Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: Szpagacik

poniedziałek, 10 lipca 2017

Ze Szpagacikiem te zdjęcia zrobiłyśmy wczoraj.


Zkemi, Szpagacik, Monek, Artuá i my, czyli w niebie bywając.

sobota, 01 lipca 2017

Wtedy. Tej książki szukałam. Nakład był wyczerpany, ale pan z wydawnictwa poinformował, że dodruk w drodze. Tej książki szukałam, bo o jej istnieniu wspomniała mi Bliźniacza Liczba. Miała nosa, że będę nią zachwycona. Oficjalnie to książka 8+, ale jak to z takimi książkami bywa, dla dzieci w tym wieku jej treść może być zbyt oczywista — człowiek 30+ i 40+ zaś odnajdzie w niej siebie i swoje wybory szybciej niż myśli. 

     — W każdym razie to, że twoja wersja normalności nie jest identyczna z wersją normalności kogoś innego, jeszcze nie znaczy, że coś z tobą nie tak.
     — Właśnie, Marjorie — potwierdziła Ethel, potakując z głębokim przekonaniem. — Gdybym posłuchała swojej matki, kiedy powiedziała mi, że coś ze mną nie tak, byłabym przez całe życie bardzo samotna.
     — A ja, gdybym usłuchała ojca, byłabym nieszczęśliwa.
     — Kto w ogóle chce być normalny? — zawołała Ethel, podnosząc ręce do góry. — Na pewno nie ja
.

*

Nowe przygody — pomyślał. Nowe miejsca. Nowi ludzie.

*

     — Chce zostać artystą? Nie! — wykrzyknął Vincente dramatycznym tonem. — On jest artystą!

*

     — Do pioruna, synu, przynajmniej spróbowałeś — pocieszył go starszy pan.

*

Czy normalne jest to, że ktoś chce być przez całe życie taki normalny?

*

John Boyne, Lekkie życie Barnaby’ego Brocketa,
przeł. Tina Oziewicz, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

wtorek, 16 maja 2017

Smutna. A może po prostu o rzeczach trudnych.
Muszę porozmawiać o tej książce ze Szpagacikiem.

Napatoczyłam się na tę książkę, szukając zupełnie innej. Przyciągnęła mnie grafika z okładki. Przyciągnęła, obiecała więcej i nie dotrzymała obietnicy, bo jest to jedyna taka ilustracja w całej książce; pozostałe rozczarowują na całej linii.

     — Nic mi nie jest — wymamrotał Emil.
     — Ale czy nigdy nie boli pana tutaj? — Ptak położył skrzydło na sercu. — Czy nigdy się panu nie wydaje, że jest tam coś w rodzaju haczyka, za który ciągnie pana do miejsca, z którego pan przybył.

*

     — A jeśli to niemożliwe?
     — Wówczas trzeba się nauczyć żyć jako pacjent w stanie przewlekłym.
     „Ale on używa trudnych wyrazów” — zdziwiła się Emil. Gdzie też zdążył się ich nauczyć?
[…]
     — Kto to jest pacjent w stanie przewlekłym?
     — To cierpliwy nosiciel nieuleczalnej choroby.

*

Bo może się zdarzyć i tak, że kiedy się otrzyma z powrotem to, czego się pragnęło, nie jest to wcale tym, czego się chciało.
     — Ma pan na myśli, że to nie będzie już dom?
     — To, za czym się tak tęskniło, bywa czasem, a nie miejscem.
     — Właśnie.

*

Ale Emil właściwie już wiedział, że nawet jeśli tata, Jeppe i Otto się nie zmienili, to on sam jest inny i to wystarczy, by  zmieniło się wszystko.

*

Ten, kto wraca, jest zawsze kimś innym niż ten, który odszedł.

*

[…] Emil patrzył na mamę , tak jakby przeszedł kawałek drogi naprzód, a potem się zatrzymał i odwrócił głowę. Zobaczył słabość i kruchość tam, gdzie, jak wierzył, miały swój wieczny dom siła i życie.

Leena Krohn, Pelikan. Opowieść z miasta,
przeł. Iwona Kosmowska, ilustr. Manuel Blázquez,
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)



czwartek, 11 maja 2017

Są dni, kiedy trudno uwierzyć, że to, co się wydarza, ma jakikolwiek sens. W takie dni bardzo łatwo zwątpić, że w tym, co przydarza się po raz drugi, trzeci, piąty, setny… jest coś, czego właśnie teraz najbardziej potrzebuję.

Prawie zwątpiłam, prawie stałam na krawędzi myśli, że może to coś, co zdarza się po raz drugi, trzeci, piąty, setny… wydarza się, bo jestem głupia, niekompetentna, nic nie rozumiem i w życiu nie pojmę tego, co każdy „normalny” człowiek rozumie w mig.

Wczoraj, gdy zatrzymałam się i odstąpiłam od egzekucji powyższej myśli, spotkałam piękne zdanie:

Pod kamieniami ulicznymi leży piasek plażowy.

Leena Krohn, Pelikan. Opowieść z miasta,
przeł. Iwona Kosmowska, ilustr. Manuel Blázquez,
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016.


poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Sadownik nie rozumie tej miłości. Jabłoń kocha ilustrowane książki dla dzieci, choć prawdą jest, że kocha miłością wybredną.

Dzięki Szpagacikowi, w majestacie prawa buszuję w książkach 8+. Ta utorowała sobie drogę do Przytuliska tytułem i kreską na okładce — nie zastanawiałam się ani minuty nad jej kupnem. A gdy przyszła — bo dzięki Szpagacikowi grany jest też papier — z każdym zdaniem, z każdą stroną miałam coraz bardziej rozmigdalone oczy.

Drugi tydzień wydzielałam sobie troszkę słów i obrazków, by starczyło na jak najdłużej. I śmiałam się, i w zadumę i w zachwyt wpadałam, taplałam się w pojawiających się uczuciach i tych dorosłych, i tych „dzieckowych”.

Ta książka to nie książka, to nie baja, nie opowieść! To jest Mistrzostwo Świata pod każdym względem — i tekst, i bohaterzy, i losy, i ilustracje tylko do kochania i… wracania. Skończyłam, ale i zaczęłam jeszcze raz.

A Sadownik? Gepardzica stwierdziła, że może jeszcze po prostu jest za młody na tę książkę. Nadzieja jest, może dojrzeje. Ale żeby sprawa była jasna, nie musi, nie sprzykrzy się Jabłoni.

     — Wiewiórko, czy ja ci się kiedyś sprzykrzę?
     — Ty? — odpowiedziała wiewiórka. — No coś ty.
     Mrówka umilkła, a po chwili powiedziała:
     — Przecież to możliwe.
     — Nie — upierała się wiewiórka. — To niemożliwe. Jak miałabyś mi się sprzykrzyć?

(ilustr. Ewa Stiasny, źródło)

     Mrówka i wiewiórka milczały i odpoczywały od samych siebie. Od czasu do czasu wzdychały, marszczyły czoła i zjadały parę orzeszków bukowych oraz odrobinę miodu.

*

     — A tak właściwie, to jak się spada z wierzby? — zapytała wiewiórka.
     — Twardo — odpowiedział słoń. — Ale z dębu jeszcze twardziej.
     — A z topoli?
     — Z topoli…? Szczerze mówiąc, nie wiem — odparł słoń.
     Skoczył na równe nogi. Wiewiórka zdążyła jeszcze powiedzieć:
     — Nie chodziło mi o to, żebyś…
     Ale słoń już wspinał się na topolę i chwilę później spadł z jej czubka. Rozległ się potężny łomot, którego echo jeszcze długo rozbrzmiewało wokoło.
     Zaniepokojona wiewiórka pochyliła się nad leżącym słoniem. Na jego czole pojawił się ogromny guz. Ale on wyszeptał:
     Rewelacyjnie, wiewiórko… Spada się rewelacyjnie.

*

     — Kto tam? — zapytał [Kozioróg].
     — Ja — odpowiedział głos. — Świerszcz.
     Drzwi się otworzyły, ale nic widocznego nie weszło do środka.
     — Gdzie pan jest? — zapytał kozioróg.
     — Jestem tylko głosem świerszcza — odrzekł głos. — Reszta przyjdzie za chwilę.
     Kozioróg głęboko westchnął. „Robota” — pomyślał.
     Wkrótce do środka przeniknął zapach świerszcza, a wiatr przywiał na dywanik jego czułki, szczękę i korpus.
     Po chwili w pokoju zrobiło się niespokojnie. To myśli świerszcza, jedna po drugiej, wlatywały do środka.
     — Wybuchnąłem — oświadczył głos.
     — No tak — powiedział kozioróg.
     — Może mnie pan poskładać?

*

(ilustr. Ewa Stiasny, źródło)

Toon Tellegen, Nie każdy umiał się przewrócić,
przeł. Jadwiga Jędryas, ilustr. Ewa Stiasny,
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

sobota, 26 marca 2016

Ta książka. Audycja o niej. Rozmowa z Autorką innej książki, dotykającej tego samego, obcego mi z wyboru, świata. Mówi miękko, mądrze, bez zacietrzewienia. Słyszałam o Jej książce, gdy wychodziła. Postanawiam ją przeczytać.

Polski katolicyzm przypomina mi zepsute trzy mądre małpki: nie widzi, nie słyszy, ale wiecznie moralizuje, poucza, do piekieł strąca — nieustannie gada starymi dziadami, co kontakt z rzeczywistością stracili we wczesnej młodości.

Czytam. Gdy napotkałam po raz pierwszy w tej książce na związek frazeologiczny: chrześcijańska teologia feministyczna, pomyślałam: oksymoron! A potem było i jest już tylko lepiej.

To najwspanialsza feministyczna książka, jaką kiedykolwiek czytałam. Chylę czoła przed kobietami, które wierzą, że kościół może być czymś więcej niż tym, czym jest. Czytam więc powolutku, delektuję się świątecznie. Kobiety — wspaniałe kobiety spotykam na kartach tej książki. Wspaniałe pytania i odpowiedzi.

Szpagacik w tym roku idzie do komunii — dzięki tej książce nie będą mi się z tej okazji przewracać flaki. Tylko kobiety mogą zmienić ostatni bastion wiary w seksizm. Kobiety bezczelnie i śmiałe — uwielbiam.

„Każdy, kto choć trochę mnie zna, wie, że jeśli mi się powie, kim muszę być albo co muszę zrobić, postaram się zrobić dokładnie coś przeciwnego” — mówi [Diana Hayes], wybuchając śmiechem podczas jednego z prowadzonych przez siebie wykładów.

*

[…] termin womanist (na polski tłumaczony najczęściej za Bożeną Umińską jako „kobiecystyka”).
     Walker oparła ten termin o słowa
womanism i womanish (kobiecy), oba funkcjonujące w społecznym obiegu i niekoniecznie pochlebne, określające kobiety nazbyt bezczelne i śmiałe. Intencją Walker było przez neologizm wyrazić odpowiedzialność i dorosłość, połączone z dumą z bycia kobietą oraz docenieniem i wyborem kobiecej kultury oraz kobiecości jako takiej.

Zuzanna Radzik, Kościół kobiet,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2015.
(wyróżnienie własne)


niedziela, 20 marca 2016

Sadownik:
(zawiózł Jabłoń na pocztę)

Jabłoń:
(do pani w okienku)
Jeśli mogłaby pani, to proszę
wybrać kolorowe znaczki.
(po chwili w zachwycie,
że kwiatki i motylek, między innymi
)
A czy mogłaby pani nakleić nalepkę
z priorytetem?

Sadownik:
(szturcha tajnie Jabłoń, że już starczy tych żądań)

Pani w pocztowym okienku:
(wszystko przepięknie okleiła)

Jabłoń:
(w jeszcze większym zachwycie dziękuje)

 
Sadownik & Jabłoń:
(po wszystkim wracają do samochodu)

Jabłoń:
Ty nic nie rozumiesz,
w dziewczyńskim świecie detale są ważne!

sobota, 19 marca 2016

Bywa już pannicą, ale tak w ogóle Szpagacik jeszcze przez chwilę jest dziewczynką — najsłodszą, najukochańszą, najbardziej wyczekaną. Najsłodszą, najukochańszą i najbardziej wyczekaną pozostanie, ale dziewczyński czas kurczy się z dnia na dzień, jest policzony. Postanowiłam go wykorzystać na książki, które nigdy potem nie będą dla Niej zabawne, pożyteczne czy dobre, po prostu.

Klasyczna ciocia ze mnie żadna. Szpagacik zaś jest dziewczynką szczególną. Obie dzielimy uwielb dla Mamy Mu. To właśnie dla tej szczególnej Dziewczynki postanowiłam ruszyć w podróż uzupełniania „dzieckowych” książek z dostojną liczbą literek w środku, nim wypełni się czas — mają być dobre! Innych nie chcę Jej podarować.

Oczywiście, czytam je jako dorosła i w rechot żołądka wprawiają mnie dorosłe skojarzenia do napotykanych słów, treści i przygód bohaterki. Jakieś wady to moje czytanie musi mieć.

Była sobie Malutka Czarownica, która miała tylko sto dwadzieścia siedem lat, a to, jak na czarownicę, jest naprawdę bardzo mało.

*

     — Ładna historia! — zakrakał. — Całymi dniami latasz po świecie, a ja tu siedzę i czekam jak głupi.

*

     — Leć wolniej! — strofował ją kruk. — Przez ten piekielny pęd kark skręcisz! Czy jesteś szalona?
     — To nie ja! — zawołała Malutka Czarownica. — To miotła. Poniosła mnie, bestia!

*

     — P-później ci to op-powiem. Przede wszystkim m-mu-szę sobie z-zagotować herbaty, bo z-zimno tak mnie t-trzęsie, że ledwo m-mogę mówić.
     — A widzisz! — zakrakał Abraksas. — To są skutki wychodzenia w takie pieskie zimno! Ale ty nigdy nie chcesz mnie słuchać!
     
[…]
     — Wiesz, zupełnie cię nie rozumiem. Pomogłaś czarami sprzedawcy kasztanów, żeby nie marzł, dlaczego więc nie pomogłaś samej sobie? Co ma o tym myśleć rozsądny kruk?

Otfried Preussler, Malutka Czarownica,
przeł. Hanna Ożogowska i Andrzej Ożogowski,
Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2009.
(wyróżnienie własne)

środa, 20 listopada 2013

Jabłoń i Sadownik:
(od rana uskuteczniają filozoficzne rozmowy
o rozwoju człowieka
)

Jabłoń:
(wychodząc z domu)
Przecież wiesz, że nie trzeba kupować krowy, by pić mleko.

Sadownik:
No właśnie! Pamiętaj o tym!

Jabłoń:
Skarbie, dzięki, że mnie kupiłeś!

Sadownik i Jabłoń:
(śmiejąc się, dobrego dnia sobie życzyli)

*

¶•ens zapytała o książkę Nordqvista. Tknęło mnie, raz. Sprawdziłam. Była, choć w nielubianej przeze mnie księgarni. Tknęło mnie, dwa. Sprawdziłam, czy nie ma czegoś nowego. Była! Świeżutka! Już odebrana. Już przeczytana. Książka, można by rzec nie tylko o Mamie Mu, ale o Mamie Mu Van Damme, która nigdy nie mówi, że się nie da!

     — Cześć, Panie Wrono, Przyleciałeś!
     — Cześć, Mamo Mu. Widzę, że schowałaś się pod drzewem przed słońcem.
     — Rzeczywiście, stanęłam pod drzewem, ale wcale nie dlatego, że tu jest cień. Chcę na nie wejść. Na samą górę.
     — Kra, krowom nie wolno chodzić po drzewach. Krowy tego nie potrafią. Krowy tego nawet nie chcą.
     — Muu, ale ja chcę. Chcę się wspiąć na sam czubek, tam, gdzie udaje się dostać tylko ptakom, wiewiórkom i dzieciom — powiedziała Mama Mu, spoglądając z tęsknotą w górę. — Spytam Linusa, jak się wchodzi na drzewo.

...cztery strony dalej:

     — Jak to? Jak tu wlazłaś? Jak to zrobiłaś?
     — Wdrapałam się — odparła Mama Mu. — Ale dobrze, że przyleciałeś, bo Linus nie powiedział mi wszystkiego.
     — Czego na przykład?
     — Jak się schodzi. Muu!
     Mama Mu spojrzała w dół. Było bardzo wysoko.
     — Kra! — Pan Wrona złapał się za głowę. — Wdrapujesz się na drzewo, a nie wiesz, jak się schodzi?!
     Mama Mu zastanowiła się chwilę.
     — No ale po co wiedzieć, jak się schodzi, skoro się jeszcze nie weszło?

Jujja Wieslander, Mama Mu na drzewie i inne historie,
Wydawnictwo Zakamarki, Poznań 2013.
(wyróżnienie własne)

piątek, 07 grudnia 2012

Biorąc pod uwagę polską polityczną poprawność przegapiłam już swoje pełne czterdzieści lat bycia człowiekiem. Szkoda. Dziś pomyślałam, że czterdzieści lat temu byłam sprawcą — Orzeszek, w wersji błogosławionej, zarzygiwała kończący się dla niej znany świat — z wdziękiem udawałam fasolkę niesioną falami wód płodowych.

Byłam już. Czy czułam, że każda chwila przybliża mnie do setek radykalnych zmian w moim życiu, które nie będą pytać, czy ich chcę? Czy miałam zaufanie do życia? Czy wiedziałam coś na temat siebie, ludzi, świata, sensu życia?

Jestem już. Tak długo i jednocześnie tak krótko. Znów jestem sprawcą — duże pytania dziś sobie zadaję. Kim jestem? Czy mam zaufanie do życia? Czy chcę odkryć na nowo siebie, ludzi i świat? Czy gotowa jestem porzucić stare, już nie tak dobre, definicje? Czy odnajdę siebie za każdym razem, gdy się zgubię?

***

Odebrałam w końcu świeżego Nordqvista. Nietypowy, bo zamiast dwudziestu ośmiu stron, ma ich aż 139. Uwielbiam grudzień i ten przedświąteczny czas, który dla mnie jest Wysokoświątecznym Czasem, bo wszystko jeszcze przed nami, nawet jeśli świeży Findus i Pettson już za mną.

   — Co robisz?
   — Pomagam ci — odpowiedział Findus. — Czego szukasz?

   — Ja wcale nie szukam — odrzekł Pettson. Nie chciał wyjaśniać dokładniej, więc wrócił do oglądania korytarza i rozmyślań.
   — A czego wcale nie szukasz? — nie dawał za wygraną Findus.
   — Niczego — odpowiedział Pettson.
   — Jest za kaloszami.

   — Co?
   — Nic — odrzekł Findus. — Nic leży za kaloszami.
   — To dobrze — odpowiedział Pettson nieco zdezorientowany. — Dobrze wiedzieć na wypadek, gdybym kiedyś nie musiał szukać niczego.

*

   — Pettson! Pomocy!
   — Co się stało?
   — Pomocy! — wołał Findus. — Schowałem się i nie mogę się znaleźć!
   Pettson uśmiechnął się, znał dobrze zabawę w chowanego. Wszedł na strych i zaczął szukać, cały czas mówiąc:
   — Ach, więc znów zapodziałeś gdzieś samego siebie i nie wiesz gdzie? Tutaj cię nie ma, tu też nie. Oj, chyba zgubiłeś się na dobre!

Sven Nordqvist, Niezwykły Święty Mikołaj,
Wydawnictwo Media Rodzina, Poznań 2012.
[skreślenie własne]

 
1 , 2
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...