Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: degustacja

sobota, 26 sierpnia 2017

Dziś. Dokładnie jedenaście lat później. Sobota — wtedy i dziś. Wtedy Murakami pisał. Dziś — gdy moje doświadczanie życia przegląda się w jego słowach — ja odnotowuję, że trafia w punkt.

Przy wodospadzie. Pokój obok tego, który gościł nas dziewięć lat temu — bez bloga bardzo trudno było się ich doliczyć. W tym samym miejscu my, choć nie tacy sami. No i z Heniutką! Na tarasie tuż obok, dziewięć lat temu czytałam pierwszą w swym życiu książkę Murakami'ego — pamiętam od kogo ją dostałam, pamiętam okładkę. Kto by wtedy pomyślał, że dziś? Ja, my, tu? Tak. Szczęśliwsi.

Ale w rzeczywistości nie wszystko idzie tak gładko. W pewnym momencie życia, gdy naprawdę są nam potrzebne proste rozwiązania, osobą pukającą do drzwi bywa najczęściej posłaniec ze złymi wiadomościami. Nie zawsze się tak dzieje, ale z mojego doświadczenia wynika, że złowieszcze doniesienia są znacznie częstsze od innych. Posłaniec dotyka daszka czapki i widać, że jest mu przykro, ale to w żaden sposób nie zmienia treści wiadomości. To nie sprawka posłańca. Nie ma co go obwiniać, nie ma co chwytać go za kołnierz i mocno nim potrząsać. Posłaniec wykonuje sumiennie pracę zleconą mu przez szefa. A szef? Szefem, a raczej szefową jest nikt inny, jak tylko nasza dobra znajoma Rzeczywistość.

*

Chodzi mi o to, że nie zacząłem biegać dlatego, że ktoś mnie poprosił, żebym został biegaczem. Podobnie jest z pisarstwem […]. Pewnego dnia, ni stąd, ni zowąd, zachciało mi się napisać książkę. A innego dnia, ni stąd, ni zowąd, zacząłem biegać — tylko dlatego, że chciałem. Zawsze robiłem w życiu to, na co miałem ochotę. Ludzie mogą mnie zatrzymywać, przekonywać, że popełniam błąd, ale ja się nie zmienię.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

niedziela, 30 października 2016

W niedzielę trzydziestego października, tyle że jedenaście lat temu pisany był ten rozdział. Uśmiecham się do świadomości, że ta książka byłaby dla mnie piekielnie nudna, gdyby nie peregrynacja, która trwa. A tak, jest to książka fascynująca! Degustuję.

Jak większość życiowych problemów, ból dopadł mnie znienacka i bez ostrzeżenia.

*

Kiedy po raz ostatni myślałem poważnie o kolanach? Rozważając to wszystko, poczułem lekkie wyrzuty sumienia. Kolana mają absolutną rację. Jeden oddech można zastąpić innym tyle razy, ile się chce, ale kolana są niezastąpione! Są jedynymi kolanami, jakie mam, więc należy się nimi opiekować.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

niedziela, 23 października 2016

Dwudziestego trzeciego, dokładnie dwadzieścia lat i cztery miesiące temu zapisane. To  była niedziela — sprawdziłam. Dziś, dwudziestego trzeciego, również w niedzielę, dwadzieścia lat i cztery miesiące później czytałam.

Czytałam w nędznym stanie, trochę jakby z obowiązku. Bo nie wiedzieć czemu, wczoraj późnym popołudniem, pomimo wspaniałego dnia, gdy wracałam do domu, napadł mnie zły nastrój i wpędził w czerń przenajczarniejszą. Zły nastrój mieć, nie mając powodu, to sztuka prawdziwa i właśnie mi ta sztuka się udała. Nie pomogła gorąca kąpiel. Nie pomogła herbatka z pigwą i imbirem. Nie pomogło porzucenie urządzeń elektronicznych. Nie pomogło wcześniejsze lądowanie w łóżeczku. Film nie pomógł i dobry sen też nie. Ranek niemocą witałam.

Ostatecznie, wiedziona ciekawością, zaczęłam przyglądać się zjawisku. Co mi robi ten konkretny nastrój zły? Co mi robi czerń najczarniejsza? Co mi robi bezpowód? Zatrzymuje mnie. Odbiera wszystkie rzeczy, które dzisiaj chciałam zrobić koniecznie. A świat nie kończy się wcale, choć zastyga.

Świat zaczął nabierać kolorów znów, gdy do mnie dotarło, że nastrój zły, ten bez powodu i najczarniejszy nauczał mnie, że nie ma powodu, by gonić, ale jest powód, by żyć. Łomolnęłam LP!

Uśmiechnęłam się do siebie ze zrozumieniem, a po przeczytaniu tego rozdziału, wiedziałam, że dziś to jutro dla mojego wczoraj i trzeba było poczekać.

Zawsze trzeba czekać do jutra, żeby się przekonać, co przyniesie następny dzień.

*

Nie miałem najmniejszego pojęcia, co mnie czeka dalej, i jakie nieznane stwory zamieszkują ten dziewiczy obszar.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, 03 października 2016

3 października 2005  […]  Tak czy inaczej, mamy już październik. Zanim się zorientuję, minie kolejny miesiąc.

Dziś też jest 3 października, jedenaście lat później. Towarzyszy mi dziwna pewność, że choć dzisiejszy dzień był długi, wyczerpujący i pełen emocji, zanim się zorientuję, minie kolejny miesiąc.

By uporać się z czymś, co jest niezdrowe, trzeba mieć końskie zdrowie.

*

To, co zdrowe, i to, co niezdrowe, nie musi znajdować się na przeciwległych krańcach spektrum. To, co zdrowe, i to, co niezdrowe, nie musi być sobie przeciwne, lecz może się uzupełniać, a w niektórych przypadkach sprzymierzać się ze sobą. To oczywiste, że ludzie prowadzący zdrowy tryb życia myślą tylko o zdrowiu, natomiast ci, którzy nie czują się najlepiej, myślą tylko o tym. Lecz jeśli przyjmuje się wyłącznie tak jednostronne założenia, życie przestaje być owocne.

*

[…]  wpadam w konfuzję i zniechęcenie, widząc przed sobą piętrzący się ocean słów.

*

Myślę tak: „To obcy język, co mogę z nim zrobić?”. Odkrywanie tego jest fascynujące.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, 19 września 2016

19 września, czyli dziś, też w poniedziałek, tylko jedenaście lat temu Murakami napisał, przeczytany właśnie przeze mnie, rozdział. Niesamowite jest czytać tę książkę w odcinkach, zatrzymywać się przy wielu fragmentach, opisujących doświadczenia, które są przekładalne na mój aktualny świat. I kiwam głową ze zrozumieniem. I uśmiecham się, że doszłam do miejsca, gdzie… chcę więcej! Dużo więcej!

Dodaj bodziec i wytrwaj. Powtarzaj to. Cierpliwość jest warunkiem sine qua non całego przedsięwzięcia, ale daję głowę, że pojawią się rezultaty.

*

Moje mięśnie potrafią być tak uparte jak ja, a nawet bardziej. Są pamiętliwe i wytrwałe, i w pewnym sensie stają się coraz lepsze. Ale nie znają kompromisów. Nie poddają się.  Tak wygląda moje ciało ze wszystkimi jego ograniczeniami i dziwactwami. […]  Z wiekiem uczymy się cieszyć tym, co mamy. To jedna z niewielu dobrych rzeczy związanych ze starzeniem się.

*

Mięśnie są jak pojętne woły robocze. Jeśli ostrożnie, krok po kroku, zwiększa się obciążenie, uczą się je znosić. Jeśli zdoła się wyjaśnić im własne oczekiwania — najlepiej na przykładzie pracy, jaką są w stanie wykonać — mięśnie będą posłuszne, a stopniowo staną się mocniejsze. To nie wydarzy się, rzecz jasna, z dnia na dzień. Lecz o ile nie będziemy się śpieszyć i przyzwyczaimy je do pracy etapami, nie będą się skarżyć (choć od czasu do czasu mogą mieć skrzywione miny) i bardzo cierpliwie oraz posłusznie zaczną rosnąć w siłę.

*

Kiedy ludzie odchodzą, czy ich myśli przepadają na zawsze?

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

czwartek, 01 września 2016

Po porannym pływaniu rozpoczęłam rozdział trzeci degustacji. Wczoraj skończył się sierpień. Przez cały miesiąc (liczący trzydzieści jeden dni) przebiegłem w sumie 350 kilometrów. Przeczytałam i zamyśliłam się… Wczoraj skończył się sierpień. Przez cały miesiąc przepłynęłam około 13 kilometrów.

Przyglądanie się zmianom zachodzącym we własnym ciele jest przyjemnym uczuciem, choć teraz zmiany te nie zachodzą tak szybko jak wtedy, kiedy byłem młody. To, co kiedyś zajmowało mi półtora miesiąca, teraz zajmuje trzy. Czas, przez jaki mogę trenować, skraca się coraz bardziej, zmniejsza się skuteczność całego procesu, ale co mam zrobić? Muszę się z tym pogodzić i zadowolić tym, co mam. To jedna z życiowych prawd. Poza tym nie sądzę, by wydajność, lub jej brak, była jedynym miernikiem własnego życia.

*

Biegnąc w tamtym maratonie, uznałem, że już nigdy więcej nie chcę przechodzić przez coś takiego. Nie chcę odmrażać sobie tyłka i czuć się podle. Wielkie dzięki! Tam i wtedy podjąłem decyzję, że przed następnym maratonem wrócę do podstaw, zacznę od początku i będę się starał najlepiej jak umiem. Będę trenował wytrwale i odkryję na nowo, na co fizycznie mnie stać. Dokręcę wszystkie poluzowane śruby, jedną po drugiej. Zrobię to i zobaczę, co się stanie. Tak sobie myślałem, powłócząc nogami w lodowatym wietrze, dając się wyprzedzać kolejnym biegaczom.

*

Nie — zapomnij o piwie. I zapomnij o słońcu. Zapomnij o wietrze. Zapomnij o artykule, który masz napisać. Skup się na przesuwaniu stóp do przodu, jedna za drugą. Tylko to jest teraz ważne.

*

[…] nogi kierują się własnym rozumem.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Ten kawałek. Wczoraj. Po przeczytaniu sobie, wraz z wcześniejszym akapitem, że żona może jeść, ile chce i nic, przeczytałam na głos Sadownikowi, bo nasza sytuacja wydaje się w pewnym sensie bardzo podobna — każde z nas ma diametralnie inne doświadczenia z własnym ciałem, nie włączając w to turbulencji związanych z płcią.

Ten kawałek. Wciąż za mną chodzi. Pięknie chodzi!

Ten kawałek. Ograniczony do minimum, bo przecież blog nie zniesie półtorej strony druku. Musi tu być, bo jak ulał, synchronicznie wbił się w moje „przemyśliwiwania” na temat bezkopytkowa. Pozostaję daleka od gratulowania człowiekowi, że połamał nogę, miał wylew, dopadła go cukrzyca, ale…

i co teraz? kim możesz (nareszcie!) być?

Ten kawałek. Wciąż za mną chodzi. Pięknie chodzi!

Ten kawałek. Było tak. I dobrze, że anioły przeprosiły, ale to prawda, że nie mogły inaczej. Już to wiem. Bezkopytkowo, no cóż, choć jeszcze w styczniu 2017 dogrywka, jest… błogosławieństwem. Piszę to, nomen omen, w 217. dniu peregrynacji, zamykając 31. tydzień. ¡Salud!

Ten kawałek. Wciąż za mną chodzi. Niech tu przycupnie.

„Życie jest niesprawiedliwe” — tak sobie to tłumaczyłem. […]
     Lecz kiedy się teraz nad tym zastanawiam, moje przybierające na wadze ciało było prawdopodobnie prawdziwym błogosławieństwem. Innymi słowy, jeśli nie chciałem przybierać na wadze, musiałem uprawiać wyczerpujące ćwiczenia każdego dnia, uważać na to, co jem, i ograniczyć przyjemności. Takie życie nie należy do łatwych, lecz jeśli nie szczędzi się wysiłków, metabolizm ulega pozytywnym zmianom i w rezultacie jest się o wiele zdrowszym, a przy okazji silniejszym. […] jedynym sposobem na to, by zrozumieć, co naprawdę jest słuszne, byłoby spojrzenie na sprawy w długiej perspektywie. […]  uważam, że ta fizyczna przypadłość powinna być odbierana pozytywnie, jako błogosławieństwo. Mamy szczęście, że doskonale widzimy czerwone światło. Rzecz jasna, niełatwo jest zawsze postrzegać sprawy w ten sposób. 

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

*

(12+7+4) × (2 × 25 m)

och!
 

Ryczeliśmy ten hymn oboje z Sadownikiem wracając do domu o 7.10. Ryczeliśmy głośno. Matko Bosko Nietonąco! Bardzo głośno, bardzo świątecznie ryczeliśmy! ¡Salud!

Frank Sinatra, My Way, 1971.

niedziela, 14 sierpnia 2016

Jest niedziela, 14 sierpnia. Tego ranka [… ]. Po porannym spacerku z Heniutką, w ciszy dosypiającego jeszcze Przytuliska, z kawką w ulubionym czeskim kubku, odłożywszy na bok wszystko to, co we mnie się dzieje, zaległam w hamaku na kolejny rozdział nieśpiesznie czytanej w odcinkach książki, bo przecież… dziś jest niedziela, 14 sierpnia.

Ta książka to dla mnie przygoda rozpisana na półtora roku, czas na kontemplację zmian, które wtargnęły w moje życie i konsekwencji tych zmian, które stały się moim wyborem. Cdn.

Coś spadło wówczas z przetworzy i cokolwiek to było, przyjąłem ten dar.

*

Musiałem oddać pisarstwu wszystko, co miałem. Gdyby mi się nie powiodło, zniósłbym to. Wiedziałem natomiast, że gdybym robił coś połowicznie, zawsze czułbym do siebie żal, gdyby mi się nie udało.

*

[…] doszedłem do wniosku, że będę się starał najlepiej jak umiem i zobaczymy, co się wydarzy.

*

[…] nienawidziłem wręcz dni sportu. Działo się tak dlatego, że byłem do tego przymuszany. Zawsze źle znosiłem zmuszanie mnie do robienia czegoś, czego nie chciałem robić, zwłaszcza w czasie, gdy nie miałem na to ochoty. Kiedy jednak mogłem zrobić coś, na co miałem ochotę, w dodatku wtedy, kiedy chciałem i tak jak chciałem, poświęcałem temu wszystko.

*

Zamknęliśmy klub, więc doszliśmy [Murakami z żoną] do wniosku, że od tamtej pory będziemy się spotykać tylko z tymi, z którymi chcemy się spotkać, i będziemy unikać — na ile to możliwe — spotkań z tymi, których spotkać nie chcieliśmy. Uznaliśmy, że przynajmniej przez pewien czas możemy sobie pozwolić na ten mały luksus.

*

Rozpocząłem więc nowe, proste, regularne życie.

*

Nikt nigdy nie zalecał mi, ba, nikt nigdy nie pragnął, żebym został pisarzem — w istocie niejeden usiłował mnie od tego odwieść. Wpadłem na pomysł, że zostanę pisarzem, i wprowadziłem go w życie. Podobnie jest z bieganiem — nikt nie staje się biegaczem, ponieważ ktoś mu to poradził. Ludzie najczęściej stają się biegaczami, ponieważ tak ma być.

*

Najważniejsze, czego uczymy się w szkole, jest to, że najważniejszego nie można nauczyć się w szkole.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

piątek, 05 sierpnia 2016

Kilka dni temu. Dwa łóżka dalej. Na rehabie. Młody człowiek w typie aktywnego piłkarza wtoczył się o kulach, usiadł i został przepytany przez swojego rehabilitanta. Do dwudziestego sierpnia lekarz zabronił mu obciążać nogę.

Dla niewtajemniczonych, oznacza to, że dwudziestego będzie mógł ją obciążyć 25% swojej wagi, w następny tygodniu 50%, w kolejnym 75% i dopiero w jeszcze następnym 100%. Stuprocentowe obciążenie to dopiero początek trasy do uzyskania pełnej sprawności.

Ale on, ów młody człowiek oświadczył, że on rozumie lekarza, ale dwudziestego sierpnia chce chodzić i już! W duchu ryknęłam śmiechem. Miałam do tego prawo, bo rozumiem ten stan — gdy dotarło do mnie, że połamałam nogę, pomyślałam: sześć tygodni gipsu, dwa tygodnie rehabu i już!

Rehabilitant narobił się ostro, by choć lekko ostudzić zapał nieświadomego człowieka, który z uporem maniaka powtarzał, że dwa miesiące niesprawności to jest naprawdę wszystko, co on może znieść i poświęcić na tę kontuzję. Chwilę jeszcze zajmie sprowadzenie tego mężczyzny na ziemię. Nasze życia, nasze zdrowia mają w dupie kalendarze.

Świat bez kopytka mnie zmienił. Zmienił w sposób, który, choć przeczuwalny, przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Dopiero teraz, dopiero taka, jaką się stałam, mogłam sięgnąć ze zrozumieniem po tę książkę. Wcześniej byłam piłkarzem do nieskończonej potęgi.

Jabłoń:
(poranna, w 207. dniu Peregrynacji)
13 × (2 × 25 m)

*

Dzisiaj, w piątek 5 sierpnia 2005 roku, jestem […]. Przeczytałam dzisiaj, w piątek 5 sierpnia 2016 roku, początek pierwszego rozdziału. Uśmiechnęłam się, stwierdziwszy ten niesamowity zbieg kalendarzowych okoliczności: ten sam dzień, miesiąc i dzień tygodnia. Po kilku, kilkunastu akapitach strzelił mi do głowy pomysł na czytanie tej książki, który zagwarantuje nieśpiech — będę ją czytać w tempie, w jakim została napisana. Cdn.

Żeby wytrwać w czymkolwiek, trzeba utrzymać rytm. To ważne przy długoterminowych przedsięwzięciach. Kiedy ustali się tempo, reszta pójdzie jak z płatka. Problem polega na tym, by koło zamachowe obracało się z wyznaczoną prędkością, a dotarcie do takiego punktu wymaga całej naszej uwagi i wysiłku.

*

To, że jestem mną i nikim innym, jest jednym z moich największych walorów. Emocjonalne rany są ceną, którą się płaci za bycie niezależnym.

*

Nieważne, o jakiej dziedzinie mówimy — wygrywanie z innymi po prostu mi nie odpowiada. Znacznie bardziej interesuje mnie to, czy zdołam osiągnąć cele, które sobie wyznaczam, zatem pod tym względem biegi długodystansowe nadają się idealnie dla takiej mentalności jak moja.

*

[…]  jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

Zbliżam się teraz do sześćdziesiątki. Kiedy byłem młody, nie mogłem sobie wyobrazić, że wiek XXI nadejdzie naprawdę i że — żarty na bok —  skończę kiedykolwiek pięćdziesiąt lat . Teoretycznie, rzecz jasna, było oczywiste, że pewnego dnia — jeśli nic innego się nie wydarzy — ogarnie nas wiek XXI, a ja skończę pięćdziesiąt lat. Kiedy byłem młody próby wyobrażenia sobie siebie w wieku pięćdziesięciu lat były tak trudne jak próby konkretnego wyobrażenia sobie świata po śmierci. […]
     Ale oto żyję teraz w tym niewyobrażalnym świecie. Czuję się w nim naprawdę dziwnie i nie potrafię powiedzieć, czy mam szczęście, czy nie. Może to bez znaczenia. Jest to dla mnie — i prawdopodobnie dla wielu innych — pierwsze doświadczenie starości, a uczucia, jakie mnie ogarniają, pojawiają się również po raz pierwszy. Gdybym doświadczał tego wcześniej, potrafiłbym to lepiej zrozumieć, ale ponieważ nie doświadczałem, nie potrafię. Jedyne, co mogę teraz zrobić, to odłożyć szczegółowy osąd na później i brać rzeczy takimi, jakimi są.

(tamże)

Znam. Dwa niezawodne sposoby stwierdzenia, że upłynęło w naszym życiu więcej czasu niż myślimy.

Sposób pierwszy. Spotkać się ze znajomymi, których małe dzieci dość dobrze pamiętasz. I co? Zdziwiona, że nie mają dwóch, trzech lat? Przecież widziałaś tych znajomym wcale nie tak dawno temu. Patrzysz i własnym oczom nie wierzysz, „dzieci” mają dziesięć, dwanaście, piętnaście lat. Kiedy to się stało? Nie masz pojęcia.

Sposób drugi. Pójść do osobistej biblioteki. Rozejrzeć się chwilkę. Zdjąć z półki książkę, która cię urzekła kilka lat temu. Może też być książka, która czeka na przeczytanie od dwóch–trzech lat. I co? Zdziwiona, że pożółkłe przerażająco kartki? Momencik! Sprawdzasz rok wydania książki, bo wcale tak dawno nie kupowałaś tej książki. Patrzysz i własnym oczom nie wierzysz. Tę książkę kupiłaś w 1990, 1996, 1998 lub 2001. Jak to możliwe? Nie masz pojęcia.

Jestem taka mądra, bo oba te narzędzia mierzenia upływu czasu przećwiczyłam na własnej skórze nie raz i wiem, że działają świetnie. Mają oczywiście swoje wady, jak wszystko, musisz mieć znajomych z dziećmi lub posiadać własny księgozbiór.

*

Od kilku dni jestem niczym spadkobierca po samej sobie. Likwiduję papierową bibliotekę. Obliczyłam, że tą metodą, odzyskamy kilka metrów sześciennych kubatury Przytuliska. Likwiduję, dzieląc zdejmowane z półek książki na (a) te które zostają, (b) te które wychodzą, bo z nich wyrosłam i (c) te, które wychodzą, bo choć chcę je zachować, mogę mieć w wersji elektronicznej.

Biorę książkę z półki, decyduję (a), (b) czy (c)? Odkładam na odpowiedni stosik. Ale okazuje się, że we własnej bibliotece można się również mile zaskoczyć.

Wzięłam wczoraj do ręki książkę. Pamiętam dzień, w którym przyniosłam ją do domu. Było pochmurno, zimno i padał deszcz. Nie pamiętam, jak to się stało, że książkę odłożyłam na półkę bez przeczytania. Wtedy.

Wzięłam ją wczoraj do ręki. Tak. Tytuł zaintrygował mnie znów. Bogatsza o świat bez kopytka, który trwa, nie śpiesząc się, przeczytałam przedmowę. Książka nie wylądowała na stosiku (a), (b) czy (c) — znalazła miejsce przy hamaku, na stosiku papieru do bieżącego czytania — zauroczyła mnie idea wolnego jej przeczytania; czytania przez pryzmat świata z kopytkiem.

Bez względu na to, jak przyziemna wydaje nam się jakaś czynność, jeśli zajmuje nas wystarczająco długo, staje się aktem kontemplacyjnym, a nawet medytacyjnym.

*

[…] natknąłem się na duży artykuł o maratonie. […]
     Jeden z maratończyków powiedział o mantrze, której nauczył go starszy brat — również biegacz — i którą ów długodystansowiec powtarzał, odkąd tylko zaczął biegać. Brzmiała ona tak: „Ból jest nieunikniony. Cierpienie jest wyborem”. Powiedzmy, że biegniesz i myślisz sobie: „Cholera, tak mnie boli, że dłużej nie wytrzymam”. Fragment z „boli” jest  nieuniknioną rzeczywistością, ale to, czy się wytrzyma, czy nie, zależy tylko i wyłącznie od biegacza.

*

[…] w książce tej jest nieco tak zwanych „życiowych nauk”. Nie są one niczym wielkim — to lekcje, które odebrałem, wprawiając własne ciało w ruch i przekonując się dzięki temu, że cierpienie jest wyborem.

Haruki Murakami, O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu,
przeł. Jędrzej Polak, Muza, Warszawa 2010.
(wyróżnienie własne)

| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...