Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: idzie na swój Everest

środa, 15 listopada 2017

à propos.
łatwiej budować na bazie dobra w nas — umiejętności, postaw.
niż po raz milion trzysta pięćdziesiąt dwa tysiące miliard pierwszy
zaczynać od zera i fundamentów, próbując za każdą cenę zaprzeczać
umiejętnościom i postawom, mocy wewnętrznej i zdolnościom.

wtorek, 14 listopada 2017

Mogę skupić się na tym, co nie działa. Mogę czuć złość, frustrację, że pomimo włożonej pracy, czasu i… a jakżeby inaczej, pieniędzy, jestem tu, gdzie jestem, a miałam być gdzie indziej. Mogę dowolnie — według własnych preferencji i fantazji — eskalować niezadowolenie, by z całą stanowczością stwierdzić, że wszystko jest do dupy i nie działa tak jak powinno. Niektórzy ten stan określają realizmem, zdrowym oglądem tego, co jest. Jednak zdrowia i zapału od tego nie przybywa. Bądźmy precyzyjni, mi nie przybywa ni cholery.

Mogę skupić się na tym, co nie działa. Krytyka jest moim kruszcem rodowym, rodzinnym dziedzictwem i potrafię z niej korzystać jak mało kto. Ale nie przybywa mi od tego niczego dobrego.

Mogę skupić się na tym, co działa. Przytomnie stwierdzić, że to już umiem, to daję radę zrobić, a na przystanek idę osiem minut, a nie pół godziny. Arsenał narzędzi, umiejętności przytomnie najpierw ocenić, potem docenić, by poczuć wdzięczność i bycie obdarowanym. Od tego przybywa mi wszystkiego, co najlepsze.

Z wdzięcznością dużo łatwiej iść dalej. Nauczyłam się tego dziś, idąc na przystanek tramwajowy. A może tylko mi się przypomniało. Bo to trzeba wciąż i od nowa przypominać i przyswajać. Bądźmy precyzyjni, ja potrzebuję przypominać sobie, przyswajać, przywrzeć do tego, przyodziać się w to od stóp do głów — uczynić z tego drugą naturę.

wtorek, 07 listopada 2017

Historia ta, niczym dobrze napisany esej, ma wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Dziś przytrafiło mi się zakończenie. Czas postawić ostatnią kropkę.

Wstęp, czyli idealny model:
Społeczeństwo składa się ze świadomych osób, które wiedzą i czują, że poruszanie się komunikacją miejską ma wymiar publiczny. Oznacza to, że wsiadając do tramwaju, autobusu, kolejki czy trolejbusu, w miarę swoich możliwości, z automatu stajemy się współodpowiedzialni za losy innych pasażerów. Dzięki temu widzimy całą postać starszego pana, gdy z mozołem wsiada, a nie tylko modlimy się, by nie zbliżał się do miejsca, gdzie wygodnie siedzimy i grzebiemy w telefonie, relaksując się po upiornych korpogodzinach.

Rozwinięcie z brodą, czyli empirią przez czas:
Gdy półtora roku temu nabrałam kompetencji i odwagi, by po raz pierwszy o dwóch kulach wsiąść do komunikacji miejskiej, bardzo się zdziwiłam. Wsiadałam pierwszymi drzwiami, by kierowca autobusu mnie widział. Na pierwszych siedzeniach dwie dwudziestoparolatki po joggingu, z pazurami w kolorze wściekłej pomarańczy, były tak zmęczone, że nie mogły mnie wyłowić z mgły osobistej niemożności. Człowiek — o czym przekonałam się boleśnie, gdy autobus ruszył — nie ma odpowiedniej liczby rąk, by bezpiecznie podróżować komunikacją miejską o dwóch kulach. Miałam szczęście, ja traciłam równowagę, ale pewna starsza pani mnie złapała. Gdy już byłam bezpieczna, gdy miałyśmy z panią miłą rozmowę za sobą, jeden z ruchomych ekranów edukował podróżnych tekstem: bądź bezpieczny! zawsze trzymaj się uchwytów, gdy pojazd pozostaje w ruchu. Kura przez wu, pomyślałam, bardzo śmieszne dla człowieka o dwóch kulach, ale bez trzech rąk.

Ta historia nauczyła mnie, że trzeba inaczej wsiadać do pojazdu komunikacji miejskiej — jak to mówią zajmujący się psychologią procesu — wsiadać „z innego właściwego miejsca”. Przykładem działania z niewłaściwego miejsca może być proszenie, które w rzeczywistości jest żądaniem. Z właściwego miejsca prosisz z miejsca osoby, która prosi; żądasz, mając prawo żądać; kochasz, by kochać, a nie liczyć na korzyści.

W ciągu kilku miesięcy do perfekcji opanowałam wchodzenie w wewnętrzny stan, który był niezbędny, by ktoś zaproponował mi swoje miejsce. Doszłam do wprawy i wielu ludzi jednocześnie podnosiło się, by mi ustąpić, gdy tylko przekraczałam próg pojazdu. Po drodze kule wymieniłam na laskę. Wciąż wszystko działało.

Minęły kolejne miesiące. Przyszedł dzień, gdy ja do tramwaju, z właściwego miejsca, we właściwym stanie wewnętrznym i… zong! Nikt się nie podniósł. Zbyt długo bawiłam się w tę zabawę, by nie potraktować jej jak wieloetapowej gry. Nikt się nie podniósł… czyli przeszłam na kolejny poziom trudności. Hurra, kolejna plansza do rozgryzienia. Acha, dotarło do mnie, nie jest sztuką wejść we właściwym stanie wewnętrznym … sztuką jest podejść do miejsca z krzyżykiem, nawiązać relację z człowiekiem, który tam siedzi i poprosić, by ustąpił miejsca. To tylko pozornie jest idiotycznie łatwe. Ale przecież lubię gry i zabawy, lubię relacje, lubię ludzi.

Na tej planszy spędziłam trochę czasu. Brałam odwet na młodych zdrowych siksach z wielkimi pazurami. Doszłam do perfekcji. Aż przyszedł dzień, gdy na miejscu z krzyżykiem nie siedział młody człowiek zainfekowany odrobiną staroświeckiego wychowania. Na miejscu z krzyżykiem siedział „kark” i czytał pięknie ilustrowaną książkę, co samo w sobie wydawało się absurdem. Ewidentnie znalazłam się poziom wyżej, bo kark, jak wstanie, to już nie poczyta i ja, osoba czytająca ciut, rozumiałam ten ból bardzo dobrze. No ale nie zagrać, grzech! Podeszłam, poprosiłam i otrzymałam dwie wzajemnie wykluczające się odpowiedzi: pan wstał, ale jednocześnie klął pod nosem. Widząc to, wiedziałam, że część tego człowieka mi ustąpiła, więc gadać mam do tej, która klęła, na czym stoi ten dziadowski świat. Do tej części ze zrozumieniem powiedziałam, że wiem, że są schorzenia, których nie widać i, że jeśli on potrzebuje tego miejsca, to ja się wycofuję, życząc mu zdrowia. Różne miejsca w nas spotkały się w tamtej chwili, widzieliśmy nasze potrzeby naprawdę, finalnie było to spotkanie pełne zrozumienia.

Dziś przeszłam na ostatni z możliwych poziomów. Nie jest już dla mnie sztuką wejść z właściwego miejsca wewnętrznego. Nie jest przyjąć oferowaną pomoc. Nie jest poprosić osobę zajmującą miejsce z krzyżykiem. Sztuką jest podejść do osoby, która na zwykłym niekrzyżykowym miejscu siedzi i poprosić w prawdzie ktosia, kto potrzebuje pomocy tej Osoby. Tramwaj przyjechał wcześniej. Ostatnimi drzwiami wsiadłam w ostatniej chwili, dojście do miejsca z krzyżykiem było poza moimi możliwościami. Zrobiłam to. Game over. Czas laski zaczyna się kończyć — poczułam z wdzięcznością.

Zakończenie:
Dla mnie to już żadna wielka sztuka, ale:

Jest sztuką posiadanie umiejętności wejścia tak, by
chciano ci ustąpić w środkach komunikacji miejskiej.

*

Jest sztuką poprosić, a nie żądać,
o ustąpienie miejsca z krzyżykiem.

*

Jest sztuką poprosić o pomoc tych,
którzy mają prawo ci odmówić.

Jeśli masz kontakt z kobietą w ciąży, która obraża się, że nikt nie zauważa jej brzucha i nie ustępuje — pogratuluj jej! To nie ludzie-świnie, ona po prostu przeszła w tej grze na wyższy poziom!

*

Epilogu, początek:
Pytano mnie nieraz, dlaczego jeszcze chodzę z laską. Trudności, z którymi się mierzę, obracałam w żart: robię w wymuszeniach (komunikacyjnych). Trudności nie zniknęły, ale ja już wiem, że game over, the winner is

Finiszuję i bardzo tym się jaram, bo przecież Jakuszyce, welcome to
¡El reksio! I kropka.


Tengo cuarenta y uno reksios:

wtorek, 24 października 2017

Gdy moi studenci się frustrują niewychodzącym-jak-trzeba zadaniem, powtarzam z uporem maniaka, że wśród proponowanych Im zadań nie ma ani jednego, które udało się wszystkim w poprzednim roczniku zrobić bezbłędnie od pierwszego podejścia. Takie zadania, jak się trafią, po prostu wyrzucam, ponieważ hołduję filozofii: „nie nauczy się chodzić ten, co się nigdy nie przewróci”.

Jestem swoim studentem. Oj Té zadał mi wczoraj nowe ćwiczenie. Oczywiście, że nie mogę go zrobić! Oczywiście, że mam trudność nawet z wersją uproszczoną! Ale jestem bezgranicznie szczęśliwa, że mam wyzwanie. ¡El reksio, por favor!

*

Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, głosi przysłowie. Sadownik wygrał w konkursie trampki. Dostał, próbował i uznał, że za wąskie i za małe, choć teoretycznie we właściwym numerze. W ten sposób stałam się posiadaczką ciut za dużych, ale wąskich wyśmienicie trampeczek, które uchylają drzwi do marzeń.

Sadownik też już ma nowe trampki do zabicia w rozpoczętym sezonie zimowym. Rozczulił mnie widok małżeńskiej pary „trzewików do zdrowia”.


Ya tengo treinta y nueve reksios:

czwartek, 19 października 2017

Te cytaty zabieram na Drogę ku zdrowiu, ku sobie, ku temu wszystkiemu, czego dziś wyobrazić sobie nie umiem.

Tworzymy domy, które są odbiciem nas jako ludzi.

*

Nasze osobiste drogi do dobrego samopoczucia są unikatowe i wymagają świadomości tego, w jakim punkcie życia się znajdujemy i czego nam brakuje na danym etapie.

*

Mój osobisty lagom nie jest twoim lagom.

*

Oczekiwanie na coś dobrego nigdy nie jest zbyt długie.
przysłowie szwedzkie

*

Zachowanie właściwego tempa to sztuka.

*

To, czego chcemy, bywa cienką zasłoną przykrywającą to, czego naprawdę potrzebujemy — tym samym zajęcie się podstawowymi potrzebami może jednocześnie zaspokoić nasze zachcianki i przybliżyć do pełni szczęścia. To jest właśnie sedno lagom: chodzi o to, by upewnić się, że realizujemy nasze potrzeby w taki sposób, by osiągnąć pokój i pełnię, niezależnie od tego, czego chcemy w życiu.

*

Każdy człowiek tworzy swoje własne szczęście.
przysłowie szwedzkie

Lola A. Åkerström, Lagom. Szwedzki sekret dobrego życia,
przeł. Natalia Mętrak-Ruda, Wydawnictwo Marginesy, Warszawa 2017.
(wyróżnienie własne)

(tamże)

poniedziałek, 16 października 2017

Przygoda zaczęła się jak zwykle,  nim dostrzegłam pierwsze subtelne sygnały zmiany. Wielki sygnał, który w końcu dostrzegłam, potraktowałam ze zdziwieniem i pewną nieufnością: chora ja czy co? A było tak.

Facet i jego ratlerek. Rzadko, ale jednak, na porannym spacerze nieprzyjemność miałam od lat. Facet, biorąc pieska na ręce (na widok Heniutki pięćdziesiąt metrów dalej), budził we mnie figurę oenerowca-homofoba, bo jak facet może mieć takiego psa! Mordercze instynkta miałam wszystkie całkiem na wierzchu. I tak przez lata. Nie docierało do mojej łepetyny coś, co w przypadku jorków dotarło, że może człowiek bierze na rękę swojego niewychowanego psa, bo nie chce, by bez sensu rzucił się na Heniutkę. Nie docierał głos krytyka wewnętrznego: zazdrościsz skurwysynowi, że może psa na rękę wziąć, hahaha! Taki był kontekst, nim zdarzyło się to, co niepojęte. A było tak.

Dwa, trzy tygodnie temu, o poranku z Heniutką poszłyśmy na spacer. Mężczyzna, ratlerek (kura przez wu — jak ciężko mi wymówić to słowo!), kontekst — zupełnie bez zmian. Tylko ja jakaś dziwna. Nie trafia mnie szlag, gdy piesek ląduje na ludzkich rękach. Dziesięć metrów od człowieka, z uśmiechem i szczerze mówię mu dzień dobry. Nie odpowiada — nie słyszy, ignoruje, nie wie, co z tym zrobić; nie wiem co. A ja nie obrażam się; uśmiecham się od ucha do ucha do jego oddalających się pleców i mam się świetnie. I dociera do mnie, że to, co zrobił; to, co mógł zrobić; to, czego nie zrobił — to wszystko nie ma żadnego znaczenia! Intencja z jaką powiedziałam dzień dobry była dla mnie najważniejsza.

Byłam zadziwiona sobą, nieufna wobec siebie, chora ja czy co? Ale udawać, że scena miała miejsce, nie dało się. Tak zaczęło się coś dziwnego, podejrzanego chwilami, ale jak pięknego! Bo intencja jest ważna — czasem najważniejsza!

sobota, 14 października 2017

kawał drogi za mną — uśmiechnęłam się przy wejściu.
nie obyło się bez wzruszeń.

jedną gumę rehabilitacyjną już zabiłam. przyszedł czas na wymianę rehabilitacyjnego uniformu. nie śpieszyło mi się, całe regały sportowych rzeczy hipnotyzowały mnie — ile możliwości ruchu, jaki potencjał za tymi rzeczami się kryje! śniłam na jawie. życie jest po prostu wspaniałe. ¡el reksio!


Tengo treinta y ocho reksios:

niedziela, 01 października 2017

I oto 1 października 2006 roku […] — pisał Autor. I oto 1 października jedenaście lat później czytam te słowa ja. Wtedy i dziś niedziela. Czytam tę książkę już rok z hakiem, z rozmysłem, delektując się każdym zdaniem i akapitem.

Wczoraj, w ramach przygotowań, poszukiwałam tej książki. Tam, gdzie od roku leżała, nie ma. Tam, gdzie podejrzewałam, że może być, nie ma. Pod ziemię się zapadła, teleportowała do lepszych ludzi, po prostu jej nie ma. Włosów z głowy rwać nie miałam zamiaru. Ibuk jest? Jest. To nie ma problemu. Klik, klik, zmieniłam medium. Przeczytałam. Zamyśliłam się nad przewrotnością losu. Przepuściłam przez siebie.

A teraz czas, byśmy całym Stadem polecieli na spacer w pięknym jesiennym słońcu. Nim jutro ruszymy w rok akademicki, który przykręcił nam śrubkę i poprzeczkę znacząco podwyższył — kroi się wielka roczna przygoda.

Gdy, o ile dobrze pamiętam, doszedłem do dwudziestej siódmej niedoskonałości, zrobiło mi się niedobrze i zrezygnowałem. Oto, co wówczas pomyślałem: Jeśli tyle widocznych części mojego ciała odbiega od tego, co jest normą, kiedy zacznę roztrząsać inne swoje atrybuty – charakter, inteligencję, wytrzymałość i tym podobne – lista będzie nieskończenie długa.
     Bycie szesnastolatkiem to bardzo kłopotliwy stan. Człowiek zamartwia się drobiazgami i nie potrafi określić obiektywnie, gdzie się akurat znajduje; staje się biegły w dziwnych, bezsensownych rzemiosłach i popada w niewolę niewytłumaczalnych kompleksów. Dorastając, uczy się metodą prób i błędów dostać to, czego chce, i odrzucać to, co niepotrzebne. Gdy zaczyna się rozpoznawać własne wady i godzić z faktem niemal nieskończonej liczby niedoskonałości, najlepiej zająć się swoimi mocnymi stronami i nauczyć żyć z tym, co się ma
.

*

[…] niekiedy strata czasu jest jedynym dostępnym skrótem.

*

Nieważne, ile mam lat, póki żyję, zawsze będę odkrywał w sobie coś nowego.

*

[…] po drodze popełniłem wiele drobnych błędów. Ale robiłem, co mogłem, i czułem się z tym dobrze i przyjemnie.

*

[…] jakość tego, jak żyjemy, zależy nie od rzeczy stałych – jak wyniki, liczby czy rankingi – a kryje się i zawiera płynnie w samej czynności biegania.
     Nieważne, czy się do czegoś przyczynia, czy nie; nieważne, czy to jest cool, czy totalnie nie – w ostatecznym rozrachunku naprawdę liczy się to, co czuje się w sercu, a nie to, co widać. Chcąc doświadczyć czegoś wartościowego, trzeba czasem zrobić coś bardzo nieudolnie. Rzeczy z pozoru bezowocne mogą przynosić owoce. Tak mi się wydaje – tak się wydaje komuś, kto tego doświadczył i to poczuł
.

*

Nauka musi być konkretna, nawet jeśli jest mikroskopijna.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

piątek, 29 września 2017

gdy się cieszy, cieszy się cała, po koniuszek ogona.
gdy śpi, puszcza każdy mięsień.
gdy węszy, węszy całą sobą.
gdy wita, znikają wszystkie inne czynności świata.
jest tu i teraz. zawsze.

śpiąca Heniutka zachwyca mnie i hipnotyzuje. zawsze.

załamałam ręce wczoraj nad grafikiem zajęć.
sfrustrowała mnie ilość tego, co do zrobienia,
bo doba niezmiennie ma tylko dwadzieścia cztery godziny.

dziś na bosu między jedną a drugą serią powtórzeń
pojawiło się słowo-klucz: mikroczynności.

i zaskoczyłam, ogarnęłam, zrozumiałam.
kawałek po kawałeczku. gdy robić będę,
przypilnować potrzebuję, by robić tylko to robienie.

mikrokredyty, mikropłatności w świecie. są.
mikroczytanie jest. tu. czas na mikroczynności.
stół ogarnięty. ważny plik odnaleziony.
to dopiero początek słonia. ¡el reksio!


Tengo treinta y siete reksios:

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
| < Listopad 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...