać coś złego. Ale ją? Taką małą dziewczynkę? Dlaczego taka się urodziła? Za co? Nie potrafię sobie tego wytłumaczyć.
     Przestałam chodzić do kościoła
. […] Mogę robić dużo dobrych rzeczy i bez tego. Nie uważam, żebym była przez to złym człowiekiem. A że będę się smażyć w piekle? Dobra, mogę się smażyć.

*

Wolałabym, żeby ktoś mi powiedział: „Wrzucę ci węgiel do piwnicy”, „Przyjdę i umyję ci okna”, albo „Wezmę Jusię na spacer”. Ale nie, tylko mi szczerze współczują i się za mnie modlą.

*

To właśnie bezsilność jest najgorsza.

*

Weszłam do mieszkania z głośnym płaczem, w salonie siedziała mama. Powiedziała: „Dziecko, nie płacz, nic na to nie poradzisz. Trzeba się z tym pogodzić”.

*

Siostra mówi mi, że powinnam znaleźć dla siebie przynajmniej godzinę dziennie. Dziennie? Jak znajdę tyle w miesiącu, to będzie dobrze.

*

Nie łapię się na żadną pomoc od państwa. Nie jestem matką na świadczeniu pielęgnacyjnym, tylko matką z wypłatą. Dostaję 153 złote miesięcznie zasiłku pielęgnacyjnego na siebie, bo jestem niepełnosprawna, i 153 złote na chore dziecko. To całe wsparcie, jakie otrzymuje od państwa niepełnosprawna pracująca matka, samotnie wychowująca niepełnosprawne dziecko.

*

Czytałam na forum post mamy, która przeszła na świadczenie, żeby opiekować się córeczką. Dziewczynka zmarła w wieku czternastu lat. Powrót na rynek pracy po takim czasie to nie byle jaka przygoda. Do sprzątania albo do sklepu. To po pierwsze. Po drugie, jak jej naliczyli emeryturę ze składek za świadczenie pielęgnacyjne, wyszły grosze. Kobieta się poświęca, rezygnuje z siebie — opieka nad nastoletnią dziewczynką to przecież ciężka fizyczna praca — a na koniec dostaje ochłap. Dla mnie to niepojęte.

*

Po jakiego grzyba — nawet jeśli tak będzie — ta wiedza jest mi potrzebna teraz? Jeśli tak będzie, to będę musiała się z tym pogodzić. Ale teraz to mi tylko odbiera siły. Na jakiś czas, później przemielę to w głowie i dalej robię swoje.

*

Nie potrzebuję pocieszania ani koloryzowania, staram się otaczać ludźmi, którzy są otwarci na to, co może się wydarzyć.

*

Kiedy się wkurzę, pytam go: „Czy ty w ogóle zdajesz sobie sprawę, co robisz? Masz niepełnosprawne dziecko, którym trzeba się zająć, a nie robisz kompletnie nic”. Ale on wszystko zlewa i robi swoje. Mówi, że za dużo od niego wymagam, nie jest do tego przyzwyczajony, bo u niego w domu gotowała i sprzątała matka. Kiedy tłumaczę mu, że powinien robić to samo co ja, odpowiada, że jestem feministką.
     Są momenty, że mam już dość
.

*

Życie pokazało mi, że nie ma się co za bardzo napinać, wszystko ma swój czas.

Jacek Hołub, Żeby umarło przede mną. Opowieści matek niepełnosprawnych dzieci,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.


piątek, 17 sierpnia 2018

W całym swoim życiu miałam do tej pory dwa potężne zdziwienia. Jedno dotyczyło wskaźników ekonomicznych: rok do roku wzrost, 5%, 9%, 7% lub 20%, 30%, 25%… przez lata… jak to możliwe, że ludzie wierzą, że już będzie tylko rosnąć i rosnąć, więcej i więcej, gdzie jest granica? Drugie, większe, dotyczyło nazizmu — jak to było możliwe, że całe społeczeństwa kupiły tę retorykę w latach trzydziestych XX wieku?

Już się nie dziwię — chłopcy oenerowcy maszerują i faszyzują po Warszawie (mam nadzieję, że to nie jest podpalany na próbę lont). Jestem radykalna: nacjonalizm jest dla mnie formą soft-faszyzmu.

Na falangę+ (my, nam, dla nas) choć nie szukałam, znalazłam osobiste lekarstwo: Martin Pollack — trzeba Go czytać! Choć sięgnęłam po tę książkę, bo interesowała mnie perspektywa człowieka, który stanął przeciwko swojej rodzinie pochodzenia, odkryłam, że właśnie teraz trzeba czytać Jego książki, by przypominać sobie niewygodne rzeczy, by choć na chwilę poczuć realną zależność od innych ludzi, by nie odlatywać na kolizyjny kurs „jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz” czy „białej Europy”, bo człowiek człowiekowi niekoniecznie musi być człowiekiem niestety, by nie zamykać się na innych, by nie tkwić w swej świętej racji popartej tradycją, która już nie raz wyrządziła ogrom krzywd.

Nie, no skąd, to nie tak, was przecież przy tym nie było, niczego nie rozumiecie. Nie macie prawa nas osądzać i z góry potępiać. Znam to dobrze z własnego podwórka. Wszyscy bez wyjątku w rodzinie mojego ojca byli zdeklarowanymi lub wręcz zagorzałymi nazistami. Ojciec, dziadek i stryj, młodszy brat mego ojca. A mimo to nie uważali się za sprawców, lecz za ofiary. I chętnie o tym mówili.

*

Po roku 1945 latami dużo milczano, przemilczano i pomijano milczeniem. Moja generacja dorastała w milczeniu, które czasami prawie dudniło w uszach. Z czasem przyzwyczailiśmy się do niego i pod koniec nie było nam wcale łatwo przerwać to milczenie, które miało również uśmierzającą, uspokajającą i usypiającą moc, i zacząć stawiać naszym ojcom podchwytliwe pytania. Patrząc na to wstecz, muszę powiedzieć, że długo się ociągaliśmy, za długo. Być może tak było nam wygodniej albo baliśmy się zranić bliskie nam osoby, usłyszeć coś, o czym tak naprawdę wcale nie chcieliśmy wiedzieć.
     Dla naszego pokolenia fundamentalnym odkryciem było to, że tak wiele pozornie niewinnych rzeczy, miejsc i budynków ma za sobą historię, którą przez tyle lat trzymano w ciemnościach, ignorowano bądź spychano na margines, żeby nie zburzyć powszechnego ładu.


*

Wiemy, że ziemia, po której tutaj, w Europie Środkowej, stąpamy, jest spękana, że dramatyczne dzieje ubiegłego stulecia zostawiły w niej wszędzie wyrwy, które tylko prowizorycznie zasypano. I że w ten sposób pod ziemią wytworzyła się pusta przestrzeń, […] która w każdej chwili może się otworzyć i nagle skonfrontować nas ze światem naszych ojców i z reliktami przeszłości, choć mieliśmy nadzieję, że nigdy się nie ujawnią.
     Ojcowie nie wypuszczą nas ze swej uwięzi, jakkolwiek byśmy się o to starali, […] trzymają tak, że nie sposób się uwolnić. Nasi ojcowie są bowiem częścią nas samych, tysiącem niewidzialnych nici jesteśmy z nimi nierozerwalnie związani. To odkrycie może być cudowne, ale także przerażające i niebezpieczne.
     Czasem wystarczy jeden fragment, pojedyncze zdjęcie, byśmy ujrzeli, jak bezlitośnie historia spustoszyła dobrze nam znane tereny
. 

*

Ojciec pozostał mi obcy, ale przecież jest ojcem, muszę się przyznawać, czy mi się to podoba, czy nie. Przecież ojca się nie wybiera tak jak ubrania, można się go co najwyżej wyprzeć, także przed sobą samym. Można próbować zamknąć oczy na rzeczywistość. Ale czy jest to wyjście z dylematu? Nie sądzę. Sądzę raczej, że z ojcem trzeba się zmierzyć, tak samo jak z historią, również wtedy, gdy może być dla nas niewygodna albo bolesna.
     Próbowałem znaleźć bodaj trochę zadowalającą odpowiedź, jak to możliwe, że przeciętnie inteligentny, wykształcony człowiek, którego uczono, tak jak nas wszystkich, odróżniać dobro od zła, mógł być równocześnie kochającym synem, ojcem i zbrodniarzem, bez namysłu strzelać do niewinnych ludzi. I to nie w afekcie, w napadzie wściekłości, przy z zimną krwią, posłuszny biurokratycznym zarządzeniom. Mimo że tyle razy roztrząsałem tę kwestię, ciągle jeszcze było to czymś, czego nie mogłem pojąć
.

*



Wspomniana widokówka, moje przypadkowe znalezisko, odsłania niczym w jednej krótkiej filmowej migawce rzeczywistość, która, jak wiemy, bezpowrotnie zniknęła. „Zniknęła” to chyba nieodpowiednie słowo, raczej została wyniszczona, unicestwiona, wypalona, zagazowana. Rękoma ludzi w niemieckich mundurach, takich jakie nosił mój ojciec.

*

Zastanawiam się wtedy czasami, jak to możliwe, żeby dzieci w ten sposób reagowały na obcych, na innych? Gdzie się tego uczą, w domu czy na ulicy, od dorosłych czy od innych dzieci? Dlaczego taki stereotyp wroga jest przekazywany z pokolenia na pokolenie?

*

Wolna, zamożna Europa przesunęła swoje granice na Wschód, granice te jednak nie zniknęły. Wprost przeciwnie. Nowe granice, które przecinają nasz kontynent, są strzeżone nie mniej uważnie niż w czasach zimnej wojny, chociaż teraz to my jesteśmy ich bezlitosnymi strażnikami. Tym razem to my, mieszkańcy krajów zachodnich, barykadujemy się za wymyślnie strzeżonymi granicami i żądamy, by jeszcze bardziej je uszczelnić i biedniejszych od nas, którzy cieszą się mniejszą niż my wolnością, trzymać na zewnątrz. Poza granicami nowej Europy.

*

Handel zdjęciami Wehrmachtu to jedna z powszechnie niedostrzeganych przez społeczeństwo szarych sfer, gdzie nadal funkcjonuje nieludzki słownik narodowego socjalizmu, a nawet jest tam całkiem świadomie kultywowany. Gorszący voyeuryzm połączony z rasistowskimi uprzedzeniami. Przygnębiające jest to, że na masowo pojawiających się w handlu prywatnych zdjęciach z wojny robi się duże pieniądze. Zwłaszcza na zdjęciach ofiar. Żydów, Polaków, Rosjan, Cyganów… Im bardziej są drastyczne, tym wyższa cena.

*

Granice między gapiami a sprawcami są płynne.

*

Wszystko musi zostać powiedziane, spisane, nawet jeśli jeszcze dziś może być bolesne. Wszystkie historie muszą zostać opowiedziane, nie wolno przemilczeć żadnej tragedii. Musimy jednak stale przy tym pamiętać, żeby nie stracić z oczu naszego celu, którym jest zrozumienie Innego, zaakceptowanie go takiego, jaki jest, z całym ciężarem jego historii.

*

Do dzisiaj mam przed oczami tamte zimowe dni 1989 roku i tłumy na placu Wacława […]. Wyciągali z kieszeni klucze i zaczynali nimi podzwaniać. „Už jsme tady”. „Już tu jesteśmy”.

Martin Pollack, Topografia pamięci, przeł. Karolina Niedenthal,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017.
(wyróżnienie własne)



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
| < Listopad 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:




*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...