Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: _ruchomeKsiązki

wtorek, 15 sierpnia 2017

Jak się czyta reportaże po prawie dwudziestu latach od napisania? Zaskakująco? Nie do wiary, że żyliśmy w tym czasie i to się naprawdę wydarzyło? Te reportaże przede wszystkim dołują. Ale też po każdym z nich chciałoby się przeczytać, jak się mają ci ludzie dziś. Po tej książce wymagałam reanimacji. Bo.

Kraj-sutener, który z każdej zarobionej przez nas złotówki chce swojego procentu. Potem chce procentu z każdej wydanej, ale i posiadanej złotówki. Żyję tu, prawdopodobnie tak jak Ty. Ty i ja jednocześnie żyjemy w państwie, które, gdy dzieje się nam źle, mówi: to twoja prywatna sprawa, musisz sobie radzić — jesteś kowalem swojego losu. Jak to się stało, że my na to poszliśmy… jakbym nie wiedziała.

Przelało mi się. Reanimuję się przy Chyłce.

[Wanda Rutkiewicz] Była piękną kobietą, która pytała: — Czy ktoś raz na zawsze ustalił, że konsekwencja, zdecydowanie, precyzja i parę innych cech są przypisane wyłącznie mężczyznom?

*

     — Słuchaj — Muszka mu przerywa. — Dlaczego musimy tak żyć?
     — Bo nas zabrali — mówi Czarek.
     — A dlaczego nas zabrali?
     — Nie wiem. Spróbuję to zrozumieć, gdy będę dorosły
.

*

[…] załóżmy tam sklep z czarami i dobrymi rzeczami.

*

Między jednym uśmiechem a drugą wódką ustawiał rzeczywistość.

*

Znane jest powiedzenie Marka Aureliusza: Pamiętaj, człowieku, jak się budzisz dzisiaj rano, traktuj siebie, jakbyś umarł wczoraj, a dziś zmartwychwstałeś, i żyj tak, jak byś chciał.

*

     Piotr Skrzynecki: —Tak było.
     Jan Nowicki: — Wszystko było poniekąd i do pewnego stopnia
.
     […]
     Jan Nowicki: — Każdy fakt jest trudny do zdefiniowania.

*

     Dawid B.: — Chciał [Grzegorz Przemyk] domu z codziennym obiadem.
     Marta Kucharska: — Z ciszą.
     Witek S.: — Bez ludzkiej masy na co dzień. Wkurwiał się tym młynem. Wtedy siadał do pianina. Grał przez kwadrans, przechodziło mu. A mógł powiedzieć: wypierdalajcie
.

*

Tego, co się między ludźmi dzieje, nie da się do końca wytłumaczyć.

Wojciech Tochman, Schodów się nie pali,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

*

czwartek, 01 czerwca 2017

Koncerny, konsorcja, korporacje — piarowa papka, wielkie pieniądze i kompletny brak wyobraźni. Skrajny wdupiemanizm — żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy.

To książka, która powala. Że niby daleko? I tak, i nie, bo przecież mamy naszą małą Amazonię (Puszczę Białowieską) i przedostatnie miejsce w Europie pod względem zasobów wody.

Co możesz zrobić Ty? Co mogę zrobić ja? Z czym zostałam po tej książce? Myślę sobie, że możemy przynajmniej jedno: sprawdzić, jak to jest, gdy pomyślisz teraz i poczujesz, że:

 tyle, ile masz, to dość

człowieku z bogatego europejskiego kraju; z Polski, żebyś nie miał złudzeń. Ja już nie mam.

***

     — Gdy ścina się drzewo takie jak to, czy nie kojarzy ci się to z przelewaniem krwi?
     — Mój przyjacielu, ono, gdy się je ścina, wydziela zapach, który możesz poczuć. Gdy ma się zwalić, słyszysz jego jęk; skrzypienie pnia. I możesz zobaczyć opadające liście niczym gest pożegnania…
     — I czujesz, jak gdyby ktoś umierał?
     — Czuję, jak gdyby kogoś zabijano. Ono jest żywą istotą…

*

Coś, co natura tworzyła przez długie lata, ludzie myślący tylko o zysku są w stanie zniszczyć w niespełna godzinę.

*

Mimo kryzysu światowego popyt na większość towarów utrzymuje się, zbyt duże pieniądze są do stracenia, by przejmować się przyrodą.

*

Trzeba silnej wiary w ideał życia zgodnego z otaczającą naturą, żeby oprzeć się pokusie. Splunąć na forsę — największy heroizm naszego czasu.

*

[…] nowoczesne społeczeństwo wytwarza u jednostek moralną ślepotę na masową skalę.

*

Ktoś niesie transparent z napisem: „Dopiero kiedy człowiek zatruje ostatnią rzekę, zetnie ostatnie drzewo, zabije ostatnią rybę, uświadomi sobie, że nie da się zjeść pieniędzy”.

*

Wielki biznes nadal osusza Ziemię z pitnej wody, wycina płuca planety — puszczę amazońską i inne lasy — a gdy na swojej drodze spotyka protestujących, zastrasza ich, sprawia, że „znikają”, zabija. My zaś — choć nasza odpowiedzialność jest niełatwa do uchwycenia i nazwania — wciąż bierzemy udział w podziale łupów.

*

Jeśli do obelg „zacofani”, „przeciwni rozwojowi” dodać „skrajnie lewicowi”, a tak robi propaganda koncernu, zblatowanych mediów i rządu, to portret wroga gotowy, Wtedy za milczącym przyzwoleniem klas opiniotwórczych wolno bić, torturować, strzelać.

*

Koncern to wirtualne, choć realne pieniądze, gąszcz przepisów i regulacji, zakulisowe naciski, maszyneria wydobywcza, substancje chemiczne… A także wyciekła rtęć, kwaśna woda lub jej brak, zdechłe ryby.

*

Wykręty to niekiedy przydatne lustro w odkrywaniu prawdy.

*

Bajeczne pieniądze koncernów, mówi Edmundo, ożenione z umiejętnościami byłych oficerów wojska i wywiadu to ogromne niebezpieczeństwo dla demokracji. […] Mają lepszy sprzęt niż państwo i są poza kontrolą. Mogą zniszczyć każdego.

Artur Domosławski, Śmierć w Amazonii. Nowe Eldorado
i jego ofiary
, Wielka Litera, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)


*

 […] zbrodnia może unicestwić jedno życie,
ale nie zniszczy idei
. […]
Jamais a nossa voz vai calar

(tamże)

Sting, Fragil, (Portuguese).

środa, 01 lutego 2017

Sprawdziłam. Czekała na mnie na wirtualnej półce rok. Dlaczego tak długo? Nie mam pojęcia. Kilka dni temu okładka przykuła moją uwagę, zajrzałam do podczytnika i wiedziałam, że na tę książkę czas.

Niewyobrażalna historia. Między okładki książki włożona. Książka, która kończy mój drugi rok z kundlem. Licząc, że grubość każdej przeczytanej książki wynosiła statystycznie jeden centymetr, w kończącym się dziś kundlowym roku, ocaliłam Przytulisko przed zapełnieniem ponad metrowej na długość półki.

[…] na każdą porażkę przypada przynajmniej jeden sukces […].

*

Jesteś „trudnym” dzieckiem, „sentymentalnym” kochankiem, „kłótliwym” bratem lub siostrą, a może „anielsko cierpliwym” małżonkiem? Dzięki etykietkom łatwiej nas zrozumieć, lecz jednocześnie stajemy się ich więźniami, gdyż ludzi nie interesuje, co tak naprawdę kryje się za tymi słowami.

*

[…]  znów zastanawiam się, dlaczego od razu nie dostrzegłem nadziei, kiedy pojawiła się w moim życiu.

*

Objadam się jak dziecko w sklepie ze słodyczami: czasowniki to nadziewane cukierki w polewie czekoladowej, rzeczowniki to lepkie toffi, przysłówki — słodkie galaretki, a przymiotniki — mieszanka cukierków z lukrecją.

*

Najtrudniej zauważyć zmiany zachodzące w nas samych.

*

     — Nie bardzo wiem.
     Doktor Bryen uśmiecha się do niego
.
     — Dlatego właśnie musimy długo i wytrwale myśleć o naszych marzeniach; kiedy już ośmielimy się je mieć, możemy podjąć próbę ich zrealizowania.  […]  Możecie mieć marzenia w dowolnym rozmiarze. Najważniejsze, by były to wasze własne marzenia.

*

Życie i ja nieustannie na siebie wpadamy. Na każdym zakręcie otwieram oczy z zachwytu i zderzam się z kolejnym przeżyciem […].

*

Nasz świat może się zawalić w mgnieniu oka. Ale czy może się zdarzyć coś zupełnie przeciwnego? Czy w mgnieniu oka może odrodzić się życie? Czy mężczyzna może ujrzeć twarz i od razu wiedzieć, że należy ona do kobiety, z którą spędzi resztę swoich dni.

*

[…]  uświadomiłem sobie, że choć to członkowie rodziny najczęściej podtrzymują nas na duchu, uratować nas mogą również obcy — nawet jeżeli nie mają o tym pojęcia.

Martin Pistorius, Megan Lloyd Davies, Chłopiec-duch. Prawdziwa opowieść o cudownym powrocie do życia, przeł. Rafał Śmietana, Wydawnictwo Znak, Kraków 2015.
(wyróżnienie własne)


*

Martin Pistorius, My Way Back to Words.

środa, 20 lipca 2016

Nie zawsze, gdy budzę się w środku nocy, jestem przeszczęśliwa z tego faktu. Ale dziś w nocy właśnie tak było. Mogłam spokojnie skończyć książkę.

Książkę bardzo grubą kreską malowaną, jaskrawymi nićmi wydarzeń w życiu bohaterów szytą. Zero subtelności, pięścią między oczy. Być może inaczej niektórym łatwiej byłoby polemizować, niuansować. Nie jest to możliwe po tej książce.

Książka ta jest prawdziwą gratką dla wielbicieli stron redakcyjnych — należę do nich. Dowiedzą się oni nie tylko o tym, że to najnowsza powieść Autorki, ale również zdziwią się, jak bardzo tytuł polski nie ma nic wspólnego z oryginalnym tytułem. Efekt, gdy kończyłam książkę, pomyślałam, że każdy z nich ma swój ważny wymiar. Miodzio! 

I pomyśleć, że stała w kolejce do kupienia i przeczytania. Kaan mnie zmobilizowała, by nie czekać. I nie mogę uwierzyć, że dwa miesiące temu nie miałam pojęcia o tej Autorce. Do wczoraj nie wiedziałam nawet, że jest Noblistką — pewnie gdybym wiedziała, nie ruszyłabym Jej prozy, bo na paru noblistach przejechałam się nie tylko w szkole średniej.

(fragment kadru z filmu poniżej)

Nauczyła mnie czegoś, co zawsze powinnam była wiedzieć. To, co robimy dzieciom, ma znaczenie. A one mogą tego nigdy nie zapomnieć.

*

     — Przez kłamstwo. Przemilczenie. Niemówienie, co jest prawdą i dlaczego.
     — O czym.
     — O naszym dzieciństwie, tym, co nas spotkało, i że robimy i myślimy różne rzeczy właśnie w związku z tym, co nam się przydarzyło, gdy byliśmy dziećmi.

*

     — Wiem, ale…
     — Nie ma ale. Naprawiaj, co możesz; ucz się z tego, czego nie możesz naprawić
.

*

Ukształtowała go bezpośrednia dyskusja i tekst na papierze. Co sobota rano, przed śniadaniem, jego rodzice odbywali konferencję z dziećmi, żądając od każdego z nich odpowiedzi na dwa pytania: 1. Czego się nauczyłeś, co jest prawdziwe (i skąd to wiesz)? 2. Jaki masz problem? Przez lata odpowiedzi na pierwsze pytanie miały zasięg od „Robaki nie latają”, „Lód pali”, „W naszym stanie są tylko trzy hrabstwa” — po „Królowa jest mocniejsza niż pionek”. Odpowiedzi na drugie pytanie bywały różne: „Dziewczynka mnie uderzyła”, „Trądzik mi się odnowił”, „Algebra”, „Odmiana łacińskich przymiotników”.

*

Chyba niewiele osób docenia ciszę, albo uświadamia sobie, że jest ona najbliższa muzyce.

*

     — To tylko kolor — powiedział Booker. — Cecha genetyczna, nie żadna wada ani klątwa, nie dobrodziejstwo i nie grzech.
     — Ale przecież — zaprotestowała — ludzie myślą rasowo…
     Booker jej przerwał.
     — Z punktu widzenia nauki nie istnieje coś takiego jak rasa, Bride, więc rasizm bez rasy jest świadomym wyborem. Wyuczonym, rzecz jasna, przez tych, którym się przydaje, ale zawsze tylko wyborem. Ludzie, którzy go wyznają, bez niego byliby niczym.

*

[…] aby się znaleźć na podłodze, ma się do wyboru: położyć się lub upaść.

Toni Morrison, Skóra, przeł. Jolanta Kozak,
Świat Książki, Warszawa 2016.
(wyróżnienie własne)


*

BBC Imagine Documentary, Toni Morrison Remembers, 2015.

wtorek, 03 maja 2016

W co włożyć oczy, gdy skończyło się książkę Bronnie Ware? A może nie wkładać wcale? Gapić się na piękno świata? Więc? No i autor ma być, nie autorka. Przerzuciłam kilka tytułów grzecznie czekających w ogonku, leżących na stosiku. Nic! A co byś chciała? Coś… Susan Sontag bym chciała… w literkach, co zachowały Jej wrażliwość i przytomność umysłu, pomieszkać chwilę zamarzyło mi się… ale wszystko przeczytane… choć to nie autor a autorka, to po Bronnie Ware… tylko Susan Sontag… i marudzi Jabłoń… i mendzi Drzewko… i czytać się jej chce… i nie pamiętam siebie takiej. I przypomniała się książka, o której wiedziałam od momentu, gdy się ukazała trzy lata temu. Przepchnęła się ciut łokciami, bo ile można czekać. I proszę, strzał w dziesiątkę! A w środku nawet słowa Susan Sontag, niczym na zamówienie. I tylko ni cholery nie wiem, dlaczego nie zajrzałam do tej książki wcześniej — jest i wspaniała, i piękna, i straszna, i prawdziwa, niestety. 

Marzy mi się, żeby HIV znormalniał. Żeby był traktowany tak jak niedoczynność nerek albo tarczycy. To jest choroba i to smutne. Na pewno. Ale to bierzmo moralne czyni wszystko nieznośnym. Sprawia, że mówienie o tym kosztuje tak wiele.
     W Polsce „HIV” jest naprawdę bardzo, bardzo ciężkim słowem.

*

Pytasz, czy powinniśmy dbać o ludzi, z którymi spędzamy tylko jedną noc, parę godzin. Tak. Bardzo. To, że o siebie nawzajem dbamy, czyni nas ludźmi. Jesteśmy tu wszyscy, siedzimy tu teraz — ty i ja — bo ktoś o nas kiedyś dbał. Bez tego skończylibyśmy na śmietniku lub w beczce z kiszoną kapustą.
     To najcenniejsze, co mamy. Troska o innych ludzi.

*

Chciałbym, żebyśmy jako ludzie bardziej dbali o siebie nawzajem. Jako ludzkość. Żebyśmy nie patrzyli na siebie jak na słupki sprzedaży leków albo badań, które mają przynieść określone rezultaty.

*

Norma jest zawsze mniej spektakularna niż wyobrażone zagrożenie. Powiązanie niebezpieczeństwa z bliżej niesprecyzowanym „innym” pozwala zachować porządek świata. Zaraza zawsze jest na zewnątrz. Poddaje się naszym racjonalizacjom, przypuszczeniom lub wierze.

*

Lekarze zachowują się, jakby nigdy nie mieli być pacjentami. To największa zagadka.

*

Pytanie o skuteczną prewencję coraz wyraźniej splata się z dylematami tożsamościowymi. Kto potrzebuje seksu i jakiego? Co w ten sposób zaspokaja, które z potrzeb? Jeśli seks nie służy budowaniu więzi — to czemu służy? Czy aktywności seksualne można dzielić na dobre i złe? Czas unikania odpowiedzi odchodzi w przeszłość. Można odrzucić te dylematy, odłożyć je ad acta, ale przecież wrócą. Jak bumerang.

*

Kto ma hifa? Ludzie, którzy biorą narkotyki, na potęgę uprawiają seks lub pechowo znaleźli się w nieodpowiednim czasie z nieodpowiednią osobą. Kto potrzebuje hifa? Specjaliści zatrudnieni w poważnych instytucjach, zawodowi zbawiacze świata, dobrodzieje od pastylek. Czego potrzebują ludzie zakażeni hifem? Dobrej służby zdrowia i otoczenia, które spróbuje zrozumieć zamiast uciekać. Czego potrzebują specjaliści? Zaangażowania, wielkich kampanii, specjalnych programów i wyjątkowych przedsięwzięć.

*

Rzeczywiście, w świecie polskiego hifa jest wiele tez wymagających dalszych badań, na czele z wpływami kościoła katolickiego w obrębie instytucji i organizacji zajmujących się medycyną.

*

Elizabeth Pisani, Seks, narkotyki i HIV — bądźmy racjonalni, TED.

*

     Kurwa.
     Może ja jestem zbyt pesymistyczna?
     Znasz dowcip o żabach, co wpadły do mleka?
     Pierwsza wskoczyła, pomyślała: „To koniec, zaraz utonę”. I utonęła.
     Tymczasem druga pomyślała: „Będę machać łapkami, będę machać łapkami, może coś się wydarzy!”. I ubiła masło.
     Więc może pomimo wszystkich wątpliwości powinniśmy dalej machać łapkami? Nigdy nie wiadomo.


Jakub Janiszewski, Kto w Polsce ma HIV? Epidemia i jej mistyfikacje,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)

wtorek, 26 kwietnia 2016

Zasady są po to, by je łamać. Och, jakie to na czasie! Prorządowy Duch.

Zasada brzmi: nie kupuję książek droższych od 19,90 zł. Koniec. Kropka.

Zasada. Ale Hugo-Bader. Ale w czwartek idę na spotkanie autorskie. Więc?

O zasadach trochę z Białym Krukiem w sobotę wieczorem pogadaliśmy, a gdy tylko skończyliśmy buch, klik, klik, klik i jest! Świeżutki! Bo zasady są, by je łamać.

Dziś zobaczyłam, że premierę ta książka ma za dwa dni. Wczoraj ją skończyłam. I? I czekam na następną. Jestem wielbicielką ludzkiego, pełnego wrażliwości pisania Jacka Hugo-Badera. Chylę czoła przed pomysłem, którego realizacja czekała i dojrzewała tyle lat.

Okładka, skromna na pierwszy rzut oka, z każdym kolejnym rozdziałem staje się wielowymiarowa — są na niej wszystkie możliwe warstwy, płaszczyzny i punkty, z których można do tej książki podejść, z których można patrzeć, słuchać i usłyszeć.

     — A więc nie żałuję w życiu ani jednego dnia — mówi jej ojciec i wyrywa Rudemu wielkiego, opitego kleszcza spod pachy. — Co mogłem zrobić, zrobiłem najlepiej, jak się da.
      — A ja bym chciała powiedzieć politykom: spieprzyliście, dranie, wszystko, o co walczyli moi rodzice. Nieważne, skąd przyszliście i kim jesteście. Spieprzyliście! Wszyscy!

*

     — Myśmy tworzyli społeczeństwo, a nie państwo podziemne — mówię. — Niesformalizowany, demokratyczny ruch ludzi wolnych.

*

     — Nie szkoda ci życia?
     — Dlaczego ma być szkoda? — dziwi się Janek. — Gdyby nie problem z córką, to wcale nie uważałbym mojego życia za przegrane… Chociaż z upływem lat narasta we mnie poczucie wstydu, że przyłożyłem rękę do budowy tego, co powstało na gruzach PRL-u.

*

     — To jest środowisko, w którym mnóstwo wartościowych ludzi oddało najpiękniejsze lata swojego życia dla wielkiej sprawy, a teraz się okazuje, że na czele byli, kurwa, transseksualistka, współpracownik bezpieki i złodziej.
     Ten gorzki rachunek ma tylko trzy, a nie cztery składniki, bo „kurwa” jest ozdobnikiem zdania, więc od razu jest jasne, że to słowa Maćka Zalewskiego.
     — A jeszcze dołożyć paru i wychodzi, że na dodatek sami alkoholicy — brnie w sarkazm Maciek.

*

[…] jej jedyna córka wyszła za Niemca i mieszka w Szwajcarii.
     — I ja ci, Jacek, jako zootechnik powiem, że te Szwajcary to jest zupełnie inny gatunek niż my — mówi Hanka i oplata mnie swoim chuligańskim spojrzeniem. — Zupełnie inne zwierzęta. Czy u nich byłoby możliwe, żeby od ponad dwudziestu lat kłócić się, czy ogrodzić nasze podwórko parkanem? Bo chodzi o to, żeby pijaki nie pili wódki pod naszymi oknami. A gdzie niby mają pić, jak to jest ich podwórko?

Jacek Hugo-Bader, Skucha,
Wydawnictwo Agora/Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2016.

czwartek, 12 listopada 2015

Droga do tej książki wiodła mnie przez poleconego mi kilka lat temu Teda (poniżej).

Wciąż pozostaje dla mnie ogromną tajemnicą, skąd w człowieku tak niebywała moc do podcinania własnych skrzydeł? Dlaczego z łatwością pozwalamy sobie mieć niedostateczne pojęcie o matematyce, mierne o geografii czy fizyce, a twórczy aspekt naszego życia — jeśli w ogóle się na niego odważymy choć na moment — musi być od razu na ocenę celującą, uzupełniony o tysiące lajków i setki szerów? Co sprawia, że niektórzy z nas mimo wszystko robią swoje?

Ta książka zmusiła mnie do konfrontacji z pomysłem, że bycie twórczym mnie rajcuje i rozwija. Przypomniała mi się Krystyna Janda, która powiedziała, że twórczość porządkuje życie. W tej książce nie ma nic o sprzątaniu, ale podczas czytania każdego fragmentu, człowiek czuje się odświeżony. I nie będę pisać tu, o ilu bliskich mi osobach pomyślałam podczas tej książkowej konsumpcji.

why not?

Pamiętaj, że jesteś tylko nowicjuszem — nawet jeśli uprawiasz tę sztukę od pięćdziesięciu lat. Wszyscy tu jesteśmy tylko nowicjuszami i wszyscy powinniśmy nowicjuszami umrzeć. Dlatego odpuść sobie. Zapomnij o ostatnim projekcie i z otwartym sercem wyrusz szukać następnego.

*

Dlaczego twórczość miałaby cię nie kochać? Przecież przyszła do ciebie, prawda? Przysunęła się bliżej. Wtopiła się w ciebie, prosząc o uwagę i oddanie. Napełniła cię pragnieniem robienia interesujących rzeczy.

*

Zrobione jest lepsze niż dobre.

*

„Nie przechodź zbyt pośpiesznie przez doświadczenia i okoliczności, które mają największą zdolność, by cię przemienić”.
     Nie pozwól, by opuściła cię odwaga w chwili, kiedy sytuacja przestaje być łatwa lub przyjemna.
     Ponieważ to ta chwila?
     Ponieważ to chwila, w której zaczyna być
interesująco.

*

Ciekawość jest prawdą i sposobem twórczego życia. Ciekawość jest alfą i omegą, początkiem i końcem. Ponadto ciekawość jest dostępna dla każdego.

*

Wierzę, że naszą planetę zamieszkują nie tylko zwierzęta, rośliny, bakterie i wirusy, ale również idee. Są one bezcielesnymi, energetycznymi formami życia. Istnieją niezależnie od nas, ale mogą wchodzić z nami w interakcje — choć w dziwny sposób. Idee nie mają wprawdzie ciała, ale mają świadomość i niewątpliwie wolę. Kieruje nimi jeden odruch — chcą zostać zaprezentowane. Może do tego dojść wyłącznie w wyniku współpracy z człowiekiem. Tylko dzięki ludzkim staraniom idea może zostać przeprowadzona ze sfery nieuchwytności w świat rzeczywisty.
     Właśnie dlatego nieustannie krążą wokół nas w poszukiwaniu ludzkiego partnera mającego czas i wolę współpracy. (Mam na myśli
wszelkie idee — artystyczne, naukowe, przemysłowe, handlowe, etyczne, religijne i polityczne). Kiedy idea uzna, że znalazła osobę zdolną przedstawić ją światu, składa jej wizytę.

Elizabeth Gilbert, Wielka magia. Odważ się żyć kreatywnie,
(przeł. Bożena Jóźwiak), Rebis, Poznań 2015.
(wyróżnienie własne)

czwartek, 04 grudnia 2014

Mój tata mieszkał na ulicy Dietla w Krakowie — przeczytałam siedząc w pociągu jadącym do stolicy. Przypomniało mi się uczucie nieoczywistości oraz niebagatelne znaczenie czasu w czterowymiarowej przestrzeni. Właśnie na tej ulicy, właśnie w dniu, w którym czytałam te słowa, czyli w niedzielę, jadłam obiad i dwa razy zamawiałam kawę.

Czytając te słowa w pociągu, nie przypuszczałam, że będzie jechał, zamiast nominalnych trzech godzin i jedenastu minut, pięć i pół godziny, racząc mnie polską rzeczywistością XXI wieku. Nie zaświtało mi w głowie, że zamiast być wkurzoną na polskie koleje, będę cieszyć się, że mimo wszystko zdążę być we własnym domu przed północą w niedzielę.

Wracałam do domu i wiedziałam, że doświadczenie Anglika w Nowym Jorku, czy Amerykanina w Londynie jest również moim doświadczeniem, choć moje ciało i umysł ruszyły się tylko trzysta kilometrów na południe. Pojechałam do Kraju. To jest Inny Świat, a jedyne, co łączy tambylców ze mną, to język — mówimy po polsku. W Kraju, jak zwykle, chłonę atmosferę, uwielbiam się włóczyć, choć nie „tą razą” i… myślę dużo częściej o jedzeniu. W Kraju jestem stworzona do jedzenia.

We wspomnianym pociągu, wracając z Kraju do siebie, dzięki opóźnieniu, prawie skończyłam książkę. Jej pojawienie się w moim życiu było dość banalne. Audycja radiowa. Zamówienie. Trzy dni czekania. I była.

To bardzo ważna książka, bardzo ważne rozmowy. Podobnie jak Autor, chciałabym by przeczytało ją bardzo wielu NieŻydów, by te rozmowy usłyszały ich Serca, bo rozum pojąć tego nie może. Imiona… są istotne, ważne, znaczące.

*

Daniel
(ur. 1955)

[Mikołaj Grynberg] A co powiesz mamie o naszej rozmowie?
     Powiem, że spotkałem faceta z Polski, z którym opowiedzieliśmy sobie kompletnie różne historie, które były całkiem identyczne. Jak wszedłem do tej kafejki, spojrzałeś mi głęboko w oczy, zanim się sobie przedstawiliśmy. Nie byłem pewny czy to ty, ale to spojrzenie, trwające trochę dłużej niż takie spojrzenia zazwyczaj trwają, było warte mojej półtoragodzinnej podróży na Manhattan.

*

Doron i Roger
(ur. 1961 i 1973)

[Mikołaj Grynberg] Chcę opowiedzieć innym, jak było w naszych domach.
     Roger: Innym Żydom?
Innym ludziom.
     Doron: I co oni mają z tym zrobić?
Przeczytać ze zrozumieniem.

*

Shula
(ur. 1954)

Jeżeli do dzisiaj możemy opowiadać o tym, co nam się stało w Egipcie, to dlaczego nie możemy zajmować się tym, co stało się naszym rodzicom?

*

Steve
(ur. 1955)

Martwię się kierunkiem, w którym zmierza państwo Izrael. Coraz trudniej mi się z nim identyfikować. Kiedy byłem młody, bycie Żydem znaczyło dla mnie bycie blisko innych opresjonowanych ludzi na świecie. Dzisiaj już tak niestety nie jest. Część Żydów zapomniała o tym i stała się konserwatywna, prawicowa i opresyjna. Ciężko mi z tym. Martwię się, że Izrael jest tak silny, że wytrzyma nienawiść wszystkich, ale nie pchnie go to na właściwą ścieżkę.

*

Ela
(ur. 1960)

[…] do dziś jak ktoś mówi: stryjek, szwagier, bratowa… to ja muszę się strasznie skupić i przeliczyć, co to znaczy, bo w moim domu takich słów nie było. Strasznie mi ich brakuje. Czuję, jak bardzo ich nie ma. I denerwują mnie te wszystkie mądrale, które mówią, że nie można tęsknić za czymś, czego się nie znało. Można! Jestem na to dowodem.
     […] Teraz, kiedy mam żydowskiego partnera, mogę o tym mówić, kiedy chcę. W katolickim środowisku pewnych rzeczy nie można powiedzieć, bo albo się kogoś rani, albo jest to niemile widziane, albo po prostu nie wypada. Wojna się skończyła prawie siedemdziesiąt lat temu, ale w naszych domach jeszcze niestety nie.

*

Roz
(ur. 1955)

Moja mama była nadopiekuńcza, a tata był za wolnością. Mówił: „Idź robić błędy, czuj się wolna. Nie daj się zatrzymać przez własne albo cudze lęki”.

Mikołaj Grynberg, Oskarżam Auschwitz. Opowieści rodzinne,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

*

piątek, 01 sierpnia 2014

Zaczęło się w czerwcu. Co Sadownik kupuje gazetę w sklepiku-kiosku, staję przy odpowiedniej półeczce i podczytuję. Nie kupię przecież, bo mnie to nie dotyczy. Gdy któregoś razu Sadownik stwierdził, że zostawił portfel w samochodzie, byłam w siódmym niebie — poleciał na parking a ja w spokoju ducha wertowałam.

Aż nadarzyła się okazja. Bliźniacza Liczba musi to mieć — zawyrokowałam. Miesiąc temu kupiłam w pakiecie innych, zaliczonych jako wartych podarowania. Leżała sobie książeczka spokojnie czekając na swój czas i swoją nową właścicielkę. Wyjęłam wczoraj, by spakować. I zatrzymała mnie na kolejnych trzydzieści stron. Czytałam ledwo uchylone stronice, by nie zagiąć, odgiąć i nie wypuścić zbyt dużo drukarnianego zapachu, co dla czytających jest niebywałą rozkoszą.

Słyszałam o kobiecie, która, gdy kupi komuś prezent książkowy, musi go przed podarowaniem osobiście przeczytać od deski do deski. No i masz, dziewictwo straciłam w tej kwestii, zrobiłam sama tak dziś. Nie mogłam się już oderwać. Przeczytałam do ostatniej literki. Kajając się doniosłam na siebie Bliźniaczej Liczbie o czynie tym haniebnym. I tylko jeden problem wciąż mam, że gdybym cofnęła czas i tak zrobiłabym to jeszcze raz! Muszę donieść o tym Bliźniaczej.

Książka doskonała i chciałoby się rzec... obowiązkowa. Lekko napisana choć o rzeczach niełatwych, mrożących krew w żyłach. W kilku miejscach ubawiłam się do łez. I tylko w dwóch z poruszanych kwestii zgodzić się z Agnieszką Graff nie mogę. Po pierwsze, w kwestii „wózkowych”, o których pisał Mikołejko — założę się, że Autorka udaje, że nie zrozumiała o co mu chodziło; bo nie o to, o czym wspomina Graff. Nie uwierzę, że nigdy choć jednej „wózkowej” nie spotkała. Po drugie, gdy pyta: „Czy rodzicom należą się od bezdzietnych podatników pieniądze?”  to krew mi się burzy na, chwilowe choćby, przeciwstawianie dzietnych bezdzietnym. Tak jak nie ma dwóch gatunków matek, tak nie ma dwóch gatunków kobiet (dzietnych i bezdzietnych) — wszystkie w tym kraju, wbrew pozorom, jedziemy na tym samym wózku obywateli drugiej kategorii.

Z jednej strony mamy rodzinne „ideolo”: wciąż słyszymy, że dla Polaków, a szczególnie Polek, najważniejsza jest rodzina, a w rodzinie — jak wiadomo — dziecko. Łączy się z tym podszyta pogardą litość dla bezdzietnych i czułostkowe idealizowanie macierzyństwa: kwiatuszki, laurki i piosenki dla mamy, co ma włosy jak atrament. A z drugiej strony jest praktyka kulturowa i społeczna, która z osoby opiekującej się małym człowiekiem — czyli de facto matki, bo aktywne ojcostwo jest u nas zjawiskiem marginalnym — czyni w Polsce pariasa.

*

W polskiej debacie publicznej przyjął się podział: po  jednej stronie prorodzinny konserwatysta, po drugiej — indywidualistyczny liberał, lewicowiec, gej i feministka. U nas kultura śmierci, u nich — kultura życia. My samotni i zgorzkniali, oni — otoczeni gromadą słodkich maluszków. Ten podział to bzdura. Najwyższy czas odebrać konserwatystom monopol na „rodzinność”.

*

Pewien mój znajomy dorzuca nieśmiało, że ta kobieca niezastępowalność i bezbrzeżna kompetencja przy dziecku to często także potężna broń w związku z mężczyzną, maszynka do produkowania w mężczyznach poczucia winy i bezradności. Zgoda. Dodajmy, że produkujemy też bezczynność oraz bezkarność. — bo przecież skoro ona zrobi przy dziecku wszystko, to dla niego zostaje... nic. Jeśli chcemy być w życiu nie tylko matkami, jeśli chcemy, by nasze dzieci miały ojców z prawdziwego zdarzenia, to musimy odrobinę odpuścić. Macierzyńska wszechwiedza i wszechkompetencja to broń obosieczna.

*

[...] Ale już tydzień to w życiu dwulatka bezkres. Mój czas i jego czas to tylko pozornie ten sam żywioł.
     W dzieciach jest coś, co wprawia nas w osłupienie, jeśli mamy odwagę (i czas), by się nad tym zastanowić. Niby to oczywistość, że rosną. Ale przecież także metafizyka. Dzieciństwo to płynna tożsamość. Nic tak nie uświadamia nieuchronności upływu czasu — i, nie czarujmy się, naszego starzenia się — jak obecność w naszym życiu małego człowieka. Jak to, to tego maluszka już nie ma? Może to właśnie metafizyczny lęk — tę obcość i bliskość, to mgliste wspomnienie własnego dzieciństwa, własnego przemijania i własnej śmiertelności — oswajamy durnym ględzeniem o tym, że dzieci rosną.

*

Mam jednak kłopot ze słowem „przedsiębiorczość”. To słowo zrobiło w Polsce zawrotną karierę, ale ja za nim nie przepadam. I wiem, że nie jestem w tej niechęci odosobniona. Podobno pewna duża stacja telewizyjna zrobiła ostatnio badania, z których wynika, że wielu Polaków czuje podobnie — na dźwięk tego słowa ludzie odruchowo zmieniają kanał. Dlaczego? Bo mają poczucie, że słowo „przedsiębiorczość” ich wyklucza, a może nawet obraża.
     To słowo premiuje indywidualizm, a deprecjonuje wartości wspólnotowe i pozaekonomiczne. Kult przedsiębiorczości zawiera też w sobie lekceważenie tych, którzy okazali się „za mało przedsiębiorczy”. Sugeruje, że sami są sobie winni, jeśli nie wygrali w rynkowej grze. Nie zarabiasz — zdychasz. Od lat słowo „przedsiębiorczość” służy w Polsce piętnowaniu ludzi biednych jako roszczeniowych nieudaczników, a jednocześnie zwalnianiu państwa od odpowiedzialności za biedę, za wyrównywanie szans.

*

Pierwsza ma awans, wizytówki i markowy ciuch w pepitkę, a przed domem wypasione auto. No tak, ale w oczach jakieś napięcie i żal. I dzieci smutne, już niemal wolą nianię. Druga siedzi w domu, pachnie mlekiem i proszkiem do prania. Na kolanach szczęśliwy bobas, baba drożdżowa rośnie w piecu. Ale jak się bliżej przyjrzeć, okaże się, że mama anioł ma coś bezmyślnego w twarzy, jakąś nudę i brak perspektyw. Znacie te dwa obrazki?
     Oba są podszyte niechęcią do kobiet. Panią Ambitną otacza aura nowoczesności i poczucie winy. I słusznie, bo suka jedna, dziecko zaniedbuje. Pani Mamuśka słodka jest i czuła, ale w głębi pastelowego raju czai się wąż: oskarżenie o lenistwo i pytanie, co z nią będzie, gdy dzieci podrosną, a mąż (odpukać) wymieni ją na nowszy model. I słusznie wymieni, kwoka rozlazła, trzeba było pracować.

     [...]
     Nie ma dwóch gatunków matek. Jest pęknięcie w świecie, który się z macierzyństwem nie liczy. Przepaść między prywatnością i pracą. I rozdarcie matek: być nie tam, gdzie się akurat jest. Być tu i tam jednocześnie. Poczucie, że coś ucieka, coś przegrałaś, na coś się nieodwołalnie spóźnisz. Tu i tam.

*

Nie chodzi o kolory. Chodzi o pisane z góry życiowe scenariusze. „Dziewczynka? Ojej, jaka śliczna, a jakie długie ma te rzęsy! Jaka łagodniusia i jak zalotnie patrzy”. „Chłopczyk? Od razu wiedziałam! Jaki duży! Widać, że urwis”. Oba opisy padały wielokrotnie z ust życzliwych pań w parku, a dotyczyły pary bliźniąt, których mamę poznałam przy piaskownicy. Dzieci są prawie nie do rozróżnienia.

Agnieszka Graff, Matka Feministyka,
Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2014.
(wyróżnienie własne)

*

niedziela, 25 maja 2014

Dawno, dawno temu — chyba w innym mieście, w innej firmie, w innym życiu — zwróciłam uwagę na autora reportażu o kładce na ulicy o mało mi mówiącej wtedy nazwie, o Ostrobramskiej w Warszawie. Potem gdy tylko widziałam jego nazwisko w nagłówku, zacierałam ręce i bez względu na temat wsiąkałam. Jeszcze później wpadłam po uszy po przeczytaniu Białej gorączki. Zmieniłam miasto, firmę, życie. „Zamieszkał” u nas. Ma swoje miejsce na półce z reportażem.

Zamówiłam jego ostatnią książkę 28 stycznia tego roku. W ostatni czwartek dziarsko poszłam ją odebrać, bo przyszła informacja na emila, że książka już na mnie czeka. Zamówienie było pod toną już odebranych, więc pan z działu realizacji zamówień, nie gimnastykując zwoi mózgowych zanadto, stwierdził, że nie ma takiego zamówienia wśród zrealizowanych. W piątek, jako słomiana wdowa po studencie fotografii udałam się z rządkiem cyfr zamówienia starego, ale właśnie szczęśliwie zrealizowanego, o czym donosił znaleziony w usuniętych emil. Pan bronił się jak mógł, że zamówienia ze stycznia nie są realizowane w maju i co ja sobie myślę. Dużo, proszę pana, bardzo dużo — pomyślałam. Mająca po swojej stronie liczby za nic miałam męskie marudzenie. Chwilkę trwało, aż w końcu do pana dotarło to, co próbowałam mu powiedzieć, że ta książka miała premierę w tym tygodniu, nie dało odebrać się jej wcześniej. Grzmiał, pohukiwał pod nosem, gdy brał numer zamówienia, gdy dawał mi książkę, gdy podawał paragon. Niezadowolony był do końca, a ja wręcz przeciwnie. Znów kur mnie opiał — pięknie złożona, piękny papier, zdjęcia i… szyta. Niesamowite, trzecia z rzędu ostatnio.

Książka ma jedną ogromną wadę, jednego dnia zaczynasz, najpóźniej następnego przeglądasz kalendarium wypraw. I po. I myślę intensywnie od wczoraj o pewnym cudnym małżeństwie, czytali tę książkę już czy nie? Szczęśliwcy!

Ten Autor, Ta książka w tym filmiku od 26. sekundy na biurku, a przybliżona dokładniej od 45. sekundy.

     — [...] Ruszamy w góry za trzy tygodnie. Co powinienem robić do wyjazdu? Jak ćwiczyć?
     — Jak ci lekarz czegoś zabrania, to akurat możesz robić. Biegaj może. Ale uważaj, masz już swoje lata.
     — Pięćdziesiąt sześć. Tylko dwa więcej od ciebie. Do tego Krzyś Tarasewicz, też pięćdziesięcioparolatek, i to już są trzy grzyby w barszczu. Nawet z Jackiem Jawieniem i jego trzydziestoma sześcioma wiosnami to ciągle wyprawa staruszków, emerytów. Podołamy?
     — My tak, ale nie wiem, czy tobie starczy sił. Na dużych wysokościach najprostsza nawet czynność to duży problem.
     — Wiem — przyznaję. — I w zimie, i w lecie.
     — Skąd wiesz? — pyta Jacek Berbeka.
     — Z książek.
     — Mówiłeś, że wiesz.
     — Bo czytam książki. Ja większość rzeczy, co wiem, to z książek właśnie, Jacek.
     — Ale w górach najważniejsze jest doświadczenie. Znam ludzi, którzy nie czytają książek i mają świetnie doświadczenie. Na przykład pakistańscy i nepalscy tragarze, szerpowie.
     — Ale w Warszawie żaden nie przejdzie przez ulicę, bo rozjedzie go samochód. W teatrze zgubi się przy szatni.

*

W punktach byłoby łatwo. Ale wszystko, co łatwo przychodzi, nie ma żadnej wartości — powtarzałem przez całe dzieciństwo moim dzieciom, albo — zawsze jest jakieś dalej; to droga jest ważna, a nie jej cel; lepiej pójść donikąd niż byle gdzie; kto kocha, ten się nie lęka; należy nawiązać walkę, a potem się zobaczy; słowa są tym cenniejsze, im rzadziej wymawiane; łatwiej wisieć na haku, niż myśleć; dzwon dzwoni, bo w środku jest pusty; człowiek staje się kimś w starciu z tym, co stawia mu opór; pół prawdy to całe kłamstwo... Miałem tego bez liku, ale moje bachory najbardziej ceniły sobie i używały: równo to wcale nie znaczy sprawiedliwie. Rzecz jasna, nie wiedziały, że autorami tych mądrości nie zawsze był ich tatu (jak mówiły), ale także Napoleon, Maria Dąbrowska, Stalin, Saint Exupéry, Apacze, Żydzi...

Jacek Hugo-Bader, Długi film o miłości. Powrót na Broad Peak,
Wydawnictwo Znak, Kraków 2014.

 
1 , 2
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...