Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok? Rozkwitać każdego dnia?

Wpisy z tagiem: literki homo oeconomicusa

poniedziałek, 13 sierpnia 2018

Konflikt izraelsko-palestyński mamy od jakiegoś czasu w ulu opanowany. Żyjemy ze sobą (szczęśliwie dość) wśród (pomimo?) zasadniczych różnic: temperaturowych (Sadownik zapina kurtkę przy –20ºC, Drzewko w wełnianych skarpetkach lata po ulu prawie cały rok), płci (mężczyzna i kobieta — to rodzi czasem wielkie konflikty!), czytelniczych (Sadownik głównie słucha książek, Drzewko obcuje z typografią).

Największą, dzielącą nas różnicą, są poglądy społeczno-ekonomiczne. Kompletnie nie wiem, jak to się stało, że mieszkam z zakutym neoliberalnym łbem, co oburza się na dodatkowe opodatkowanie zarobków powyżej miliona. Dolewam oliwy do ognia, pytając, jaki zawód daje rok w rok takie dochody i jakie za tym stoją korzyści dla całego społeczeństwa, bo chyba nie chodzi o pracę chirurga czy nauczyciela? I oboje rozpalamy się… Nie stać nas — peroruje Sadownik. A Szwecję po II Wojnie Światowej było stać? — pyta Drzewko. I płoniemy… Konsensusu na horyzoncie nie widać.

Judt stanąłby po mojej stronie — pomyślałam z przekąsem wczoraj, nim wróciłam do książki, o której poniżej.



fragment fot. źródło.

Zajmuję się ostatecznie tym, co zawsze chciałem robić — i jeszcze mi za to płacą. Większość ludzi nie ma takiego szczęścia. Praca w większości zawodów jest przeważnie uciążliwa, nie przynosi bogactwa ani nie zapewnia utrzymania. A jednak (jak nasi przodkowie z epoki wiktoriańskiej) znów uważamy bezrobocie za stan wstydliwy, coś w rodzaju skazy charakteru. Świetnie zarabiający spece są pierwsi do prawienia „księżniczkom na zasiłku” kazań o moralnej ohydzie finansowej zależności, niestosowności pobierania świadczeń z kasy publicznej oraz zaletach ciężkiej pracy. Powinni przez jakiś czas sami spróbować, jak smakuje.

*

Najlepszym miernikiem niewoli, w jakiej ideologia utrzymuje ludzi, jest ich zbiorowa niezdolność do wyobrażenia sobie innych rozwiązań. Świetnie wiemy, że ślepa wiara w nieregulowany rynek jest zabójcza. Bezwzględne stosowanie w słabych krajach rozwijających się postanowień znanych do niedawna jako „konsensus waszyngtoński”, kładących nacisk na surową politykę fiskalną, prywatyzację, niskie cła i deregulację, pozbawiło miliony ludzi środków utrzymania. Tymczasem rygorystyczne przestrzeganie „zasad handlowych” dotyczących dostępności podstawowych leków doprowadziło do znacznego skrócenia średniej długości życia w wielu regionach świata. Ale, jak głosi nieśmiertelna maksyma Margaret Thatcher, „nie ma innego wyjścia”.

Tony Judt, Pensjonat pamięci, przeł. Hanna Jankowka
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2012.
(wyróżnienie własne)

Tak, chciałabym by Sadownik przeczytał książkę Szymaniaka. Nie ma jej jednak w audiobuku, więc na razie jestem bez szans. To książka nie o szaleństwie ekonomicznym ( I, II, III), lecz o neoniewolnictwie wyhodowanym w świetle rodzimego, kreatywnie podkręconego do granic możliwości, neoliberalizmu. To książka o patriotycznym, białym, polskim niewolnictwie, o świecie, w którym żyjemy Ty i ja, w którym najprawdopodobniej mamy „dużo lepiej”, a to oznacza, że przynajmniej nie powinniśmy zamykać oczu.

Książka obowiązkowa dla tych, którzy uważają, że na ich krwawicy pasą się bezdomni, bezrobotni i kobiety, które „dzięki” 500+ „zostały” w domu, czyli wykluczani. Ja kwituję te zapędy jednym zdaniem: zamień się, skoro to takie fantastyczne życie. Ale! Nie ma żadnego „ale”, zamień się! Choćby na tydzień.

     – Przez lata wmawiano nam, że ten, co daje pracę, jest dobroczyńcą, bohaterem narodowym, a ten, co łaskawie został zatrudniony, powinien być bezkrytyczny, wdzięczny i całować po rękach swojego pana. Teraz mamy efekty. Zysk jest ważniejszy od człowieka, a przecież nie tylko firmy, ale i pracownicy płacą podatki — mówi Iwona Mandat i zamyśla się na dłuższą chwilę. — Społeczeństwo tak nauczono, że jak ktoś zarabia mało, to na pewno jest niewykształcony i to jego wina, bo się mało uczył. Mówią mu: „Każdy jest kowalem swojego losu, jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. W naszym kraju panuje przekonanie, że jak ktoś nie jest szefem firmy, to sam sobie winien, bo mógł się bardziej postarać. A życie nie jest takie czarno-białe — dodaje.

*

[…] siłą polskiej gospodarki jest jej słabość, czyli niskie koszty pracy. A na te składają się między innymi kiepskie wynagrodzenia, liczne umowy śmieciowe i brak pakietów socjalnych.

*

Z wyliczeń ekspertów Fundacji Kaleckiego wynika, że zwolnienia podatkowe w latach 1998–2013 we wszystkich specjalnych strefach ekonomicznych w Polsce wyniosły łącznie 14,6 miliarda złotych. Gdyby zaś zwolnienia podatkowe z lat 2010–2012 przeliczyć na utworzone miejsca pracy, to okazałoby się, że za jedno z nich z kieszeni podatnika zapłacono 139 tysięcy złotych.

*

Nie mamy prawa mówić. Nie mamy prawa mieć swojego zdania. Nie mamy prawa się popsuć. Mamy prawo zapierdalać — mówi Krzysztof. — Niedawno przyszedł do nas menedżer. Pochwalił nas, bo okazało się, że jesteśmy tańsi od Chińczyków i najwydajniejsi na świecie. Tylko że to się w żaden sposób nie przekłada na nasze wynagrodzenia. Na koniec powiedział, że czuje do nas respekt. Nie szacunek, ale respekt, bo tacy jesteśmy zajebiści.
     Arkadiusz uważa, że kiedy władzę w firmie przejęli Polacy, to Toyota zamieniła się w typowy polski zakład
.

*

Pan Henryk uważa, że Polacy robią zakupy tam, gdzie jest tanio, bo za mało zarabiają. Nie widzą jednak, że ich oszczędności wynikają głównie z tego, że sieci handlowe przerzuciły koszty na pracowników, dostawców i system emerytalny, a same mają się świetnie.

*

Obiecywali nam wolny rynek, równe szanse. Niewidzialna ręka wszystko wyreguluje. A potem wyszło, że ta niewidzialna ręka to pacynka sterowana przez tych, co mają pieniądz — dodaje.

*

Widzi pan, jak się tyle pracuje, to już się nie ma czasu na życie. Człowiek wraca do domu i jedyne, co chce, to spać. Ale i to nie zawsze można, bo przecież są obowiązki. A to zakupy trzeba zrobić, a to posprzątać, czasem gniazdko naprawić. Jak spać nie ma kiedy, to o książkach się nie myśli. Piramida Maslowa, panie.

*

— Myślałem, że w Polsce jest inaczej niż na Ukrainie, gdzie bogaty zawsze ma rację i wygrywa z biedniejszym, bo stać go na łapówki. Myślałem, że u was jest uczciwiej niż u nas. Myślałem, że wy macie Europę, że jesteście już Zachodem, ale wyszło, że jesteście Zachodem, ale dzikim — dodaje [Oleg].

*

Polski kapitalizm prawie każdego skrzywdził. Prekariusza, bo dał mu groszową płacę i poczucie, że jest śmieciem w oczach swojego pracodawcy, że jego praca jest nic niewarta, a na jego miejsce czeka 20 chętnych, więc jak się nie podoba, to wypierdalaj. Menedżera, bo dał mu duże pieniądze, poczucie wartości, ale zapędził w ciężką orkę, pracę non stop i poczucie, że skoro nie jesteś prekariuszem, zarabiasz 10 razy więcej niż wszyscy, to sprzedałeś duszę i musisz teraz odpracować ten cyrograf.

*

[prof. Andrzej Szahaj] Warszawa jest wielkim beneficjentem zmian i to jest paradoksalnie pewien problem dla Polski, bo polskie elity ekonomiczne, polityczne, naukowe i medialne żyją w miejscu, które odniosło wielki sukces. Z tego punktu widzenia trudno dostrzec, że nie wszędzie jest tak dobrze. Warszawa to taka bańka, przez którą trudno bez wysiłku się przebić i zobaczyć, co jest poza nią. A to często zupełnie inny świat.

Marek Szymaniak, Urobieni. Reportaże o pracy,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018.



piątek, 10 sierpnia 2018

Upolowałam wiele miesięcy temu. Dwie próby podejścia zrobiłam — odpadłam. Trzecia próbę podjęłam, bo poluję i ostrzę zęby na najnowszą książkę o polskiej pracy. Trzecia próba nie uchroniła mnie przed tym, że znów w jednym z rozdziałów odpadłam. Wróciłam. Skończyłam.

To trzecia książka o tej tematyce, która ukazała się w roku 2017 (pierwsza, druga). Ile jeszcze musi się ich ukazać, by wrócił rozum? Ile upłynie wody w Wiśle, nim zaczniemy odmieniać przez wszystkie przypadki słowo „człowiek” zamiast rzeczownika „przedsiębiorca”?

Anonimowy urzędnik: — Są specjalistami w radzeniu sobie w życiu, chwała im za to.
     Adam Mrozowicki
[socjolog z UW] aż takim optymistą nie jest.
     — Dobrze, pracują, zarabiają pieniądze. Ale twierdzenie, że to jest taka praca jak każda inna, kiedy ktoś jedzie dorywczo pracować za granicę czy zbiera runo leśne, to trochę pokazuje, jak bardzo upadliśmy, myśląc o tym, czym jest praca
.

*

Przez lata naukowcy, ekonomiści i socjologowie powtarzali, że Polacy są mało mobilni, że nie są skłonni się przeprowadzać za pracą, że nie znają języków i są słabo wykształceni. Do tego mało przedsiębiorczy, a przedsiębiorczość miała być plastrem na wszystkie rany po transformacji. […]
     Ale te mity dziś się wyczerpują.
     — No bo już wyjeżdżaliśmy, już wróciliśmy, już firmy zakładaliśmy, już się wykształciliśmy i co jeszcze mamy zrobić, żeby było normalnie? — zastanawia się Mrozowicki
. — A może normalnie już było i nie będzie?

*

Gdyby zwolnienia lekarskie liczyć w dniach — a ZUS tak je właśnie zlicza — w 2016 roku mężczyźni wykorzystali cztery miliony dni zwolnień L4 na korzonki.
     Kobiety trochę mniej, ponad trzy miliony. Za to zwolnienia z powodu opieki położniczej to ponad dwadzieścia milionów dni
.

*

Czytałam o tym w gazetach i na biznesowych portalach:
     w Polsce spada bezrobocie,
     w Polsce nie ma bezrobocia,
     w Polsce bezrobocie jest najniższe od dwudziestu pięciu lat.
     Niektórzy dodawali, że praca leży na ulicy i że nie pracuje tylko ten, kto nie chce.
     Tylko że te słowa nic nie znaczą
.

*

Bezrobocia nie ma.
     Nie ma więc miliona trzystu osób, które są zarejestrowane w urzędach pracy.
     Nie ma również ponad dwóch milionów osób, które wyjechały z Polski i pracują w którymś z krajów Unii Europejskiej. To ostrożne szacunki, bo GUS wlicza do swoich statystyk tylko tych, którzy wyjechali na dłużej niż trzy miesiące.
     Mniej więcej tyle samo, ile osób bezrobotnych, jest pracowników, których wynagrodzenie nie przekracza najniższej krajowej: milion trzysta osób, czyli trzynaście procent wszystkich zatrudnionych, dostaje pensję minimalną. Milion trzysta to chyba jakaś stała wartość na polskim rynku pracy, bo dokładnie tyle samo jest osób, z którymi w 2015 roku podpisano umowę o dzieło albo zlecenie i które jednocześnie nie były zatrudnione nigdzie indziej
.

*

Pracodawcy od jakichś dwóch–trzech lat coraz głośniej powtarzają, że nie mogą znaleźć rąk do pracy. To ich zdaniem świadczy o tym, że jest rynek pracownika.
     […]
     — Tu, w Wielkopolsce, jest rynek pracownika — usłyszałam w fabryce Amiki we Wronkach.
     — A ile płacicie?
     — Minimalną
.

*

Według prognoz emerytury wypłacane z ZUS będą coraz niższe. To jest problem. O tym się mówi, o tym się pisze. Za to mało kto zadaje pytanie, w jakim stopniu uśmieciowienie umów przełoży się kiedyś na zdrowie ludzi, którzy mają dziś lat dwadzieścia czy trzydzieści.

*

Praca widziana okiem fotografów wstawiających stockowe zdjęcia ilustracyjne to dużo śmiechu, dużo kawy i ładni ludzie w marynarkach dobranych pod kolor biurka.

*

Kiedy się szuka synonimu dla słowa „praca”, internetowe słowniki podpowiadają: aktywność, babranina, harówa, chleb, dłubanina, dorobek, działalność, dzieło życia, harówka, katorga, kierat, krwawica, krzątanina, orka, papranina, partanina, produkcja, radosna twórczość, mitręga, trud, znój, wysiłek, zachód, obciążenie, obowiązek, służba, rola, zadanie, zaangażowanie, cel, misja.
     Słowo „pracować” też ma swoje synonimy: chałturzyć, chodzić jak koń w kieracie, harować jak dziki osioł, harować jak koń, jak wół, jak cała trzoda, krzątać się, mozolić, orać, robić, ryć, ślęczeć, trudnić się, zachrzaniać, zapieprzać.
     Zwyczajne „mieć pracę” również się pojawia, ale określeń nacechowanych negatywnie jest więcej
.

Olga Gitkiewicz, Nie hańbi,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2017.


środa, 06 czerwca 2018

Jeśli chcemy wziąć się za łby, mamy kilka ulubionych planszy: konflikt izraelsko-palestyński; podatki: przywilej czy kara?; jednostka, wspólnota i ich dobro; dochód podstawowy.

Rozgrywki od lat kończą się zawsze tak samo — wybieramy się ochoczo na rekonesans mentalny do drugiego obozu, ale finalne oboje zostajemy przy swoim zdaniu z kiepsko ukrywanym poczuciem wyższości. I już. I koniec. I kropka. Gem. Set. Mecz.

Dziś rano Sadownik zapytał mnie, czy widziałam, co mi przysłał. Zobaczyłam. Pamiętaj,  T O  ja ci przysłałem, dodał. Pamiętam i chylę czoła.

Prawdziwy postęp zaczyna się od tego, czego nie może dać sama wiedza ekonomiczna, czyli od mądrości mówiącej nam, co znaczy żyć dobrze.

Rutger Bregman, Utopia dla realistów. Recepta na idealny świat,
przeł. Sławomir Paruszewski, Czarna Owca, Warszawa 2018.

wtorek, 05 czerwca 2018

Nabyłam tę książkę przez „przypadek” — książki wydawnictwa były w ogromnej promocji. Ta pozycja rozpoczyna stosik zakupionych wtedy ibuków. Od wczoraj czekam na partię polityczną, która tę książkę przeczyta ze zrozumieniem.

[…] utopie zawsze mówią więcej o czasach, w których zostały wymyślone, niż o samej przyszłości. Utopijna Kraina Obfitości mówi nam wszystko o życiu w średniowieczu. Było ono nędzne. Prawie zawsze i prawie wszędzie. […]
     Proste pragnienia rodzą proste utopie. Jeśli jesteś głodny, marzysz o wystawnej uczcie. Gdy jest ci zimno, pragniesz ogrzać się przy ognisku, a gdy zaczyna ci doskwierać coraz więcej dolegliwości, marzysz, aby być wiecznie młodym. Te wszystkie pragnienia miały kiedyś swoje odzwierciedlenie w utopiach, które zostały wymyślone, gdy życie było ciężkie, brutalne i krótkie
.

*

W rzeczywistości ludzie powinni wrócić do szkół
i przemyśleć ponownie to, o czym marzyli,
zanim pojawił się ktoś,
kto kazał im zarabiać na życie
.

Richard Buckminster Fuller (1895–1983)

*

Istnieje jednak zasadnicza różnica pomiędzy ludźmi, którzy mają bardzo dużo zajęć, a tymi żyjącymi w ubóstwie: od ubóstwa nie można sobie zrobić przerwy.

*

[…] ubóstwo nie jest brakiem charakteru, lecz brakiem pieniędzy.

*

[George Orwell t]wierdzi, że sednem ubóstwa jest to, że „unicestwia przyszłość”. Pozostaje jedynie trwanie tu i teraz. Dziwi się również, że „jeśli czyjeś dochody spadną poniżej pewnego minimum, inni uznają, iż mają prawo wygłaszać doń kazania i odprawiać mu modły nad głową”.

*

Choroby psychiczne, otyłość, zanieczyszczenie środowiska, przestępczość — im tego więcej, tym lepiej dla PKB. To właśnie kraj z największym na świecie PKB per capita, czyli Stany Zjednoczone, jest jednocześnie liderem, jeśli chodzi o problemy społeczne.
     Jak mówi pisarz Jonathan Rowe: „Dla PKB najgorsze są w tym kraju rodziny, które w istocie funkcjonują jak na rodzinę przystało — same gotują sobie obiady, później idą razem na spacer i ze sobą rozmawiają, a nie hodują dzieci w taki sposób, aby dawały sobie radę w świecie zdominowanym przez kulturę masową
”.

*

Gdy jest się opętanym wydajnością i produktywnością, trudno dostrzec prawdziwą wartość nauczania i opieki zdrowotnej. Właśnie dlatego tak wielu polityków i podatników zwraca uwagę jedynie na koszty. Nie rozumieją, że im państwo bogatsze, tym więcej pieniędzy powinno wydawać na nauczycieli i lekarzy. Wzrost takich wydatków traktuje się nie jako błogosławieństwo, lecz jako chorobę.
     Jeśli jednak wolimy zarządzać szkołami i szpitalami w taki sposób, jakby to były fabryki, możemy być pewni, że koszty opieki zdrowotnej i nauczania będą stale rosły
. […] Patrzenie jedynie na cenę łączy się z ignorowaniem dużej części kosztów. Pewien brytyjski think tank obliczył, że każdy funt zarobiony przez szefa firmy reklamowej generuje stratę 7 funtów w postaci stresu, nadmiernej konsumpcji, zanieczyszczenia środowiska oraz długów. Z drugiej strony każdy funt przeznaczony na zbieranie śmieci stanowi ekwiwalent 12 funtów wydanych na ochronę zdrowia i zrównoważony rozwój.

*

Po drugiej wojnie światowej Kuznets [twórca miernika PKB] był coraz bardziej zaniepokojony potworem, którego stworzył. W 1962 roku napisał: „Musimy pamiętać o różnicach pomiędzy ilością i jakością wzrostu, kosztami i zyskami oraz perspektywą krótko- i długoterminową. Założenia związane z większym wzrostem powinny określać, czego będzie dotyczył wzrost i w jakim celu ma on następować”.
     Teraz musimy ponownie pochylić się nad odwiecznymi kwestiami: czym są wzrost i postęp? A nawet nad jeszcze bardziej fundamentalnym pytaniem: co tak naprawdę nadaje życiu sens
?

*

To nie przypadek, że kraje o najkrótszym tygodniu pracy mają również największą liczbę wolontariuszy i najwyższy poziom kapitału społecznego.

*

[…] jak sądzisz, czego ci potrzeba?

*

Impet temu nagłemu zainteresowaniu [bezwarunkowym dochodem podstawowym] dało referendum przeprowadzone w Szwajcarii 5 czerwca 2016 roku. Jeszcze 5 lat temu prawdopodobnie jedynie kilkuset Szwajcarów miało pojęcie, czym jest bezwarunkowy dochód podstawowy, dzisiaj sytuacja jest zupełnie inna. Propozycja jego wprowadzenia została oczywiście odrzucona znaczną większością głosów mieszkańców tego kraju. Należy jednak pamiętać, że nie tak dawno, w 1959 roku, Szwajcarzy nie zgodzili się na inne dziwaczne, utopijne rozwiązanie, czyli prawo wyborcze dla kobiet. Ale już w drugim referendum, które odbyło się w 1971 roku, większość głosujących mężczyzn było za.
     Uważam, że szwajcarskie referendum nie kończy dyskusji, ale ją rozpoczyna
.

*

Zrozumienie, że mój tak zwany brak realizmu ma niewiele wspólnego z prawdziwymi błędami w moim rozumowaniu, zajęło mi trochę czasu. Nazwanie moich idei „nierealistycznymi” było uproszczonym stwierdzeniem,, że nie pasują one do status quo. A najlepszym sposobem na uciszenie ludzi jest sprawienie, że czują się głupio. To metoda skuteczniejsza nawet od cenzury, ponieważ niemal zawsze gwarantuje trzymanie języka za zębami.

*

Bądźmy realistami, domagajmy się niemożliwego!brzmiało zawołanie demonstrujących w 1968 roku w Paryżu. Koniec niewolnictwa, równouprawnienie kobiet, rozwój państwa opiekuńczego — wszystkie te postępowe idee, traktowanie z początku jako szalone i „nieracjonalne”, zostały ostatecznie uznane za całkiem rozsądne.

*

W XXI wieku prawdziwą elitą nie są ci, którzy urodzili się w odpowiedniej rodzinie czy klasie społecznej, lecz ci urodzeni we właściwym kraju. Ta współczesna elita jest jednak niewystarczająco świadoma szczęścia, jakie ją spotkało.

Rutger Bregman, Utopia dla realistów. Recepta na idealny świat,
przeł. Sławomir Paruszewski, Czarna Owca, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


poniedziałek, 04 czerwca 2018

To nie jest najważniejsza książka roku 2018 — to najważniejsza książka dekady lub ćwierćwiecza. Obowiązkowa, arcyważna, rozprawiająca się z mitami, przez które boimy się bardziej, przez które czujemy się pozostawieni samym sobie, które ograbiają nas z człowieczeństwa.

Ten cytat jest dla mnie najważniejszy.
Nie pozwólmy nikomu zamknąć nam serc i umysłów.

Większość ludzi naprawdę ma serce na właściwym miejscu.
     […] Nie pozwólcie nikomu wmawiać wam, co jest czym. Jeśli chcemy zmienić świat, musimy być nierealistyczni, nieracjonalni i nieznośni. Pamiętajcie, że ludzi domagających się zniesienia niewolnictwa, praw wyborczych dla kobiet oraz małżeństw osób tej samej płci również nazywano szaleńcami. Do czasu kiedy historia dowiodła, że mieli rację.

Rutger Bregman, Utopia dla realistów. Recepta na idealny świat,
przeł. Sławomir Paruszewski, Czarna Owca, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

sobota, 26 maja 2018

W tej książce więcej pracy niż życia, więcej życia niż umierania, więcej o pacjentach niż lekarzach, więcej o lojalności niż gonitwie za kasą. Bardzo dużo, zbyt dużo, o chorym systemie, który umiera na moich, twoich, naszych oczach, który wykituje, wystarczy tylko poczekać jeszcze kilka lat, aż te dinozaury harujące po 300–400 godzin w miesiącu odejdą… I system po prostu pierdolnie z hukiem.

Jest taka historia, która wydarzyła się zaraz po wojnie. Jakiś sekretarz partii powiedział: „Brakuje doktorów? To nie płaćcie doktorom dużo, to będą zapierdalać na czterech etatach i w ten sposób będziemy mieli sprawę załatwioną”.
     I to działa do dzisiaj. Proszę posłuchać, co mówi władza: „Lekarze chcą zabijać pacjentów!”. Jak to? „Bo protestują!” A czego się domagają? Żeby pracować zgodnie z Kodeksem pracy. Po osiem godzin dziennie, a nie po szesnaście. Czyli ktoś, kto chce przychodzić do pracy wypoczęty, ustrzegać się błędów, być miły, mieć czas dla pacjenta, według władzy „chce zabijać
”.

*

Wie pan, na tym polega paradoks systemu. Kierowca tira może jechać siedem godzin. Potem ma przymusową przerwę. Inaczej mógłby być groźny dla innych uczestników ruchu. Takie ograniczenie nie dotyczy ani lekarza, ani ratownika medycznego. Oni mogą pracować na okrągło.

*

Szacuje się, że w Polsce brakuje połowy lekarzy, by obsadzić wszystkie etaty i dyżury z poszanowaniem prawa pracy narzuconym przez UE — lekarz nie powinien pracować więcej niż czterdzieści osiem godzin w tygodniu.

*

Nie ma miejsca, czasu, łóżek, rąk do pracy. System ma swoje algorytmy, procedury, opłaty. Ból, strach, niecierpliwość, zmęczenie nie zostały przewidziane przez ustawodawcę.

*

     — Już jeden redaktor mnie pytał, czy rzucę dodatkowe zajęcia, jak będą podwyżki.
     — Rzuci pani?
     — W swoich rachunkach zapomina pan o lojalności.
     Lojalność znaczy tyle, że jak Anna nie weźmie dyżuru, to będzie musiał go wziąć jakiś zmęczony kolega albo jakaś koleżanka. A jak nie znajdzie się już absolutnie nikt, to pacjenci zostaną bez lekarza
.

*

Za granicą potrzebują lekarzy. W związku z tym trudno się dziwić, że wyjeżdżają i to nie tylko lekarze, ale również ratownicy medyczni, pielęgniarki. To jest naprawdę exodus. Wyjeżdżają, bo chcą żyć.

*

Najbardziej wkurzają mnie motocykliści. Rozpierdalają się, a ja ich muszę zbierać. I zawsze wiem, jakie pierwsze pytanie usłyszę: „Co z motorem?”.

*

Przyszła pani o godzinie 15.00 i siedzi. Aha, po dwóch godzinach jest pierwsza! Bo tamci, co przed nią, zostali już przyjęci. W tym momencie wjeżdża karetka z chorym w stanie ciężkim. A ona staje w drzwiach i mówi: „Ale ja byłam przed nim”. Niebywałe, ale przecież to są notoryczne zachowania: „On był drugi, on był za mną!”. To ja pytam: „Chce się pani zamienić? Naprawdę, chce być pani w takim stanie?”.

*

Wie pan, co to jest bomiś? Takie co mówi: „Bo mi się należy”. Bomisie są wszędzie. Ludziom się wydaje tak: „Wy od tego jesteście, ja na to płacę składki”.
     Wchodzi pan i pani na SOR, kobieta ubrana high level i mówi:
     — Ja jestem prokuratorem, a to jest mój ojciec.
     Więc pytam ją grzecznie: — A czy tacie oprócz tego coś dolega?
     Czego wymagać od ludzi, powiedzmy, na jakimś przeciętnym poziomie, skoro człowiek z wyższym wykształceniem, który reprezentuje podobno inteligencję, jest w stanie się tak zachować? Jeżeli ktoś, kto ma pozycję społeczną, zachowuje się w ten sposób, to znaczy, że istnieje społeczne przyzwolenie na poniewieranie nami. Po prostu
.

*

     — Panie doktorze, pan patrzy na tego tu. Ten to sobie coś w dupę wsadził.
     — Niemożliwe!
     — Bankowo! Żona wyjechała, oglądał jakiegoś zboczonego pornola i sobie wsadził, a teraz nie może wyciągnąć.
     — No, niemożliwe!
     — Zaraz pan zobaczy: Proszę pana, proszę pana! Pan tu pozwoli, do gabinetu.
     Gość wchodzi, a sanitariusz do niego prosto z mostu:
     — Co pan sobie w dupę wsadził?
     Gość czerwony, duka, ale w końcu mówi: — No, żona wyjechała i oglądałem taki film…
     — Dobra, dobra. Co se pan wsadził?
     — No, marchewkę.
     I wtedy sanitariusz mówi do mnie tak: — To nie ma co teraz wyciągać, panie doktorze, bo się pan umęczy. Poczekamy do wiosny, natka się pojawi i pójdzie łatwiej
.

*

Medycyna, zanim stanie się sztuką, najpierw jest rzemiosłem, trzeba sobie znaleźć mistrza, do którego człowiek się przyczepi i będzie się przy nim uczył.

*

Ludzie, którzy decydują się na medycynę ratunkową, to są często osoby o bardzo fajnym charakterze, o vtakim zacietrzewieniu poszukiwawczym, zacięciu do podejmowania wyzwań. Powiem tak: czadowa specjalizacja. Wiąże się ona z chaosem, ale chaos tak naprawdę nie jest czymś, co my wytwarzamy, tylko tym, co do nas trafia. A my mamy to uporządkować.

*

Fachowo ten gatunek dziennikarski nazywa się reportażem wcieleniowym. Ma długie tradycje. W Polsce kiedyś Janusz Rolicki zatrudniał się na budowach, w Niemczech Günter Wallraff był alkoholikiem i gastarbeiterem. John Howard Griffin, by w 1959 roku […] zmienił farmakologicznie kolor skóry i ruszył w podróż przez Amerykę.
     Dla mnie to było reporterskie wyzwanie. Ale koledzy z zespołu ratowniczego ryzykowali bardzo dużo. Gdyby ktoś się dowiedział, że byłem z nimi, straciliby robotę. Dziękuję im za zaufanie, za odwagę i za to, że nie udawali
.

Paweł Reszka, Mali bogowie 2. Jak umierają Polacy,
Czerwone i Czarne, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


czwartek, 17 maja 2018

Gdy czytałam o tym Autorze w 21 grzechach, przyjęłam do wiadomości, że jest to jedna z perspektyw, w jakie można czytać jego książki — ja ich tak nie czytam. Gdy po górskiej publikacji książki słyszałam głosy wściekłych na tę książkę, ja tej wściekłości nie rozumiałam. Ale udało się Autorowi mnie nie zjadowić, wkurzyć, zdenerwować, ale wkurwić na maksa w tej książce — udało się nawet dwa razy.

Książka premierowała w zeszłą środę, ale dzięki Białemu Krukowi, zaczęliśmy ją podczytywać już w poniedziałek. Odkładałam, wracałam, odkładałam, czytałam inne, wracałam. Skończyłam trzy dni temu, ale musiałam odparować, by na jej temat się zająknąć.

A wkurw mnie złapał, bo… nawet jeśli wszyscy faceci na świecie mieliby fantazję o… — sprawdziłam, nie wszyscy mają (wystarczyło znaleźć jednego i ja go znalazłam) — to nie jest to wystarczający powód, by o tym pisać i manipulacyjnie przechodzić do porządku dziennego nad tym, że skoro wszyscy, to czemu nie. Bo, Panie Hugo-Bader, z pisaniem o tym w ten sposób jest dokładnie tak samo jak z selekcją przed klubami — to tylko wstęp, preludium i Pan, skądinąd mądry i inteligentny facet, powinien to wiedzieć — nawtykałam Autorowi w myślach.

A drugi raz szarpnęła mną megalomania Autora, że niby: A zobacz, ile już siedzisz nad tą książką? Z półtora tygodnia jak nic, skoro jesteś w tym miejscu. Mógłbyś oczywiście szybciej, ale jak wiemy, nie nawykłeś do czytania, to nie idzie ci wartko. Nie sądzę, by ci, którym książka ta do tego miejsca, zajęłaby półtora tygodnia, w ogóle po nią sięgną. Dzięki tym kilku akapitom zrozumiałam złość tych z tej innej książki. Znów, rozumiem, że Pan tak myśli, a nawet wie, ale paru ludzi jednak Pan nieźle obraził — poinformowałam Autora w myślach.

Te dwa wybryki, bo ja myślę, że jednak to nieprzemyślane literkowe hopsasy, gdyby to była pierwsza czytana przeze mnie książka tego Autora, sprawiłyby, że nie doczytałabym jej do końca i po żadną inną bym nie sięgnęła.

Ale to nie pierwsza książka Autora, którą przeczytałam. Nawet nie druga czy piąta, a osobisty, współczesny tryptyk polski [… ] zapis naszych wielkich przemian, bezkrwawej rewolucji widzianej oczami wałęsającego się psa — a w zasadzie jego pierwsza część, czyli ta książka — nie jest zła, jest trochę polską wersją Białej gorączki (ul ma autograf). Mając to z tyłu głowy, lektura nie jest łatwa, ale na pewno nie na więcej niż pięć podróży do i z pracy.

Aktualizacja. Autor wspomina, że [w] połowie tego wieku będziemy w piątce najstarszych społeczeństw w Europie, ale to prognoza i przyszłość, a my już dziś, od dwóch dni to wiadomo, jesteśmy wicemistrzem Europy w… homofobii — pokonała nas tylko Łotwa — komu pogratulować, że przez ćwierć wieku nic lepiej?

[…] zobaczył zwyczajną walkę o byt, uliczne wydanie wolnej konkurencji, a jedynym objawem klasowej segregacji okazała się selekcja przed nocnymi klubami. Tego Charlie najbardziej nienawidzi i jakby mógł, skopałby dupę łobuzom od tych klubów, bo (tak myśli swoim małym rozumkiem) – zaczyna się od selekcji na ulicy, w lokalu, a kończy na rampie kolejowej.

*

Takie kluby to rezerwaty dla ludzi, którzy czerpią zadowolenie z tego, że przeszli selekcję. Czują się lepsi od tych, którym się to nie udało. Najobrzydliwszy sposób wykorzystania wolności. Tak myśli Charlie.

*

     — I to dobro się kręci — mówi Wiesiek „Dziki” Kaniowski. — Pomagam, bo kiedyś tak samo to dobro przyszło do mnie. Ale piekło widziałem całkiem z bliska.

*

W każdym człowieku jest coś dobrego, tyle że oni piją z beznadziei. Zalewają straszliwą boleść swojej duszy. Wielkie serca. I wielka boleść. Bo gdy ktoś na bocznej ścianie ósemki czarną farbą namalował ogromny, staranny napis: TĘSKNIĘ ZA TOBĄ, ŻYDZIE, ktoś inny na niebiesko przemalował głoskę „DZ” na „C”, ale na tyle przyjaźnie, żeby oba rozpaczliwe przekazy były czytelne.

*

Długoterminowy więzień, który wychodzi na wolność, jest jak koń, który całą zimę przestoi w stajni: bezgranicznie wszystkim zdziwiony, niepewny i lękliwy – piszę przed dwudziestoma czterema laty.
     […]
     Przez lata przywykli, że ściany są dwa metry od siebie. Latami funkcjonowali od dzwonka do dzwonka, wszystko podawane było na czas, nie musieli podejmować decyzji, ani gdzie pójdą, ani co zjedzą, a nawet jak się ubiorą. Latami nie ponosili żadnej odpowiedzialności, o nic się nie martwili, zakład karny kupował im okulary, leczył zęby, a nawet wstawiał protezy. Latami traktowani byli jak dzieci. Kiedy zaspali i nie wyszli na apel, stawiani byli przed naczelnikiem, który beształ ich jak małolatów. Wyrzuceni na wolność – pozbawieni rusztowania, na którym zawieszony był ich świat, pozbawieni regulaminu, harmonogramu dnia, godziny spacerów i posiłków — doznają szoku. Są więc przerażeni.

*

[…] dokąd jadę w kwietniu 2007 roku, bo gdzieś usłyszałem, że w tym kryminale biją wszelkie krajowe rekordy w liczbie czytanych książek.
     […]
     — […] Trzeba się bardzo skupić, żeby z danej książki coś wynieść.
     — Zawsze pan dużo czytał? – pytam.
     — Nie. Tylko w kryminale, bo trzeba mieć pomysł na odsiadkę, a bynajmniej na taki duży wyrok jak mój. Weź se tam obier jakieś życie swoje, zawsze mówię młodym, i się tego trzymaj. Ucz się języka, jakiegoś zawodu, pracuj, zajmij czymś ręce, nawróć się, czytaj

*

Wyuczona bezradność to utrwalone przekonanie, że nie ma związku między własnym działaniem a jego konsekwencjami. Termin został wprowadzony do psychologii przez Martina Seligmana w 1972 roku.
     […] Według Seligmana pies, który nauczył się bierności, potrzebuje aż około dwustu doświadczeń zwanych pozytywnymi wzmocnieniami, żeby odkryć, że aktywność może przynieść ulgę czy korzyści.

*

     — Skąd wiesz, że szukałem?
     — Przez czipa. W głowie.
     — Masz zamontowanego?
     — Ty też. Tylko tego nie wiesz
.

*

     — […] Masz coś słodkiego?
     — Nie, ale jak będę szedł po kawę, to kupię czekoladę.
     — Dwa pączki zamiast czekolady. Lubię słodkie. Nałogowo. A więc dwa, tylko dwa. A to znaczy, że nie jeden i nie trzy, tylko dwa pączki. Żadne tam babeczki, eklerki, wuzetki, bajaderki ze zmiotków, tylko pączki. I koniecznie dwa. Bo jeden to małowato, a z trzema to już problem z nadmiarem, tego trzeciego trzeba zagospodarować, zmagazynować. Albo zainwestować, bo to już jest towar nadliczbowy, produkt, majątek... Kapitał! (Straszne słowo dla rewolucjonisty). A jeszcze musisz się z nim mordować, jakoś go schować, ukryć, ulokować i pilnować, bo zajebią jak kawę. Albo dać. Tylko komu? Złodziejowi? Same, kurwa, kłopoty. No to pączki mają być dwa
!

*

— Chce mieć słomę na sieczkę, bo ma konia.
     — Niech się pan z nim dogada, że do końca życia będzie mu pan dawał tę sieczkę.
     — Odpada. – Gospodarz z rezygnacją macha ręką. — To musi być sieczka z żytniej słomy ściętej kosiarką, a nie kombajnem.
     — A dlaczego nie kombajnem? — Ciągle zadawałem pytania, po których panu Staszkowi opadały ręce.
     — Bo koń się brzydzi. Spod kosiarki słoma jest prosta, ładna, równa, a z kombajnu pomięta.
     — Niemożliwe. Robi mnie pan w konia!
     — Wcale nie. Konie są bardzo wybredne
.

*

Kolejny przedmiot wyrzucam, rozstaję się z kolejną rzeczą,
Mnie takie rzeczy leczą, że rzeczy oknem lecą,
A ściany pustką świecą.
Mniej mam i mniemam, że nie mam ja mienia.
Mnie nie omamia mania mania,
Bo me imię nie tanie mienienie się mianem,
Ja manię mam na nie, a me imię — Niemanie
.
// Paweł Czekalski

*

Przebranie nędzarza daje niesamowite uczucie wolności. Wyzwala od starej tożsamości, pozwala przestać wstydzić się w imieniu tego, kim byłeś poprzednio. Kłopot sprawia tylko wyjście w łachmanach z domu, ale kiedy się od niego oddalisz, bez oporów zrobić możesz niemal wszystko, nie zastanawiając się, co o tobie pomyślą. Możesz śmiać się i zagadać do każdego, wyciąć hołubca na ulicy. Możesz posiedzieć, gdzie tylko zechcesz, choćby pod warszawską palmą albo wysoko na cokole obok Kopernika, z pięknym widokiem na Krakowskie Przedmieście. Możesz wysikać się na skwerku obok hotelu Bristol i opatulony w kołdrę w środku dnia usnąć na nieskalanym ludzką stopą trawniku pod pomnikiem Mickiewicza.

*

[…] trzeba umieć rozkwitać tam, gdzie nas Pan Bóg zasadzi […].

Jacek Hugo-Bader, Audyt,
Wydawnictwo Agora/Wydawnictwo Czarne, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)

sobota, 05 maja 2018

Polowałam. Upolowałam. I chapnęłam. I były łzy przez szczery rechot z rzeczy, które nie do śmiechu wcale. Ta książka wraz z książkami (w kolejności chronologicznej drzewnego czytania) prof. Snydera (I, II, III) i dr. hab. Macieja Gduli (tu) to według mnie obowiązkowa trylogia na ten czas.

Uderz w stół, a nożyce… Do pracy nad sobą biorę mistrzowski rozdział o autorasizmie — dał mi do myślenia i czucia — bo autorasizm niezdiagnozowany do dziś miałam od pokoleń.

Polskość, bycie Polakiem to nie jest kategoria genetyczna czy rasowa, ale pewien wyuczony modus operandi, pewien zespół praktyk, sposobów życia. A to daje nutę optymizmu: bo skoro to jest wyuczone, to można się tego oduczyć.

*

[…] nie ma i nigdy nie było żadnego twardego jądra polskości. Jest tylko niezmordowana, codzienna praktyka robienia i myślenia rzeczy, którą to praktyką sami siebie kształtujemy. To od niej wszystko zależy, jej zawdzięczamy wszystko, co nam się udaje, ona jest winna wszystkiemu, co nam się nie udaje.

*

[…] samo nazwanie problemu jest już pierwszym krokiem do jego rozwiązania. […] Granice naszego języka są granicami naszego świata, a praktyka uczy, że bardzo trudno jest poradzić sobie z czymś, co nie ma nazwy. Jeśli brakuje nam słów i pojęć, to możemy męczyć się z czymś przez pokolenia, nie rozumiejąc, na czym w ogóle polega problem.

*

Wszystkim nam niezwykle trudno przychodzi zrozumienie, że inni ludzie naprawdę widzą świat inaczej. […] Nikt się nie kwapi, żeby spróbować przyjąć punkt widzenia drugiej strony, więcej, nikt się nawet nie kwapi, żeby przyznać, że on w ogóle istnieje.

*

Banałem jest już obserwacja, że po polsku „idziemy na kompromis”, czyli wycofujemy się, rezygnujemy, poddajemy, podczas gdy w krajach anglofońskich we reach a compromise — kompromis osiągamy, zdobywamy, wypracowujemy. U nas kompromis jest czymś negatywnym, jest porażką i niespełnieniem, a dla Amerykanina jest on z gruntu pozytywny, jest konstruktywnym porozumieniem stron.

*

Trudno nam się pogodzić z tym, że będziemy tylko na tyle dobrzy, na ile sobie do tego stworzymy warunki.

*

Niełatwo jej [Rzeczypospolitej Polskiej] zrozumieć, że koszty bezgotówkowe też są kosztami. […] Nie potrafi przeliczyć pośpiechu i nerwówki na pieniądze, a w szczególności nie umie zrozumieć, że czas na cywilizowane przygotowanie się jest takim samym towarem jak wszystko inne — towarem, który można, a czasami po prostu trzeba sobie kupić.

*

[…] równość wobec prawa jest w Polsce fikcją. Bogatym i bardziej uprzywilejowanym wolno więcej, a biednym mniej. Tych pierwszych chroni prawo, a zwyczaj mówi, że tych drugich nie chroni nic.

*

Nie umiemy walczyć naprawdę wspólnie, czyli różnymi głosami domagać się tego samego. […] Pluralizm różnych głosów mówiących o tym samym jest dla nas trudnym do przyjęcia absurdem.

*

Uważamy, że obywatele Polski są ludźmi gorszymi, mniej wartościowymi i zasługującymi na mniej niż obywatele państw zachodnich. Autorasizm to nasza skłonność do samoponiżenia, nielubienia siebie samych, niechęci do tego, kim jesteśmy i co robimy.
     […] Niby rozumiemy, że w dzisiejszym wielobiegunowym świecie każdy jest „skądś” i każdy jest „jakiś”, ale nie umiemy odnieść tego do samych siebie. Dajemy innym społeczeństwom prawo do bycia sobą, ale sobie samym — nie. […] Nie umiemy zaakceptować swojej odrębności i specyfiki, nie wiemy, jak polubić samych siebie. Wydaje się nam, że ktoś od nas stale oczekuje, że przestaniemy być sobą. Mamy poczucie, że naszym obowiązkiem — wobec innych społeczeństw i wobec świata — jest zanegować samych siebie.

*

Autorasizm, jak każdy rasizm, zaczyna się od umniejszania, a przechodzi do odczłowieczania. […] Bezproblemowo i samorzutnie sami siebie uznajemy za obcy gatunek.

Piotr Stankiewicz, 21 polskich grzechów głównych,
Wydawnictwo Bellona, Warszawa 2018.
(wyróżnienie własne)


piątek, 13 kwietnia 2018

Polowałam długo. Upolowałam. Naprawianie cyberświata trzeba zacząć od takich drobnych gestów — kupiłam, bo książki to u mnie artykuł pierwszej potrzeby. Przeczytałam w ekspresowym tempie.  I gdy po raz tysięczno-milionowy ktoś z moim znajomych powie: „przesadzasz”, „taki jest ten świat”, „nie można być cyfrowym neandertalczykiem”, nie będę nawet próbować przymierzać się do bycia wariatką z tego powodu — każdy inny chętnie rozważę, ale nie ten.

Ta książka, uwzględniając czasy, w których żyjemy, jest stara, ale nie przeterminowana. Dziś na pewno jest gorzej i raczej należałoby jeszcze bardziej się bać. Mało to konstruktywne. Lepiej przemyśleć i dokonać choć małych, niby nic nieznaczących zmian.

Czytam, nie wierzę, ale wiem, że muszę szukać nowego miejsca:

Dotychczas reklamy były wyświetlane na blogach nieaktywnych, czyli takich, na których w ciągu 30 dni nie powstała nowa notka.
     Koszty utrzymania platformy Blox.pl wzrosły i wprowadziliśmy zmianę — nieinwazyjne reklamy są wyświetlane na wszystkich blogach. Robimy to, żeby nasze usługi były dla Was nadal darmowe
.
(źródło)

Powyższe niebieskie słowa to świetna, bardzo na czasie, ilustracja, że książkę tę warto mieć na koncie przeczytanych. To fantastyczny przykład, że łaska zawsze może być cofnięta — Autor napisał te słowa prawie pięć lat temu, czyli cyfrową wieczność temu, a one jakby nieśmiertelne.

Nawet mieszkańcy NRD nie byli inwigilowani przez Stasi tak skutecznie, jak my jesteśmy codziennie inwigilowani przez sektor prywatny i publiczny. Nigdy w historii ludzkości nie pojawiła się sytuacja, w której wolność słowa, tajemnica korespondencji czy przepływy pieniędzy zależały od kilku korporacji, których działalność nie podlegała regulacji. W historii Europy, dodajmy, nigdy nie zdarzyła się taka zależność od korporacji z innego kontynentu.

*

Od lat media i organizacje, takie jak Helsińska Fundacja Praw Człowieka czy Fundacja Panoptykon, próbują się dowiedzieć, jak przebiega elektroniczna inwigilacja w naszym kraju. Do opisania rezultatów najbardziej pasuje włoskie powiedzonko „il muro di gomma”, jakim nad Tybrem określa się liczne śledztwa w sprawach, w które uwikłani są ludzie z wyższych sfer, specsłużby, wojsko, Kościół, mafia albo dowolne połączenie powyższych.

*

Internet miał wzmocnić szarego obywatela w konflikcie z państwem — przyniósł narzędzia kontroli i inwigilacji, o jakich totalitaryzmy mogły tylko pomarzyć. Miał przynieść dekoncentrację gospodarki, przyniósł takich monopolistów, że z nostalgią się wspomina poczciwinę Microsoft. Miał przynieść wolność słowa — przyniósł najskuteczniejsze techniki cenzorskie w historii kontroli publikacji i widowisk. Miał integrować nas w globalną wioskę, zamyka nas w bąbelkach jak w grodzonych osiedlach.

*

Żart rysunkowy z „New Yorkera” sprzed dwudziestu lat: „W internecie nikt nie wie, że jesteś psem”, jest rozpaczliwie nieaktualny. Gdy Peter Steiner go rysował w 1993 roku, tak rzeczywiście mogło być. […] W 1995 roku Al Gore skomercjalizował internet, a ta nowa, korporacyjna sieć, która się z tego wyłoniła, już wie nie tylko, że „jesteś psem”, ale także jakiej rasy, o jakiej diecie, czy na bieżąco ze szczepieniami oraz w jakich godzinach wyprowadzanym na spacer i dokąd (za sprawą gadżetu inwigilacyjnego w kieszeni twojego pana).

*

Co jest bardziej drastyczne: kobieta, której obcinają głowę, czy kobieta, która karmi dziecko piersią? Co za pytanie! To chyba oczywiste, że karmiąca piersią?
     A przynajmniej tak przez chwilę uważał społecznościowy gigant, Facebook
.

*

Internet pogarsza sprawę przejrzystości i odpowiedzialności, bo gdy jesteśmy zamknięci we własnych bąbelkach, sprawy całego państwa oddalają się od nas. Nie ma już sposobu na to, żeby ktoś jednym nagłówkiem na pierwszej stronie papierowej gazety ogłosił „J’Accuse!”. Teraz oskarżenie padnie w bąbelku „strony A”, po czym bąbelek „strony B” ogłosi je potwarzą, prowokacją, kłamstwem i manipulacją. Jak zawsze.

*

[…] w internecie panuje przejrzystość taka jak w lustrze weneckim. Działa w jedną stronę. Rządy i korporacje wiedzą wszystko o tym, co my robimy — my coraz mniej wiemy, co robią rządy i korporacje.

*

Już jest za późno na wybór — powszechna inwigilacja czy nie. Nie da się wepchnąć dżina z powrotem do butelki” – pisał [David] Brin […].

*

Kiedyś było tak, że każdy ma prawo do swojej opinii, ale nie do swoich faktów. Już tak nie jest. Fakty nie mają znaczenia.
// Stephen Colbert

*

Google prawdę ci powie”, mawiamy, nie zdając sobie sprawy z tego, jak bardzo się mylimy. Google powie nam to, co chcemy usłyszeć. A jeszcze dokładniej: pokaże nam takie treści, przy jakich najwięcej będzie mógł zarobić na reklamie.

Wojciech Orliński, Internet. Czas się bać,
Wydawnictwo Agora, Warszawa 2013.
(wyróżnienie własne)


czwartek, 05 kwietnia 2018

Nie wygrzebałam się emocjonalnie z wrażeń po świątecznym czytaniu i w Lany Poniedziałek zaczęłam i skończyłam w tym samym klimacie. A potem trawiłam. Do dziś. Wciąż trawię.

Bezpieczeństwo fizyczne… myślałam o tym całą drogę, gdy wracaliśmy we wtorek do ula — przywilej, który zaglądający tutaj traktują jako oczywistość i dobrze, że mogą, co stanowi kolejny dar od losu. Czytając świątecznie, czytając tę książkę wracała do mnie nieoczywistość tej oczywistości.

Bezpieczeństwo fizyczne, bezpieczeństwo psychiczne… gdy wracaliśmy do ula, Sadownik zapytał mnie, czemu tak dziwnie na niego patrzę… patrzyłam jak na nieoczywisty dar.

Mój dziadek Caparrós wypłynął przed sześćdziesięciu laty z Wysp Kanaryjskich na czymś w rodzaju łodzi — uciekał od Franco. Nie zamierzał nawet płynąć do Argentyny, jednak tam się znalazł i dlatego jestem tym, kim jestem. Przypadki to coś porażającego — a nic nie czyni ich wyraźniejszymi niż solidna podróż.

O innej, tej słynnej, książce Autora wiedziałam od dawna, ale nie czułam się na siłach udźwignąć temat. Nie wiedziałam, że sposób, w jaki pisze, stanie się tak bliski memu sercu — wrażliwość, przytomność, wysoki poziom autorefleksji, odrobina zawstydzenia: wszystko to jest w tej książce, dzienniku z podróży na zlecenie. Głód zaznaczyłam do upolowania, już się nie boję; z tym Autorem dam radę zmierzyć się z przywilejami, które mam, a na które nie pracowałam ani chwili, których nie zdobywałam, które mam w pakiecie z miejscem urodzenia i życia.

Podróżowanie to oczywiście przyznanie się do bezsilności: szukasz gdzie indziej tego, czego ci nie dostaje. Gdybym naprawdę sądził, że niczego nie potrzebuję, zostałbym w domu. Gdybym naprawdę sądził, że niczego nie potrzebuję, byłbym głupcem. Gdybym naprawdę sądził, że niczego nie potrzebuję, byłbym szczęśliwy. Staram się o to od dłuższego czasu.

*

[…] mogę zrozumieć, że oni nie mogą zrozumieć: po co ktoś miałby podróżować, jeśli nie jest do tego zmuszony? Albo że rozumieją aż za dobrze: ci ludzie przyjeżdżający nie wiadomo po co muszą mieć gówno do roboty i do tego kupę pieniędzy, skoro wydają je na głupoty, nie?

*

Emigranci nigdy nie opowiadają o swoich klęskach tym, których pozostawili w kraju: choćby żyli w skrajnej nędzy, ich relacje zawsze pełne są sukcesów. Inaczej musieliby się przyznać, że popełnili błąd albo, co gorsza, że nie potrafili dokonać tego, co udało się innym.

*

Ludzie, którzy mieszkają w swoim kraju, mówi, nigdy nie zrozumieją, co znaczą dokumenty: co znaczy mieć papiery albo ich nie mieć.

*

Każde słowo to poszukiwanie, niepewne potykanie się, lęk. – Czemu rozmawiasz z nami, a nie z rodziną? – Bo nigdy by mnie nie zrozumieli. Najpierw chciałam zataić swoją historię, bo tu, w moim kraju, kiedy ludzie się dowiedzą, wytykają cię palcami. Nie traktują cię jak ofiarę, tylko jak winną. Teraz jednak wiem, że muszę o wszystkim opowiedzieć; inaczej przez całe życie będę rozpamiętywać tamte miesiące.

*

Od dawna rozmawiam w językach, które nie są moimi językami, z ludźmi, którzy rozmawiają ze mną w językach innych niż własne. Taka współczesna uprzejmość.

*

Jakaś kobieta mówi mi: zasrany biały, co tu robisz, to nie jest dla zasranych białych. Patrzę na nią i próbuję uśmiechnąć się lekceważąco; ona krzyczy dalej. Idzie jej lepiej niż mnie, ale ma nade mną przewagę: zawsze łatwiej jest krzyczeć niż się uśmiechać.

*

Na tych ulicach nie da się zrobić uniku przed skrajną nędzą. Świat, moim zdaniem, może być podzielony na kraje, w których bogaci mogą żyć, nie oglądając biedaka, i takie, najbardziej brutalne, w których przed tym nie uciekną.

*

Ja przez całe swoje życie staram się uczynić je ciekawym, wartym przeżycia, żeby nie przeciekło mi przez palce bezmyślną strużką. Oni – bardzo liczni, dwie trzecie, trzy czwarte wszystkich ludzi żyjących na świecie – starają się zdobyć coś do jedzenia: zjeść coś dzisiaj i obudzić się jutro. Tu przebiega prawdziwy podział klasowy, najstraszliwszy podział klasowy: na tych, którzy, jak ja, zastanawiają się, co będą jutro robić, i tych, którzy się zastanawiają, co jutro zjedzą. To jest właśnie tak okrutne w Afryce: że obrazuje ten podział zbyt wyraźnie.

*

Bogactwo zabezpiecza przed jakąkolwiek zmianą, utrzymuje wszystko w niezmienności – chyba że ktoś spodziewa się wraz ze zmianą osiągnąć zysk.

*

Byłem młody w świecie, w którym być młodym oznaczało wykorzystywać tę młodość, aby świat zmieniać; nie jestem młody w świecie, w którym być młodym to zajmować miejsce uprzywilejowane — a ci najbardziej uprzywilejowani nie mają zamiaru zmieniać świata, który ich rozpieszcza, tylko chcą z niego jak najwięcej wycisnąć. Usłyszę: jacy tam uprzywilejowani — a bezrobocie, a przemoc, a narkotyki, aids, brak perspektyw, wszystko to, czego ofiarami są przede wszystkim ludzie młodzi, ubodzy ludzie młodzi? W przypadku tych, którzy ubodzy nie są, wyraźnie widać różnicę między młodym i trochę mniej młodym: wszystko jest zrobione z myślą o tych przychodzących na końcu, wszyscy chcieliby — wszyscy chcielibyśmy? — być tacy jak oni.

*

[…] zastanawiam się, jak wyglądałoby społeczeństwo, w którym o wiele trudniej byłoby wskazać, kto jest tym innym. Albo w którym o „inności” przesądzałyby kryteria ekonomiczne, przynależność klasowa, a nie kolor skóry. Jeśli to w ogóle kiedykolwiek nastąpi.
     Nie ma nic smutniejszego niż ubogi biały, któremu pozostaje jeszcze tylko rasizm, żeby mógł odczuwać wyższość
. White trash, mówią o takich Amerykanie.

*

[…] jeśli świat zmierza w jakimś kierunku, mnie to umyka. Odnoszę raczej wrażenie, że zatrzymał się w pół drogi, w sytuacji miłej-niemiłej: bogaty i spasiony Zachód, reszta świata z poczuciem smutku i zagrożenia […].

*

Niewiele rzeczy wydaje mi się przykrzejszych niż widok mężczyzny w garniturze: widok czarnego w garniturze byłby jedną z nich. Garnitur jest na ogół formą ujarzmienia – znakiem przynależności do najgorszego ze światów współczesnych, świata korporacji. Nosząc garnitur, ludzie nie muszą się ubierać, dokonywać wyboru, mówić o sobie. Nie: człowiek nakłada biznesowy uniform – i przynależy. Ale biali przynajmniej zachowują tradycję, którą sami biali stworzyli. Czarni też ją zachowują – i to jest jeszcze smutniejsze.

Martín Caparrós, Księżyc. Od nowiu do nowiu. Dziennik hiperpodróży,
przeł. Marta Szafrańska-Brandt,
Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.
(wyróżnienie własne)


 
1 , 2 , 3 , 4
| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:



*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...