Jabłoń, która nie rodzi, należy wyciąć, usłyszałam. Jak to jest, żyć, być, śnić i nieprzerwanie marzyć, gdy jest się właśnie taką Jabłonią? Jak to jest kwitnąć przez cały rok?

Wpisy z tagiem: Tochman

wtorek, 15 sierpnia 2017

Jak się czyta reportaże po prawie dwudziestu latach od napisania? Zaskakująco? Nie do wiary, że żyliśmy w tym czasie i to się naprawdę wydarzyło? Te reportaże przede wszystkim dołują. Ale też po każdym z nich chciałoby się przeczytać, jak się mają ci ludzie dziś. Po tej książce wymagałam reanimacji. Bo.

Kraj-sutener, który z każdej zarobionej przez nas złotówki chce swojego procentu. Potem chce procentu z każdej wydanej, ale i posiadanej złotówki. Żyję tu, prawdopodobnie tak jak Ty. Ty i ja jednocześnie żyjemy w państwie, które, gdy dzieje się nam źle, mówi: to twoja prywatna sprawa, musisz sobie radzić — jesteś kowalem swojego losu. Jak to się stało, że my na to poszliśmy… jakbym nie wiedziała.

Przelało mi się. Reanimuję się przy Chyłce.

[Wanda Rutkiewicz] Była piękną kobietą, która pytała: — Czy ktoś raz na zawsze ustalił, że konsekwencja, zdecydowanie, precyzja i parę innych cech są przypisane wyłącznie mężczyznom?

*

     — Słuchaj — Muszka mu przerywa. — Dlaczego musimy tak żyć?
     — Bo nas zabrali — mówi Czarek.
     — A dlaczego nas zabrali?
     — Nie wiem. Spróbuję to zrozumieć, gdy będę dorosły
.

*

[…] załóżmy tam sklep z czarami i dobrymi rzeczami.

*

Między jednym uśmiechem a drugą wódką ustawiał rzeczywistość.

*

Znane jest powiedzenie Marka Aureliusza: Pamiętaj, człowieku, jak się budzisz dzisiaj rano, traktuj siebie, jakbyś umarł wczoraj, a dziś zmartwychwstałeś, i żyj tak, jak byś chciał.

*

     Piotr Skrzynecki: —Tak było.
     Jan Nowicki: — Wszystko było poniekąd i do pewnego stopnia
.
     […]
     Jan Nowicki: — Każdy fakt jest trudny do zdefiniowania.

*

     Dawid B.: — Chciał [Grzegorz Przemyk] domu z codziennym obiadem.
     Marta Kucharska: — Z ciszą.
     Witek S.: — Bez ludzkiej masy na co dzień. Wkurwiał się tym młynem. Wtedy siadał do pianina. Grał przez kwadrans, przechodziło mu. A mógł powiedzieć: wypierdalajcie
.

*

Tego, co się między ludźmi dzieje, nie da się do końca wytłumaczyć.

Wojciech Tochman, Schodów się nie pali,
Dowody na Istnienie, Warszawa 2016.

*

środa, 07 października 2015

Jechałyśmy pendolino. Ja o tym, że jak książka nie wyszła w ibuku, to nie czytam. Ona, że tę książkę to jednak trzeba mieć w papierze. Nie czekałam. W wielu kwestiach mam do Niej zaufanie. Za dwa dni, licząc od pendolinowej rozmowy, pobiegłam do Wrzenia Świata.

Papieru nie czytam już w tramwajach czy autobusach, bo to niewygodne. Tej książki nie należy czytać w środkach komunikacji miejskiej, bo nie wypada. Miała Gepardzica świętą, świętuchną rację. Tę książkę trzeba mieć. Edytorsko cudowna. Majstersztyk z różową tasiemką. Papier. Czcionka. Światło. Zdjęcia. Cud, po prostu cud.

Czytałam z doskoku. Na hamaku. Często tylko oglądając, gładząc i wzdychając do zmaterializowanej dobrej sztuki wydawania książek. Trwało więc. Ale skończyłam. Zaraz potem pobiegłam do biura Pana Ciasteczko, by przeczytać Sadownikowi ten kawałek — uśmialiśmy się oboje, ciekawe dlaczego:

     Mariusz Szczygieł: Mówi się: dziewczyna poznała strasznego chłopaka. Ale chodziła z nim i przez rok tak go obgłaskała, że on robi wszystko, co ona chce… Tak się mówi, pani Haniu.
     Hanna Krall: Obgłaskała?
     Julianna Jonek: Nikt tak nie mówi!
     Student 10: Nikt tak nie mówi, ale tak się dzieje.

*

     — Kiedy skończy się remont? [Hanna Krall]
     — Nie wiem. Niezmiernie trudno jest powiedzieć, kiedy się skończy coś, co się jeszcze nie zaczęło. [Agnieszka Morawińska]

*

     …My widzimy tylko jeden świat.
     My widzimy świat ludzi, ale tu, obok nas, może być Bóg, mogą być duchy albo fragment piekła. Może w tej mikrofalowej kuchence cierpi jakiś duch?

     …Zwierzęta i duchy nie mają narodowości.

     …Czasami chcesz, by duch wszedł, czasami chcesz, by wyszedł. Jak mamy służyć Bogu? Ktoś spytał Konfucjusza. Odpowiedział: — Nie wiecie, jak służyć człowiekowi, a niepokoicie się o służbę Bogu? — Szanuj duchy, ale trzymaj je na dystans — powiedział kiedy indziej.

*

[Wojciech Tochman] Zygmunt?
[Hanna Krall] Postać ze Zdążyć — może pan przeczyta wreszcie tę książkę. Z kim ja tu siedzę!

*

Miałam dość prosty pomysł na pisanie: jedno miejsce, jedno życie jednego człowieka.

*

     [Wojciech Tochman] Tadeusz Różewicz pisał: „Oczy matki wszystko widzące patrzą na urodziny, patrzą przez całe życie i patrzą po śmierci z »tamtego świata«. Czuje pani obecność mamy?
     
[Hanna Krall] Kiedy się czegoś bałam i kiedy wszystko było nie tak i bez sensu, i mówiłam o tym mojej mamie, mama wygłaszała cztery słowa. Zwyczajne, prościutkie. Śmiesznie tutaj zabrzmią, ale je powtórzę. Mówiła: Haneczko, głowa do góry. Banał, zwyczajność. Ale sobie nadal powtarzam jej głosem, z tą jej sztuczną dzielnością na pokaz: Haneczko! Czy to jest obecność?

Wojciech Tochman, Mariusz Szczygieł, Krall,
Wydawnictwo Dowody na Istnienie, Warszawa 2015.

poniedziałek, 21 października 2013

Obrazek 1, 2 [...] Skończyłam książkę, która do soboty ze mną tramwajem jeździła.

*

Otworzyłam w niedzielę rano pięknie wydaną książkę. Reportaż i Fotografia. W jednej książce. Fotografia i Reportaż. Już nie mogę się doczekać, aż Sadownik wróci jutro i rzuci okiem. Jeśli tylko obejrzysz zdjęcia, stracisz zbyt dużo. Tylko przeczytać po prostu nie dasz rady.

Tochman. Jeśli to nazwisko nic Ci nie mówi — zazdroszczę. To znaczy, że cztery wyjątkowe książki są wciąż przed Tobą. Ta jest czwartą. Ze wspaniąłą klamrą, co za serce chwyta na długo.

Szukając w necie ulubionego zdjęcia z tej książki dowiedziałam się, że zdjęcia Grzegorza Wełnickiego można do niedzieli oglądać na wystawie. „Tą razą” to ja wyciągnę Sadownika na kulturę, a potem na żytnią bagietkę do Francuza. Najpiękniejszego, dla mnie, zdjęcia w sieci nie ma, jest w książce...

Podobno przed białą katoliką inwazją inne panowały tu obyczaje: kobiety były równe mężczyznom. Mówiły głośno, co myślą, brały udział w zarządzaniu lokalną wspólnotą i miały przywilej nadawania imion swoim dzieciom. Hiszpańscy mężczyźni, mocą rozmaitych aktów prawnych, kazali kobietom zostać w domach. No i klęczeć w kościołach. Tam przez stulecia misjonarze błogosławili ubogich w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławili także tych, którzy się smucili, albowiem oni będą pocieszeni. Musieli też błogosławić niewykształconych, aby usprawiedliwić brak dostępu do edukacji. Kształcili się Hiszpanie i lokalni kolaboranci, reszta im służyła. Ubóstwo pojmowano dosłownie: przez wieki ludzie wierzyli, że bogaty wyląduje w piekle. Skoro łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego, potępienia na sądzie ostatecznym boją się tu i dzisiaj. Nie chcą się bogacić. Bogactwo budzi strach. Bieda jest cnotą.

*

     S’il vous plaît — nad jeszcze dychającym szkieletem nieokreślonej płci Francuz wciąż myśli, że cały świat jest frankofoński.
     ¡Tome! — nad długowłosym mężczyzną turystka z Madrytu wierzy, że ponad sto lat po odejściu Hiszpanów jej słowa są tu zrozumiałe.
     Bitte schőn! — Niemiec, ten to już przesadza.
     Here you are — Anglik ma komfort, bo nikt już się nie zastanawia, dlaczego jego językiem porozumiewa się świat.

*

[...] w wigilię święta umarłych na progach swoich domów ludzie w ciszy i skupieniu zapalają świeczki. Ostatniego październikowego wieczoru cały slums płonie: główna ulica i wąskie boczne labirynty. Jedna świeczka — jeden umarły. Tysiące umarłych, może dziesiątki tysięcy, o których wciąż ktoś tu pamięta, ktoś tęskni, ktoś pucuje ich groby na Cmentarzu Południowym.

*

Nasz zdrowy świat nie chce świata choroby, tak jak życie nie chce świata śmierci. Młodość nie widzi potrzeb starości, świat heteryków nie chce świata homo, świat pieniądza — świata biedy. Północ — Południa, Zachód — Wschodu, metropolie — swoich byłych kolonii, ludzie żyjący w pokoju — ofiar wojen, prześladowanych, uchodźców, Hutu — Tutsi, chrześcijanie (na przykład Serbowie) — muzułmanów (Albańczyków, Bośniaków), Turcy — Kurdów, Filipińczycy — Koreańczyków i Chińczyków, bo kto na świecie lubi Chińczyków, Flamandowie — Walonów, Holendrzy — Polaków, Polacy — Żydów, Żydzi — Arabów, Arabowie — Żydów i Amerykanów, Amerykanie — Meksykanów. Kogo nie znoszą Meksykanie? Samych siebie: biali — niebiałych. Może nie wszyscy, nie wszędzie, nie zawsze. Ale każdy. Każdy jest wśród niechcianych albo tych, którzy nie chcą.

Wojciech Tochman, fot. Grzegorz Wełnicki, Eli, Eli,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

piątek, 12 października 2012

Czytałam ją na urlopie we wrześniu. Wstrząsająca. Ludzie dotknięci nieludzką, piszącą się za ich życia, historią narodów. Zastanawiałam się, skąd w człowieku ta niszczycielska moc? Na dnie serca złożyłam jeden, kudłaty fragment. Dziś zdjęłam tę książkę z półki i wróciłam na stronę założoną skrawkiem papieru, by dotknąć w sobie wiary w człowieka.

   W kwietniu 1992 w Bośni zaczęła się wojna.
   Razem z Mubiną wyjechali rodzice i jej mali synowie: czteroletni i czteromiesięczny.
   — Jedź z nami — prosiła męża.
   — Kto będzie tu leczył zwierzęta, kiedy mnie zabraknie? — zapytał. — Zostanę, wszystkiego przypilnuję. Uspokoi się, to wrócicie.
   Akurat dzisiaj mija osiem lat od dnia, kiedy Hasan tak do niej mówił.

Wojciech Tochman, Jakbyś kamień jadła,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008.

piątek, 31 sierpnia 2012

A było tak... W niedzielę po seminarium postanowiłam, że muszę na skład literek w okładki pakowane. Okoliczności były sprzyjające, ponieważ w przyszłym tygodniu jedziemy na urlop, a Sadownik już zapowiedział: pamiętaj, żadnych zawodowych książek, trzeba się doposażyć na ten miły czas. Postanowiłam, że nabędę drogą kupna nieczytaną jeszcze książkę Jacka Hugo-Badera, którą odkładałam na potem, na czas, gdy nie będzie nic pilniejszego. Niczym zwierzę do żłobu, myk, myk i byłam pod regałem z reportażami. I co? I nie ma! A co jest? Jest książka, której czytać nie chciałam. „Polska religijność” nie jest tematem, który mnie interesuje — on mnie przytłacza, więc unikam. Ale Tochman... coś we mnie westchnęło... pamiętasz? Pamiętam Poetę Reportażu. Tylko dlatego, że Tochman... kupiłam. Noooo, warto! Niektóre porażające, niektóre niczym bezgłośny krzyk, a niektóre tak po prostu o miłości niedoskonałego człowieka do drugiego też niedoskonałego. Niezapomniane...

   — Ty, Rysiu, nie zostajesz sam. Masz bliźniaka. Brata masz.
  — Jednojajowego — stwierdził Ryszard W. z zupełnym spokojem. — Wracajmy do domu, nie masz już siły.
     Nie wiadomo, skąd Ryszard W. miał tę pewność. Nie wiadomo, dlaczego tajemnica matki wcale go nie zaskoczyła. Dlaczego nie usiadł, nie zapłakał, nie wykrzyczał ani słowa pretensji: jak mogli zdradzić mu tylko część prawdy.
  — Nie masz już siły — powiedział, dał matce tabletkę i ujął pod rękę.
    W samochodzie Aniela W. opowiedziała, że gdy przyszli z ojcem do domu dziecka — bliźniaka już nie było. Wzięli go jacyś mili ludzie dzień wcześniej. Podobno był mocniejszy, starszy o całą godzinę.
   — Wzięlibyśmy i Adasia, gdyby był.
   — Adasia?
   — Adam, miał na imię — powiedziała Aniela W. i zaczęła kaszleć.
    Kilka dni później Ryszard W. poprosił mnie telefonicznie o pomoc w odnalezieniu brata. Spytałem o daty i miejsca: urodzeni 30 marca 1964 roku w Otwocku pod Warszawą. Adoptowani w wieku prawie trzech lat.
   — Zbyt późno, by zmieniać dziecku imię — powiedziałem do Ryszarda W. — To dobrze. Szukamy Adama.

     (...)
     Podali sobie dłonie. Ryszard chciał coś powiedzieć, Adam zapłakał pierwszy, Ryszard pierwszy objął brata za szyję.
     W domu czekali rodzice. Przywitali Ryszarda W. z sympatią, ale i z dystansem. Matka podała herbatę i usiadła za stołem.
   — Spóźniliśmy się — spojrzała Ryszardowi prosto w oczy. — W domu dziecka był już tylko Adaś. Spał akurat w łóżeczku. Ciebie adoptowali wcześniej jacyś inni mili ludzie.
   — Moja mama miała na imię Aniela, ojciec Jerzy — powiedział Ryszard W.
   — Gdyby was było dwóch — wtrącił z uśmiechem ojciec Adama P. — dwóch byśmy wychowali.
[reportaż Nieobecność]

*

     O kobiecie, która zeznaje przeciw księdzu, wolno powiedzieć wszystko. Bezkarnie, nikt jej nie obroni. W pekaesie powiedzieć można z uśmiechem: o! jedzie do lekarza, by ją wymolestował. Albo za jej dziećmi, kiedy wracają ze szkoły, można krzyczeć: idą molestowane! ta kurwa! — i tak można, tak jest w dobrym tonie. Samotną matkę, która oskarżyła księdza, można upokarzać na różne sposoby. Kiedy prosi, by jej drewna naciąć na zimę, to trzeba się chętnie zgodzić. Ale nie za pieniądze. Można jej powiedzieć w oczy: dupy dasz, to ci narżnę. Albo: ksiądz ci nie dogodził, to ja ci dogodzę!
     Kiedy samotna matka, która oskarżyła księdza, przestanie prosić o piłowanie drewna (taka jest dumna), można donieść do opieki społecznej, że ktoś dał jej robotę na trzy godziny i zarobiła na czarno piętnaście złotych. Odbiorą jej zasiłek na dzieci, niech pozna, co to zimno i głód. Można też je zabić kurczęta. Łażą pod szopą przed blokiem. Jeden kamień — jeden kurczak. Kamyczek wystarczy, bo czaszki kurczaczków są mięciutkie
[reportaż Atmosfera miłości]

*

Tyle. Wszystko, co tu powiedziałem, jest prawdą: mam trzydzieści trzy lata, mieszkam w Polsce, jestem księdzem, jestem homoseksualistą, jestem zakażony. Powinienem rzucić sutannę i odejść. Ale nigdy nie odejdę. I tej homilii nigdy nie wygłoszę, choć myślę o niej codziennie. Biegunka mija, moje komórki odpornościowe odbudowują się, wszystko jest w porządku.
     Niektórzy z was mnie znają.
     Jako otwartego, uśmiechniętego, nowoczesnego kapłana w czapce z daszkiem
    Bilet do Londynu kosztuje trzysta złotych. Do Berlina jeszcze mniej. W następnym kazaniu nawiążę — jak mnie uczono w seminarium — do czytanej chwilę wcześniej Ewangelii. I niech tak zostanie. Niech zostanie, jak chcecie.
[reportaż Wściekły pies]

Wojciech Tochman, Bóg zapłać,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

poniedziałek, 23 lipca 2012

W piątek wepchnęła mi się do ręki. Wiedziałam, że istnieje. Nie chciałam jej czytać. Jednak w piątek rzuciła się znienacka z pomiędzy znanych tytułów. Chudziutka — może jednak dam radę przeczytać, przemyśleć, zrozumieć — prześlizgnęło się po korze mózgowej. Usiadłam w księgarni pod regałem z reportażami. Przerzuciłam kilka stron. Zmiękłam. Wzięłam ze sobą do domu. Przeczytałam. „Przemyśliwuję”. Nie jestem w stanie zrozumieć. Dziękuję Autorowi za pytania, na które nie udziela odpowiedzi. Tylko pytania pozwalają zachować człowieczeństwo.

(...) Notuję imiona dzieci, nazwiska i dodatkowe informacje umieszczone pod każdym zdjęciem. O Aurore, że była rozgadanym dzieckiem i że lubiła pić mleko. Zapisuję każde słowo, które ktoś tutaj przyniósł. Ktoś, kto przeżył i znał drobne codzienne szczegóły. Jestem mu wdzięczny, bo zrobił to także dla mnie. Bym się dowiedział i zrozumiał, że tego, co tutaj widzę, nie wolno mi zatrzymać dla siebie. Bym potem opowiadał i tego, co teraz notuję, nie poddawał żadnej cenzurze. Dlaczego chcę o tym opowiadać? Komu i po co? Tym, którzy powiedzą, że nie wiedzieli? Że nie znali prawdy? Ale gdzie jest granica między mówieniem prawdy a epatowaniem? Czy ten, który mi powie: epatujesz dziecięcym cierpieniem, będzie mówił o mnie? Czy raczej o sobie: tego, co opowiadasz, nie potrafię przyjąć, nie ma we mnie na to miejsca, brzuch mnie boli, podbrzusze.
     Ale czy to jest powód, bym zamilkł?

*

     Ciałobójstwo. O tym nie wolno milczeć. Pisz, niech czytają, niech wiedzą. Tylko dlaczego już po kilku dniach rozmów, po kilku stronach przeczytanej książki, zaczynamy myśleć jak ludobójcy?
       Bo kogo widzisz, kiedy patrzysz na nią?
     Zgwałconą kobietę. Tę, która urodziła dziecko z gwałtu. Tę, która od gwałciciela dostała chorobę. A gdyby była profesorką uniwersytetu? Albo ministrem do spraw kobiet? Prezydentem kraju? Kogo wtedy w niej zobaczysz? Mądrą profesorkę? Sensowną panią polityk? Powiesz: ta zgwałcona Rwandyjka jest świetna. Nie dajesz jej szansy na bycie kimś innym. Kaci zatruli i twoje myśli: najpierw widzisz jej hańbę. Może myślisz o tym bez pogardy, nazywasz to krzywdą albo cierpieniem. Ale to jej cierpienie widzisz przede wszystkim. I zawsze tak będzie. Każda inna informacja — co robi, jak myśli, kim jest — będzie jedynie dodatkiem do jej zgwałconego ciała. Gdziekolwiek mieszkasz, i ty ją teraz zabijasz. Bronisz się? Zaprzeczasz? A jaka jest twoja pierwsza myśl o dziecku? Kim ono jest?
       Dlaczego nie mówię o nim: syn?
       Mówię: ten chłopak.
       Rzadziej: moje dziecko.
       Syn? Mój syn?

Wojciech Tochman, Dzisiaj narysujemy śmierć,
Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010.

| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
A. Pokochane:
O. /bez/dzietności:
O! Jadamy:
O! Ludzie:
O. Miłości:
O! Poruszający ruch:
S. O. S.:
W. Spiżarni.:
XYZ. Kiedy to się zaczęło?
Z. Jak nie oszaleć?
Tagi




Timothy Snyder, Lekcja 15.:
Wspieraj słuszne sprawy.

My wspieramy:


*


Kudłata i Jabłoń

ochHexe(maupa)gmail.com

*


miłość nie wyklucza (banner)

PustaMiska - akcja charytatywna



stat4u Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...